02:15 18 Grudzień 2017
Warszawa0°C
Moskwa+ 1°C
Na żywo
    Spacer z irbisem śnieżną panterą.

    Polacy w Rosji: Białe misie, dzikie koty...

    © Zdjęcie: M.Z.
    Krótki link
    Iwona Vinnik
    Polacy w Rosji (13)
    9474

    W Sankt Petersburgu, podobnie jak w Moskwie, mieszka sporo Polaków. Martyna to jedna z tych młodych kobiet, którą do Rosji poniósł głos serca - i to właśnie do Petersburga. Jak trudną drogę musiała przejść, żeby spełnić swoje marzenie? Jak odnalazła się w nowym kraju, czym się zajmuje? Poznajcie jej historię.

    — Pierwszy raz w życiu przyjechałam do Rosji, a konkretnie do Sankt Petersburga, latem 2010 roku — mówi Martyna. — To był kurs językowy organizowany przez Petersburski Uniwersytet Państwowy. Wysłana zostałam tam wraz z koleżankami ze studiów z Uniwersytetu Warszawskiego. Kurs trwał około miesiąca, a w ostatnim tygodniu pobytu poznałam się z moim mężem i zakochałam się na zabój. Przyznam szczerze, że generalnie byłam wręcz oczarowana Petersburgiem i  językiem rosyjskim, ale na punkcie Kostka wręcz oszalałam! Każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem, a moja znajomość języka rosyjskiego była dość ograniczona, więc zawsze się śmieję, że porozumiewaliśmy się językiem miłości.

    W momencie kiedy wylądowałam na Okęciu, moje życie straciło sens. Od tamtej pory moim głównym celem był wyjazd do Rosji, do ukochanego. Jednakże graniczyło to z cudem, bo nie miałam pojęcia, jak to zrobić, by móc być obok niego. Przecież to Rosja — wizy, zaproszenia, ubezpieczenia, rejestracje, meldunki — to było dla mnie po prostu przerażające. Pamiętam to uczucie ulgi, kiedy poszukując informacji w Internecie, dowiedziałam się, że to nie jest aż takie trudne, że z pomocą wizy turystycznej mogę spokojnie pojechać do Rosji. Następnego dnia po powrocie do Warszawy od razu zwróciłam się do dziekanów obu swoich uczelni z prośbą o wyjazd w ramach wymiany studenckiej. Nie wyobrażacie sobie, jaki to był ból, kiedy odpowiedziano mi, że to Rosja — synonim niekończącej się biurokracji, i że najszybciej mogę wyjechać dopiero za rok

    Rosyjska domówka, mundur mojego męża.
    © Zdjęcie: M.Z.
    Rosyjska domówka, mundur mojego męża.

    Cały ten rok przyjeżdżałam do Kosti regularnie w odwiedziny, i tak naprawdę w ciągu tego czasu nauczyłam się języka. Miałam ogromną motywację, uczyliśmy się razem przez Skype, oczywiście kontynuowałam chodzenie na kursy w Polsce, a przede wszystkim, przyjeżdżając do Petersburga, nie miałam innego wyjścia i musiałam się jakoś komunikować z jego rodziną i przyjaciółmi. Mimo że uczyłam się języka na uniwersytecie przez jakieś dwa lata, mogę bez skrupułów stwierdzić, ze ten rok dał mi potrójne efekty.

    Po roku systematycznych odwiedzin i zapoznawania się z rosyjską kulturą przyjechałam na pierwszą wymianę studencką z Zarządzania z Uniwersytetu Warszawskiego. Studiowałam na Uniwersytecie Ekonomicznym i mieszkałam w pięknym wyremontowanym akademiku przez cały rok. Potem wróciłam do kraju na obronę pracy magisterskiej. W tym czasie rozpoczęłam też pracę wolontariacką w Leningradzkim Ogrodzie Zoologicznym, w którym do dziś pracuję. Z wykształcenia jestem również zootechnikiem i w głębi duszy miłośnikiem zwierząt, szczególnie misiów. Moja praca wolontariacka była kontynuacją pracy ze zwierzętami, którą już rozpoczęłam w Polsce w Warszawskim Ogrodzie Zoologicznym. Rosyjski ogród przyjął mnie z otwartymi rękami, a tam znalazłam kolejnych przyjaciół i spełniałam się, pomagając zwierzakom.

    Moja praca - karmienie wydry o imieniu Liosza w petersburskim zoo.
    © Zdjęcie: M.Z.
    Moja praca - karmienie wydry o imieniu Liosza w petersburskim zoo.

    Po obronie pracy magisterskiej z Zarządzania postanowiłam namówić swojego dziekana z drugiego kierunku, a konkretnie z Zootechniki, na mój wyjazd na kolejną wymianę studencką. On z przyjemnością mnie tam wysłał, tym bardziej że byłam jedyną studentką, która wybrała kierunek wschodni. Pamiętam, że moja uczelnia nie miała nawet umowy dotyczącej wymiany z Uniwersytetem w Petersburgu, a konkretnie w Puszkinie. Dla mnie jednak nie stanowiło to żadnej przeszkody. Będąc jeszcze w Rosji na poprzedniej wymianie, dogadałam się z władzami rosyjskiej uczelni, że przyjadę, i udało się! Studia skończyłam już w Rosji. Kiedy przyszłam na pierwsze zajęcia z biochemii i położnictwa, wpadłam w panikę, ponieważ dotąd byłam pewna, że znam język perfekcyjnie, a okazało się, że jednak nie. Nauka tam była dla mnie dość przykrym doświadczeniem. Byłam tam traktowana (w przeciwieństwie do Uniwersytetu Ekonomicznego) bardzo źle. Mam na myśli rosyjskich studentów, nie wykładowców. Traktowali mnie jak trędowatą, nikt nie chciał ze mną utrzymywać kontaktów. Dla mnie, jako osoby towarzyskiej, było to bardzo bolesne. Tym bardziej że na poprzedniej uczelni byłam wręcz gwiazdą i wszyscy mnie uwielbiali. Jak widać, ludzie są różni. Tam też po raz pierwszy zetknęłam się z tą rosyjską biurokracją, traktowaniem bez szacunku, staniem w kilkugodzinnych kolejkach, z brudnym akademikiem i karaluchami. Poznałam tę złą stronę Rosji. Mimo wszystko nie traciłam motywacji i dalej dążyłam do swoich celów.

    Malutki jaguar.
    © Zdjęcie: M.Z.
    Malutki jaguar.

    — Sławny rosyjski FMS, czyli służba migracyjna, o której każdy Polak wspomina z różnymi emocjami: od niechęci po nienawiść, a czasem tego tematu lepiej w ogóle „nie ruszać". Jak wyglądała Twoja walka o „papiery"?

    — Nigdy tego nie zapomnę, jak usłyszałam, że ludzie nocują po 2 tygodnie przed budynkiem służby migracyjnej, trzymając sobie w ten sposób miejsce w kolejce. Byłam znowu przerażona. Jednak mi się akurat bardzo poszczęściło, ponieważ odstałam tylko jakieś 5 godzin w dniu zdawania dokumentów. Pamiętam, jak napisano mi wtedy numerek na ręku różowym flamastrem, to było niby śmieszne, ale z drugiej strony, dla mnie — „człowieka z Europy" — wręcz irracjonalne. Pomimo tego stojąc w kolejce, zawarłam mnóstwo nowych przyjaźni, ale miałam też do czynienia z agresją ludzi. Ktoś podobno miał nawet nóż. Wiem, że dla niektórych uzyskanie papierów na pobyt w Rosji to walka o lepsze życie. Ja chciałam po prostu zacząć oficjalnie pracować i układać sobie życie prywatne z narzeczonym. Za każdym razem dostawałam furii, że mi to tak trudno przychodzi. Mogłam wtedy wyjść za mąż i ułatwić sobie życie, ale nie chciałam. Chciałam, by ten ślub był zawarty z miłości, a nie dla papierów. Wreszcie dostałam swoje dokumenty, zatrudniłam się oficjalnie w petersburskim zoo, a po niecałych 6 latach znajomości z Kostkiem wyszłam za niego za mąż (latem tego roku).

    W przyszłym roku planujemy kolejny ślub w Polsce — już kościelny. Bardzo chcę pokazać Rosjanom naszą polską tradycję, jak to się u nas odbywa. Planuję również założyć tutaj rodzinę, kupić mieszkanie, więc przede mną jeszcze mnóstwo utrudnień, ale ja chyba to lubię!

    Nasz ślub - Petersburg - 27.05.2016.
    © Zdjęcie: M.Z.
    Nasz ślub - Petersburg - 27.05.2016.

