Dziękujemy! Rejestracja zakończona pomyślnie.
Skorzystaj z linku z wysłanego e-mailem na adres
komputer - Sputnik Polska, 1920
Piszą dla nas
Opinie i analizy najważniejszych wydarzeń z Polski i ze świata. Czytaj komentarze ekspertów na tematy gospodarcze, polityczne i społeczne na stronie Sputnika.

Miraż polsko-amerykańskiego sojuszu

© AP Photo / Czarek SokolowskiPolscy i amerykańscy żołnierze w Polsce
Polscy i amerykańscy żołnierze w Polsce - Sputnik Polska, 1920, 22.09.2021
Subskrybuj nas na
Konflikty polskiego rządu z szeroko rozumianym „Zachodem” coraz bardziej narastają, ale nie wpływa to na prezentowaną przez rządzących twarz Polski poza granicami. Czy w tym w ogóle jest jakiś plan, czy to zwykła siła rozpędu?

Gdy oczekiwania mijają się z rzeczywistością

Nie po raz pierwszy to napiszę, ale to kluczowe: Zjednoczona Prawica dochodziła do władzy właśnie na orientacji skrajnie prozachodniej. W retoryce obecnie rządzących pełno było deklaracji o strategicznych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, nieco mniej o Unii Europejskiej, ale w każdym razie nowa władza miała to wszystko robić lepiej.
Wyborcy PiS zostali wychowani w takiej, a nie innej retoryce, także na konflikcie z Federacją Rosyjską, co nie było niczym nowym, ale też zostało solidnie wzbogacone o teorie spiskowe dotyczące katastrofy smoleńskiej. Co jakiś czas temat zresztą wraca, bo Antoni Macierewicz ewidentnie zafiksował się na tym zagadnieniu.
Tymczasem próba umocnienia władzy i stworzenia zaplecza instytucjonalnego, którym PiS przed 2015 roku nie dysponował (przychylna kadra administracyjna, sądowa, środki masowego przekazu), spotkała się z dość surową reakcją w strukturach Unii Europejskiej, niezadowolonych z choćby częściowych prób emancypacji Polski spod dominujących wpływów Brukseli.
Oczywiście w debacie o tym się nie mówi, a raczej posługuje wyświechtanymi sloganami w rodzaju „trójpodziału władz”, „wolności słowa” czy „swobód obywatelskich”, ale w gruncie rzeczy chodzi przecież o zdolność do odtwarzania władzy przy okazji kolejnych wyborów parlamentarnych. PiS próbuje ugruntować swoją pozycję na polskiej scenie politycznej i zabezpieczyć kadry przed ewentualną vendettą dzisiejszej opozycji. Jarosław Kaczyński podjął się misji stworzenia narodowej oligarchii, która w kontrze do dotychczasowych elit kompradorskich, uzyska pewien stopień niezależności w relacjach z Unią Europejską.
Kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Polski Andrzej Duda na spotkaniu w Berlinie, 28 sierpnia 2015 - Sputnik Polska, 1920, 22.09.2021
Opinie
„Cesarzowa Europy” odchodzi. Co dała, a co zabrała Polsce?
O ile jednak to wszystko było wliczone w cenę, o tyle zupełnym zaskoczeniem, na które rząd przygotowany nie był, okazał się pewien zwrot w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi. I nie chodzi tu wyłącznie o przegrane przez Donalda Trumpa wybory, bo przecież już za jego administracji rozpychała się w Polsce łokciami ambasador Mosbacher, a zapowiedzi Prezydenta RP o „Forcie Trump” były w Białym Domu traktowane jako lekko niepoważne.
Wybór Joego Bidena tylko przyśpieszył pewne procesy, dające się określić jako kapitulację Stanów Zjednoczonych z pozycji strategicznego partnera czy opiekuna Europy. Mylącym sygnałem było wysłanie do Polski US Army, które dla Amerykanów było po prostu zagraniem biznesowym, wszakże Polska zdecydowała się solidnie za to zapłacić, podobnie jak za inne rzeczy i usługi w ostatnich latach.

Rosja uparcie i złośliwie nie napada

Kupujemy więc amerykańską broń i amerykańskie czołgi, rzekomo po to by wzmocnić swój potencjał obronny przed czyhającym na nas rosyjskim niedźwiedziem, szykującym się do ataku tuż-tuż. Tą bajką dla niegrzecznych dzieci uzasadniamy bodaj najgłupsze wydatki współczesnej Rzeczypospolitej.
Żadna modernizacja polskiej armii nie byłaby w stanie istotnie zwiększyć naszych zdolności do efektywnej defensywy w hipotetycznym starciu z Federacją Rosyjską i przyznają to przecież nawet wojskowi, załamujący ręce nad wynikami kolejnych symulacji, w których po pięciu dniach walki jesteśmy rozbici. Zakładając więc nawet, że wzmacniamy się dwukrotnie: trwałoby to dni… dziesięć.
Mieszkańcy polskiego miasta Białystok witają wojska USA - Sputnik Polska, 1920, 22.09.2021
Piszą dla nas
Wartość bezpieczeństwa a wartości Europy
Wiedzą to także w dowództwie NATO, które w ogóle nie uwzględnia w wypadku konfliktu obrony regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Kraje takie jak Polska, Litwa, Łotwa i Estonia, byłyby więc zdane na siebie, czyli na rychłą kapitulację i ewentualne negocjowanie jak najkorzystniejszych warunków poddania się.
W tej sytuacji polityka konfrontacji jest pozbawiona sensu i to dużo bardziej niż było to we wrześniu 1939 roku, kiedy jeszcze łudziliśmy się, że Brytyjczycy z Francuzami przyjdą nam z pomocą. We wrześniu roku 2021 mamy już bowiem pełną świadomość, że nasz główny „gwarant niepodległości” nawet nie oferuje nam choćby próby obrony polskiego terytorium. Skąd więc to parcie do ciągłego ścierania się z Rosją? Czy chodzi o utrzymanie poziomu strachu w polskim społeczeństwie, czy może o jakieś jeszcze inne wyobrażenie przyszłości?

Domorosłe koncepcje geopolityczne

Pewną odpowiedzią są domorosłe koncepcje geopolityczne powstające nad Wisłą, to w postaci Międzymorza, to po rebrandingu jako Trójmorza. One bywają nawet rozsądne, bo prezentowane są jako próba integracji interesów krajów regionu, jakoby w kontrze do polityki „skapywania bogactwa”, które Europie Środkowo-Wschodniej proponują państwa tzw. starej UE, lepiej rozwinięte i posiadające kapitał zdolny do inwestycji, a więc także szantażu mniejszych, czyli właśnie nas.
Szkopuł w tym, że co najmniej tak samo, jeśli nie bardziej, projekt ten ma być wymierzony przeciw Moskwie i reintegracji obszaru dawnego ZSRR, a to skutecznie zniechęca do niego innych potencjalnych uczestników niż Polska. Nie trzeba zresztą daleko szukać. Choćby stosunki polsko-czeskie w wyniku wyroku ws. Turowa są raczej na stopie w ogóle nie tworzącej szans na porozumienie. Podobnie rzecz się ma z krajami takimi jak Słowacja, Bułgaria czy Białoruś, tradycyjnie zainteresowanymi dobrymi relacjami z Rosją.
Gdyby tak się przyjrzeć tym „kandydatom do Trójmorza” to okaże się, że poza Polską znajdzie się tam może ktoś z krajów bałtyckich. Fantastyczną ofertą rządu w Warszawie ma być tu możliwość zakupu amerykańskiego gazu, jako elementu „dywersyfikacji” i „uniezależnienia” się od Rosji, z tym że trudno zrekrutować chętnych. Tak naprawdę Intermarium to w myśli polskich neojagiellonów idea oddania całego regionu pod protekcję Stanów Zjednoczonych i podwykonawstwo w dziele oskubania dawnych obszarów Związku Radzieckiego.

