Dziękujemy! Rejestracja zakończona pomyślnie.
Skorzystaj z linku z wysłanego e-mailem na adres
komputer - Sputnik Polska
Piszą dla nas
Opinie i analizy najważniejszych wydarzeń z Polski i ze świata. Czytaj komentarze ekspertów na tematy gospodarcze, polityczne i społeczne na stronie Sputnika.

Rękawiczki bez palców w boju o socjalizm

© AFP 2021 / Brendan SmialowskiSenator Bernie Sanders podczas inauguracji Joe Bidena
Senator Bernie Sanders podczas inauguracji Joe Bidena - Sputnik Polska
Subskrybuj nas na
Bernie Sanders jest przebojem Internetu. Jego komiczne zdjęcie z inauguracji prezydenckiej Joe Bidena – jak siedzi nastroszony w puchowej kurtce i olbrzymich, wzorzystych rękawiczkach z jednym palcem – dla każdego innego polityka w USA byłoby zabójcze. Dla Berniego to sposób na opłacenie posiłków dla ubogich mieszkańców Vermontu.

Zdjęcie stało się tematem miliona memów, które umieszczają senatora z Vermontu wszędzie – od ostatniej wieczerzy da Vinciego do statku kosmicznego z serialu „Star Treck”. Ostatnio wybitny polski ekonomista, były wicepremier, przysłał mi zdjęcie z zakończenia konferencji w Jałcie, gdzie Bernie zasiada obok Churchilla, Roosevelta i Stalina. Na nagłą karierę swojego wizerunku Sanders zareagował we właściwy sobie sposób: wypuszczeniem serii bluz dresowych wyprodukowanych w USA, ozdobionych słynnym zdjęciem, za którego druk odpowiadają drukarze zrzeszeni w związkach zawodowych. Cały zysk z bluz – na które dziś czeka się dwa miesiące – przeznaczony został na program Meals on Wheels, w ramach którego do głodnych i samotnych rozwożone są ciepłe posiłki.​

​​Polityka to ważna sprawa

Na to, by móc śmiać się z siebie, Bernie pracował od dekad: odwagą swoich opinii, nieprzejednaną lewicowością, pryncypialną wiernością wobec wartości, które reprezentuje od początku swej politycznej kariery.

Protesty przed Kapitolem - Sputnik Polska
Piszą dla nas
Amerykańskie kurczaki wracają do domu
Kiedy w 2015 roku Sanders ogłosił, że zamierza wystartować w prawyborach prezydenckich uważany był – przez tych nielicznych, którzy wiedzieli o jego istnieniu – za jednego z bardziej nieefektownych i niecharyzmatycznych polityków w Waszyngtonie. Nieznoszący mediów i wszelkiego blichtru uchodźca z epoki dzieci kwiatów; polityk nazywający się „socjalistą” w kolebce neoliberalnego kapitalizmu; siedemdziesięciolatek, który kazał mówić na siebie „Bernie” i chciał zbudować w USA państwo opiekuńcze na szwedzką modłę. No po prostu żart.

Urodzony w 1941 roku syn żydowskiego uchodźcy z Polski – jedynego ocalałego z całej rodziny – wychowywał się na cieszącym się wówczas złą sławą Brooklynie z cieniem holokaustu nad głową. „Facet z nazwiskiem Hitler wygrał wybory w 1932 roku – i 50 milionów ludzi, w tym 6 milionów Żydów, zginęło. Stąd już jako dzieciak nauczyłem się, że polityka to ważna sprawa” – mówił w jednym z wywiadów.

Jako młody człowiek działał w Afro-Amerykańskim Ruchu Praw Obywatelskich, Kongresie Równości Rasowej i kilku innych organizacjach walczących z rasizmem. Brał też udział w legendarnym antyrasistowskim Marszu na Waszyngton, podczas którego Martin Luther King wygłosił swoje historyczne przemówienie „Miałem sen”. W latach 70. zaczął angażować się w politykę, kandydując do różnych stanowisk z ramienia lewicowej, antywojennej, socjaldemokratycznej Liberty Union Party – i choć przegrywał, jego pryncypialne i odważne poglądy budowały jego wiarygodność. Do tego stopnia, że na początku lat 80. pokonał w wyborach sześciokrotnego demokratycznego mera Burlington, Gordona Paquette'a.

Donald Trump, Barack Obama i Joe Biden w Waszyngtonie  - Sputnik Polska
Piszą dla nas
Śmieci i skarby Ameryki
Miasto nie na sprzedaż

Jako mer Burlington, Bernie stoczył skuteczną bitwę o przestrzeń publiczną miasta z deweloperem Tonym Pomerleau, który chciał zamienić industrialne tereny na nadbrzeżu jeziora Champlain w dzielnicę biur maklerskich, ekskluzywnych apartamentowców i pięciogwiazdkowych hoteli. Dziesięcioletnia wojna, toczona pod hasłem „Burlington nie jest na sprzedaż”, zakończyła się w sądzie najwyższym stanu Vermont – i przyniosła Berniemu zwycięstwo. Miasto pod jego rządami zyskało przydomek „Burlingtońska Republika Ludowa” – a jego zwolennicy mówili o sobie „Sanderistas”. Do dziś Burlington należy do najbardziej przyjaznych mieszkańcom i najsympatyczniejszych do życia miast Stanów, a jego wielkim atutem jest rozległa i zróżnicowana przestrzeń publiczna, ciągnąca wzdłuż dziesięciokilometrowego wybrzeża. 