    —  A Twoja rodzina nie miała obiekcji? Jak odnieśli się bliscy i znajomi do Twojej decyzji o wyjeździe „na Wschód"?

    Niestety moja rodzina i znajomi do tej pory przeżywają, że tak, a nie inaczej zdecydowałam. Niejednokrotnie zadawano mi pytania, po co jadę do tego dzikiego kraju, tym bardziej że oprócz specyficznego miejsca wybrałam dość nietypowy zawód — pielęgniarza w zoo. Tak że dziki kraj i sprzątanie kup — to większości ludzi wręcz się w głowie nie mieści. Ja, jako człowiek bardzo wrażliwy, bezustannie próbowałam wszystkich przekonać, że jestem szczęśliwa, że mieszkam w cywilizowanym kraju i wykonuję pracę, która mi daje ogromną satysfakcję, ale to jak grochem o ścianę. Myślę, że mimo moich starań nadal większość mi nie wierzy. Tak naprawdę bliscy, którzy osobiście mnie odwiedzili w Petersburgu, uwierzyli w moje słowa i polubili to miasto, tutejszych ludzi. Reszta nie uwierzy, póki sama nie zobaczy.

    — Obawiałaś się czegoś w związku z tą wielką zmianą w Twoim życiu?

    Obaw jako tako nigdy nie miałam, bo jak wynika z mojej historii, nie miałam takiej faktycznej, jednorazowej przeprowadzki. To wszystko działo się stopniowo, najpierw odwiedziny, następnie wymiana studencka, a potem rozpoczęcie pracy. Tak naprawdę zawsze czułam, że mam otwartą furtkę i w każdej chwili mogę wrócić do kraju. Myślę, że dopiero założenie rodziny i kupno mieszkania będą miały dla mnie już głębsze znaczenie — wtedy może do mnie dojdzie, że wyemigrowałam.

    — Co sądzisz o samych Rosjanach? Czy dostrzegasz istotne różnice w mentalności polskiej i rosyjskiej?

    — W Rosji podobają mi się przede wszystkim ludzie: ich ciepło, gościnność, spontaniczność, otwartość, gotowość pomocy. Rosyjscy mężczyźni to prawdziwi dżentelmeni. Nie ma mowy, żebyś dźwigała choć jedną siatkę zakupów, czy żeby cię nie przepuszczono w drzwiach. Bardzo to cenię. Sprawia mi to ogromną radość, że kobieta jest traktowana jak księżniczka, że trzeba o nią dbać, nosić na rękach, kupować kwiaty czy prezenty. Czysto partnerskie, polskie związki nie wzbudzają we mnie tylu pozytywnych wrażeń. 

    Podoba mi się, że Rosjanie są bardzo rodzinni. Mimo że mieszkam w metropolii, nie czuję takiego zabiegania jak w Warszawie. Rodzina jest na pierwszym miejscu i mimo że wszyscy mają mało czasu, to zawsze go znajdą dla swoich bliskich. Podoba mi się ten rosyjski przerost formy nad treścią, kiedy świętują, na przykład urodziny, ślub czy nowy rok! U nas to jest, powiedziałabym, takie tandetne czy przypałowe, bądź robi się to tylko dlatego, że tak trzeba, bo babcia się obrazi… W Rosji to jest prawdziwe, tak od serca. Bardzo to cenię. Uwielbiam rosyjskie szaszłyki, biesiady, śpiewanie przy stole. Mam wrażenie, że w Polsce zachodnia moda wyparła to wszystko.

    Jestem też pod wielkim wrażeniem tego, że Rosjanie mają tak bogaty młodzieżowy slang bez przekleństw! Polski nastolatek używa w sumie dwóch słów: masakra i zajebiście, za to rosyjski nastolatek na jedno polskie określenie ma pewnie minimum dziesięć.

    Szaszłyki!
    © Zdjęcie: M.Z.
    Szaszłyki!

    — Na pewno dostrzegasz jakieś minusy tego kraju i zasad w nim panujących, podzielisz się nimi?

    — W Rosji nie podoba mi się mnóstwo rzeczy. Ciężko mi zrozumieć, czemu nie mogę chodzić w kapciach po dywanie. Nie mogę zrozumieć, czemu wisi dywan na ścianie i to jest niby ładne. Nie mogę zrozumieć, czemu mój mąż nie może prowadzić mojego polskiego samochodu. Nie mogę zrozumieć, dlaczego muszę wiecznie udowadniać inspektorom służby migracyjnej, dlaczego chcę tu żyć i dlaczego warto mi dać tę możliwość. Rosja to jeden wielki paradoks.

    Nie znoszę niekończącej się cierpliwości mojego męża, typowego Rosjanina, który wszystko może znieść, wszystko może ścierpieć, a najważniejsze — wytrwać do końca. Tylko w imię czego? To bezustanne, a przed wszystkim nieuzasadnione męczeństwo doprowadza mnie do białej gorączki. Nie wiem nawet, jak to ubrać w słowa, ponieważ w języku polskim nie ma czasownika odpowiadającego rosyjskiemu „cierpieć". Myślę, że o czymś to świadczy… Uważam, że polskie przysłowie „musi to na Rusi, a w Polsce to jak chce" jest najprawdziwszym przysłowiem, jakie znam. Rosjanie będą czekać, przetrzymywać, a jak czara goryczy się przeleje, to koniec — tykająca bomba. Ja jestem zupełnie innym człowiekiem, wymagam i oczekuję wszystkiego natychmiast. Choć z drugiej strony Rosja temperuje mój charakter i uczy mnie cierpliwości.

    — Czego Ci brakuje w „kraju paradoksów"?

    — W Rosji brakuje mi polskiej polędwicy sopockiej, kabanosów i świeżych kajzerek, a, i oczywiście polskich pączków! Kiedy wracam z Polski, od mamy, moja walizka jest przepełniona polską szyneczką i kabanosami. Miałam nawet raz taką sytuację, kiedy prześwietlano mi walizkę na lotnisku: pani ze straży granicznej miała wątpliwości, czy nie przywiozłam takiej ilości na sprzedaż.

    Brakuje mi rodziny i przyjaciół. Wkurza mnie to, że jak mam gorszy dzień, to nie mogę tak po prostu wpaść do mamy czy przyjaciółki. Widzę się regularnie z bliskimi — raz na trzy miesiące. Każdy urlop spędzam z nimi, a nie z mężem. Dlatego mogę otwarcie przyznać, że robię wszystko, by nikt, ani ja, ani moi bliscy, nie odczuli, że mieszkam tak daleko. A tak naprawdę to nie odległość jest przeszkodą, a niestety wymogi wizowe, koszty przelotu itd. Gdyby nie to, to byłoby idealnie. Ale coś za coś, nie można mieć w życiu wszystkiego.

    Tort od jednej z moich uczennic w ramach podziękowań.
    © Zdjęcie: M.Z.
    Tort od jednej z moich uczennic w ramach podziękowań.

    — Opowiedz, jak wygląda Twój zwyczajny dzień w Petersburgu.

    Wstaję rano, spaceruję z moim rosyjskim psem, potem jadę do zoo i wykonuję swoje podstawowe obowiązki. Sprzątam wybiegi moich podopiecznych, karmię je i uczę życia w zoo poprzez trening. Moja praca jest bardzo specyficzna i rzadko wszystko idzie według planu i za to ją uwielbiam. Przeważnie po pracy w zoo jadę do drugiej, dodatkowej pracy. Udzielam lekcji polskiego w prywatnej szkole. Prowadzę zajęcia indywidualne i grupowe na różnych poziomach. Lubię ludzi i z przyjemnością przekazuję im wiedzę na temat mojej Ojczyzny. Co więcej, jestem bardzo mile zaskoczona tym, że tylu Rosjan chce poznać nasz język i kulturę.

    — A jak przyjęło Cię nowe otoczenie? Długo przyzwyczajałaś się do życia w innym kraju?

    — Moje otoczenie to moja rodzina, mąż, jego rodzice, brat, jego przyjaciele, moi przyjaciele z pracy, moje zwierzaki domowe i nawet te z zoo. Po sześciu latach życia tutaj mam już wielu bliskich mi ludzi. Mimo że tak długo się znamy, bardzo często wymieniamy się informacjami, a jak to jest w Polsce, a jak w Rosji. Notorycznie i w dość śmieszny sposób przeinaczam rosyjskie słowa, doprowadzając znajomych do płaczu. To jest fajne i myślę, że tak będzie zawsze. Wiem, że tutaj, w Rosji, jestem dla nich kimś wyjątkowym i bardzo interesującym. Jestem pewna, że w Polsce już teraz bardzo by mi tego brakowało.