Buda, ale bez Pesztu

W nocy z wtorku na środę wykładnie dał na sesji ONZ Prezydent Andrzej Duda, żalący się na NordStream2, popierający agresywne działania Ukrainy w stosunku do ludności Krymu i Donbasu, wreszcie domagający się poparcia Narodów Zjednoczonych dla zamachu stanu na Białorusi. Retoryka nie powinna dziwić, jeśli uwzględni się, że Duda to były działacz prawego skrzydła Unii Wolności, a więc awangardy neoprometeizmu.
Nawet jednak on (a może zwłaszcza!) powinien umieć wyciągać wnioski i dokonywać pewnych obserwacji. Joe Biden przemawiał kilka godzin przed nim, używając pokojowej i dość wycofanej retoryki, w każdym razie na pewno nie starał się skupić na rywalizacji Waszyngtonu z Moskwą.
Tymczasem głowa państwa polskiego niejako prosi o prolongatę amerykańskiego wsparcia dla kompletnie nieudanych planów przeciągania Białorusi i Ukrainy na Zachód. Bo przecież nawet gdyby się to wszystko udało, to nie polski kapitał byłby beneficjentem przemian własnościowych u wschodnich sąsiadów - jest zwyczajnie na to za słaby.
Wspomniany Jarosław Kaczyński przed laty grzmiał, iż doczekamy w Warszawie „drugiego Budapesztu”, wpisując się w tę manię papugowania, w którą grali już Lech Wałęsa (druga Japonia) czy Donald Tusk (druga Irlandia). I rzeczywiście, wystąpiły tu pewne podobieństwa, zwłaszcza co do prób stworzenia władzy pionowej, przy neutralizacji pozostałych jej składowych. Nie nauczył się jednak Prezes PiS od Wiktora Orbana polityki zagranicznej, która polega na lawirowaniu między różnymi ośrodkami siły i wyciąganiu z tego maksimum korzyści.
Węgrzy potrafią więc wynegocjować i dobre warunki w samej Unii Europejskiej i rozwijać relacje z Federacją Rosyjską, pozostając też na tyle niezależnymi na ile niezależny może być dziesięciomilionowy kraj. Polska w dobie Zjednoczonej Prawicy robi dokładnie na odwrót tzn. skazuje się na wyłącznie jeden kierunek polityki i jeszcze za to płaci: nie tylko miliardami Euro, ale także stratami wizerunkowymi. O ile więc Węgrzy starają się umocnić w Budapeszcie, o tyle my siedzimy w zachodniej budzie i czasem tylko spuszcza się nas ze smyczy.
Doczekaliśmy też praktycznego, policzalnego wymiaru błędnej polityki zagranicznej, we wspomnianym sporze z Czechami wokół Turowa. Nie możemy zamknąć kopalni, bo w ten sposób pozbylibyśmy się 7% polskiej energetyki i to oczywiście prawda, ale kosztować ma nas to ponad 2 miliony złotych dziennie, czyli ponad pół miliarda rocznie.
Nawet jednak abstrahując od tego konkretnego sporu – przecież tkwimy w systemie sojuszy, który zobowiązuje nas w ogóle do dążenia w kierunku „neutralności klimatycznej”. Czy mamy w ogóle jakiś plan pozyskania innych źródeł energii? Czy ktoś w polskim rządzie o tym myśli?
Węgrzy i Białorusini, dzięki poprawnym relacjom z Rosją, stawiają elektrownie atomowe, my tymczasem upieramy się na beznadziejną walkę z Kremlem, w imię interesów Ameryki. Na co my liczymy i dokąd nas to zaprowadzi?
Sputnik jest już w Telegramie! Dołącz do naszego kanału i jako pierwszy otrzymuj ciekawe informacje o tym, co się dzieje na świecie! Więcej na temat możliwości aplikacji Telegram tutaj.
Aktualności
0
Od najnowszychOd najstarszych
loader
Na żywo
Заголовок открываемого материала
Aby wziąć udział w dyskusji,
zaloguj się lub zarejestruj się
loader
Czaty
Заголовок открываемого материала