W 1988 roku Bernie Sanders pierwszy raz wystartował w wyborach do Kongresu, jako niezależny kandydat. Przegrał, zdobywając 38 procent głosów – zwycięzca, republikański wicegubernator Vermontu, Peter P. Smith miał 41 procent. Dwa lata później Sander pokonał Smitha większością 56 do 40 procent. Dzięki temu stał się pierwszym niezależnym kongresmanem od 40 lat. Z tej pozycji, od 1991 roku, wygrywa wszystkie kolejne wybory w swoim stanie – przez 15 lat do Kongresu, od 2006 roku do Senatu, kiedy to pokonał milionera Richa Tarranta większością 71 procent głosów; mimo iż Tarrant wydał 7 milionów (swoich własnych) dolarów na najdroższą w historii stanu Vermont kampanię. Od tego czasu systematycznie wygrywa wybory do senatu, zdobywając dwie trzecie głosów.

Entuzjazm faceta czyszczącego kubeł

Prezydent Andrzej Duda i ambasador USA Georgette Mosbacher - Sputnik Polska
Piszą dla nas
Georgette z krzyżem na swoja miarę
Przez swoje trzy dekady na Kapitolu Bernie Sanders był konsekwentnym krytykiem obu wielkich amerykańskich partii, zarzucając im, że stały się narzędziem w rękach bogatych. Krytykował neoliberalną politykę szefa Rezerwy Federalnej Alana Greenspana; głęboko naruszający prawa obywatelskie rzekomo antyterrorystyczny Patriot Act, przyjęty w pierwszych tygodniach po 11 września; wojenne decyzje Busha. W grudniu 2010 roku przeszedł do historii, wygłaszając trwające 8,5 godziny przemówienie w (nieudanej niestety) próbie zablokowania prolongaty wprowadzonych przez George'a W. Busha ulg podatkowych dla najbogatszych. „Może już starczy?” – pytał republikańską większość, składającą się wyłącznie z milionerów i ich przyjaciół – „ile domów musicie mieć?”.

Bernie nie znosi tłumów – choć gromadzi na swoich spotkaniach więcej, niż ktokolwiek inny. Dziesiątki tysięcy ludzi przychodzą posłuchać mrukliwego kolesia po siedemdziesiątce, rozczochranego siwego socjalisty w wymiętym garniturze, którego publiczna osobowość opisywana jest przez dziennikarzy zgodnie jako „antywdzięk”. Jak obrazowo pisał parę lat temu reporter „New York Times” Mark Leibovich, Sanders zaczepiany na ulicy przez wyborców, namawiających go do kandydowania na prezydenta reagował „z widocznym entuzjazmem faceta czyszczącego kosz na śmieci: wykaszliwał obligatoryjne podziękowania, nie zwalniając kroku”.

Jednak popularność Sandersa wynika nie z tego, jak mówi – ale to, co mówi. Bernie Sanders mówi o rosnącej przepaści między bogatymi i całą resztą Amerykanów. O publicznej służbie zdrowia – idei, która przed jego pojawieniem się na głównej scenie amerykańskiej polityki była w tym ultraliberalnym kraju uważana za herezję, a dziś cieszy się poparciem większości Amerykanów. O sprywatyzowaniu procesu demokratycznego przez oligarchię. O konieczności zreformowania zasad finansowania partii – tak, aby korporacje nie mogły legalnie i tajnie kupować polityków.

Mówi o progresji podatkowej i podniesieniu podatków dla najbogatszych. O „klasie miliarderów”. O walce z oficjalnym i ukrytym bezrobociem poprzez publiczne inwestycje infrastrukturalne. Mówi o prawach pracowniczych, o zmuszeniu pracodawców do ubezpieczania pracowników, o płatnych urlopach i zwolnieniach chorobowych. O bezpłatnej nauce na publicznych uniwersytetach i powszechnym systemie emerytalnym. O dentystach w szkołach. O równych płacach dla kobiet.

Polska publicystka Agnieszka Wołk-Łaniewska i komentator agencji Sputnik Leonid Swiridow. Moskwa - Sputnik Polska
Piszą dla nas
Pożegnanie z Lonią
Oni są tu dla ciebie

Mówił o tym samym od 50 lat – i w końcu Amerykanie zaczęli go słuchać, najwyraźniej ku jego własnemu zaskoczeniu. Kiedy parę dni po ogłoszeniu jego startu w prawyborach w 2016 roku jego samochód utknął w środku olbrzymiego tłumu w Minneapolis, Bernie zapytał swojego asystenta, czy coś ważnego dzieje się w mieście. „Oni są tutaj dla ciebie” – wyjaśnił asystent. „Żartujesz” – odpowiedział Bernie.

I chociaż w roku 2020 wobec katastrofy, jaką dla USA okazał się koronawirus, Bernie Sanders zrezygnował ze startu i poparł Joe Bidena, tłumacząc, że Donald Trump jest „najbardziej niebezpiecznym prezydentem we współczesnej historii USA” – jego pozycja wśród amerykańskich postępowców i zmiany jakie zapoczątkował w Partii Demokratycznej nie ulegają wątpliwości.

Dziś już wszyscy wiedzą, że Bernie Sanders jest śmiertelnie poważnym politykiem. Dlatego może sobie pozwolić na żartowanie z siebie.

Aktualności
0
Od najnowszychOd najstarszych
loader
Na żywo
Заголовок открываемого материала
Aby wziąć udział w dyskusji,
zaloguj się lub zarejestruj się
loader
Czaty
Заголовок открываемого материала