    A sama aklimatyzacja? Jak już wspominałam, ten wyjazd był stopniowy, takie życie na walizkach, więc ciężko tutaj mówić o aklimatyzacji. Pewnie się adaptowałam, nawet tego nie zauważając.

    — Czy gdybyś mogła cofnąć czas, zmieniłabyś decyzję o przeprowadzce?

    — Nie żałuję ani jednej swojej decyzji, moje życie jest tak ciekawe i pełne wrażeń, że nigdy w życiu bym go nie zamieniła na inne. Ono jest jak z filmu i historia się nie kończy…

    Nie mogę stwierdzić, gdzie było by mi lepiej pod względem materialnym — w Polsce czy w Rosji. Bo tak naprawdę życie w Polsce było uzależnione od moich rodziców. W okresie studenckim zarabiałam sobie swoje grosze, jednak w pełni byłam na ich utrzymaniu. Dopiero w Rosji rozpoczęłam dorosłe życie, więc nie wiem, jak ono by wyglądało w Polsce. Chociaż, biorąc pod uwagę zarobki w polskich ogrodach zoologicznych i koszty życia w Polsce, myślę, że byłoby podobnie, a może nawet gorzej?

    Uważam, że moje życie po przeprowadzce do Rosji zmieniło się na lepsze, bo mam u boku kochanego męża, nowych przyjaciół, satysfakcjonującą pracę, choć nie mogę powiedzieć, że nie miałabym jej w Polsce. Tego nie wiem.

    — Czy rozważasz w ogóle taką opcję na przyszłość jak powrót do Polski?            

    — Póki co nie planuję, ale nie zamierzam zamykać tej furtki, o której już mówiłam. Zawsze biorę pod uwagę powrót do kraju, jak i wyjazd do innego państwa. Jak dotąd nie czuję, że osiadłam gdziekolwiek na dobre, wszystko się może zdarzyć.

    — A co sądzisz o rosyjskim prezydencie — czy taki diabeł straszny, jakim go malują? Jak się mają informacje z polskiej telewizji do tego, co faktycznie zastałaś na miejscu?

    — Od roku 2014 unikam tematów politycznych. Dzięki życiu za granicą zrozumiałam, co to jest propaganda. Żyjąc w Polsce, nawet nie wpadłabym na pomysł, że może być inaczej, niż mi mówią w polskich mediach. Niestety omawianie tematów politycznych z kimkolwiek z Polski wyzywa we mnie wręcz agresję. Denerwuje mnie to, że wszystko ma być białe albo czarne. Odkąd tutaj mieszkam, próbuję znaleźć ten złoty środek, ale nie jest łatwo. Dlatego też nie powiem, co myślę o prezydencie Rosji, nie znam go osobiście. Co więcej, nie znam ani jednego źródła informacji, któremu mogłabym wierzyć w 100%, i na podstawie którego byłabym w stanie wygenerować sobie jakąkolwiek opinię na temat tego człowieka. Dodatkowo, czytając artykuły ekonomiczne z różnych krajów, zauważyłam, że nawet wartości wskaźników gospodarczych są skrajne. Ilu jest uczonych czy polityków, wrogów bądź sprzymierzeńców, tyle jest  poglądów i skrajnych źródeł informacji. Myślę, że lepiej w ogóle nie mieć zdania na ten temat.

    — A sankcje? Co powiesz na ten temat? Da się żyć?

    — Całe moje otoczenie ucierpiało w takim samym stopniu jak ja. Ale to nie są jakieś męczarnie. Niestety podrożały moje ulubione sery z pleśnią, ale kupuję je w Polsce. Sankcje ograniczają też możliwości turystyczne Rosjan, a także moje, bo zarabiam w rublach, a kurs euro czy nawet złotego jest dla mnie w tej chwili bardzo niewygodny. Mam na dzieję, że to minie.

    A! Jeszcze jedno, podoba mi się w Rosji to, że sushi jest niedrogie.

    Tematy:
    Polacy w Rosji (13)

    Zobacz również:

    Polacy w Rosji. Część pierwsza: Ania
    Polacy w Rosji. Część druga: Eleonora
    Polacy w Rosji. Część trzecia: Ola
    Polacy w Rosji. Część czwarta: Polak na Bajkale
    Polacy w Rosji. Część piąta: Krzysztof
    Polacy w Rosji: Z Londynu do Moskwy
    Tagi:
    PolacyWRosji, blog, emigracja, Petersburg, Rosja, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz