04:27 24 Październik 2017
Warszawa+ 6°C
Moskwa-1°C
Na żywo
    Graffiti upamiętniające ofiary rzezi wołyńskiej (Warszawa, ul. Młyniarska. Autor - Mikołaj Ostaszewski)

    Czy „wsiok” wymaga upamiętnienia?

    © East News/ Marek BAZAK
    Krótki link
    Aleksander Kwaśniewski
    411096510

    Istnieją pomysły powiązania daty 11 lipca z 17 września i stworzenia szerszej perspektywy, która - w zamiarze pomysłodawców - uczyniłaby mniej jednoznaczne winy Ukraińców, a mogłaby poszerzyć winy Rosjan.

    Zbliża się rocznica, której uznanie napotyka na trudności wśród samych Polaków.

    Czym bowiem jest 11 lipca? Co mielibyśmy czcić pod tą datą?

    Niewielu Polaków zapytanych na ulicy powiązałoby tę datę z Rzezią Wołyńską. Dlaczego naród skory do upamiętniania wszystkich tragicznych momentów w swojej historii tak mało wie i tak mało mówi o śmierci ok. 120 tysięcy swoich pobratymców?

    Czyżby tragedia ta nie pasowała do politycznej układanki, czyżby sprawcami okazali się „ci niewłaściwi”, czyżby ofiary były „gorszego sortu”, poprzez to mniej godne  upamiętnienia?

    Historyczny kontekst nie budzi wątpliwości. Nawet potomkowie sprawców w jednym z ostatnich listów oferują przeprosiny za zbrodnię — której dokonali —   pod warunkiem że wina zostanie im udowodniona. Więcej, potomkowie sprawców w innym liście „Wybaczają i proszą o wybaczenie”, a wszystko to w kontekście innej zbrodni, której ludobójczy charakter określił – wreszcie – Bundestag.

    Bundestag nie zajmie się określeniem charakteru zbrodni na Wołyniu, bo w odróżnieniu od Ormian nie ma kto o taką uchwałę wystąpić, a nawet sami Polacy nie potrafią się do niej jednoznacznie ustosunkować.

    Spór dotyczy — nawet — daty upamiętnienia, jakby 366 dni w roku było za mało, aby jeszcze jeden dzień uczynić symbolicznym w uznaniu dla ofiar. 

    Istnieją pomysły powiązania dat 11 lipca z 17 września i stworzenia szerszej perspektywy, która — w zamiarze pomysłodawców — uczyniłaby mniej jednoznaczne winy Ukraińców, a mogłaby poszerzyć winy Rosjan.

    Dzika nienawiść popycha do relatywizacji tragedii ludzkiej, przysłania rzeczywisty obraz, a nawet zmierza do zmiany kontekstu historycznego.

    Dlaczego śmierć moich pobratymców nie zasługuje na należną cześć, historyczną prawdę, jednoznaczne określenie charakteru wydarzeń i swój dzień w kalendarzu?

    Moja/Nasza gorszość wynika z naszej proweniencji?

    Czy nam: chamom, hołocie, burakom, wieśniakom, wsiokom, a ostatnio słoikom, można poświęcić miejsce w kalendarzu?

    Więcej zadaję pytań, niż proponuję odpowiedzi, a to z tej przyczyny, że odpowiedzi powinien udzielić sobie każdy z Nas.

    Kim jestem?

    Dlaczego mityczne dworki na Kresach wbiły się większości w pamięć bardziej niż tragedia męczeńskiej śmierci 120 tysięcy… rodaków.

    Czy to byli rodacy?

    Wszak nie byli z dworków, byli w większości niepiśmienni, a więc jacy z nich rodacy?

    Dzisiejsi Polacy sądzą, że 90% z nich ma swoje korzenie wśród szlachty i wywodziło się z dworków zabranych po powstaniach listopadowym i styczniowym przez ruskich.

    Do tej lukrowanej historii, ze złymi ruskimi w tle, ostatnio dołączył jeszcze ten „wspaniały Ukrainiec”, który wyzwalał/otwierał bramy obozu oświęcimskiego.

    W Polsce lubimy siebie dzielić. Dzielimy się na tych, co stali „tu” od zawsze, i tych, co zamienili się miejscami z ZOMO, dzielimy się na tych mądrych z miasta i głupich ze wsi, na wykształconych i niegramotnych, na miastowych i wsioków.

    W polskim języku nagromadziło się tak wiele słów opisujących niechęć do mieszkańców wsi, że trudno nie wstydzić się swojego pochodzenia. Wiejskie pochodzenie stygmatyzuje całe pokolenia Polaków, i ten stygmat jest powszechnie akceptowalny, nawet przez tych, których obejmuje.

    Dlatego uważam, że główną przyczyną zapomnienia ofiar Rzezi Wołyńskiej, obok niechęci obciążania nią Ukraińców – z którymi jednoczy nas ponoć wspólny rosyjski wróg – jest powszechna w Polsce chamofobia, którą udało się zaszczepić elitom w społeczeństwie. Chamofobia, której wyznawanie podnosi wyznawcę na wyższy poziom.

    Niewielu oburza, kiedy minister w kancelarii prezydenta Maciej Klimczak mówi: „Nie dajmy się słoikom”, kiedy „intelektualista” R. Ziemkiewicz przestrzega: “Hannę Gronkiewicz-Waltz popiera wiocha, słabo wykształcony element napływowy”.

    W 2013 roku popularności nabrało hasło „słoik”, kolejny przejaw segregacji nabrał takiego rozmachu, że stał się kolejną inwektywą określającą „gorszy sort”.

    Wyniesienie Ofiar Rzezi Wołyńskiej na piedestał męczeński obaliłoby budowany przez elity III RP obraz ciemnego, zacofanego, nieeuropejskiego mieszkańca wsi, który poprzez swoje zacofanie intelektualno-społeczne nie pozwala Polsce dołączyć do europejskich elit.

    Głosy ocalałych, jak gen. Mirosław Hermaszewski, czy głosy rodzin pomordowanych, jak ksiądz Isakowicz-Zalewski, są pomijane milczeniem i stygmatyzowane: w pierwszym przypadku powiązaniami z Rosją, a w drugim wiarą i niewiarą. 

    Tagi:
    rzeź wołyńska, UPA, Roman Szuchewycz, Stepan Bandera, Wołyń
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz