16:26 19 Luty 2018
Warszawa+ 2°C
Moskwa-3°C
Na żywo
    Pomnik rozpaczającej matki w miejscu obozu koncentracyjnego Sachsenhausen

    „Boże, czy pamiętasz?". Wspomnienia więźnia trzech obozów hitlerowskich

    © Sputnik. Ria Novosti
    Krótki link
    Zofia Maria Smalewska
    Historie wojenne (8)
    5222

    W naszej rubryce „Historie wojenne" przedstawiamy wspomnienia więźnia trzech obozów hitlerowskich Józefa Grzeszczaka, nadesłane przez jego rodzinę.

    Listy z frontu II wojny światowej, złożone w trójkąt
    © Zdjęcie: Jekaterina Biespałowa
    „W odpowiedzi na Państwa apel w Internecie od razu wysyłam świeży materiał, który niedawno obrobiłam na potrzeby swojej sagi rodzinnej Grzeszczaków" — pisze pani Zofia.

    Zapraszamy do lektury.

    Józef Grzeszczak z Gdańska przeżył trzy niemieckie obozy koncentracyjne.

    A oto jego historia, która, podobnie jak inne nam już znane, niech będzie przestrogą dla współcześnie żyjących. Niech także stanie się zadośćuczynieniem za cierpienia człowieka, który „przeżył, by opowiedzieć o nich innym".

    „Boże czy pamiętasz?" — Zaczęło się od obozu zagłady w Stutthofie

    Pomimo iż więźniowie zdążyli się już częściowo przyzwyczaić do codziennego katowania i śmierci, drugi rok przymusowego pobytu w stutthowskim obozie zagłady, a był to rok 1940, nie zapowiadał się lepiej od pierwszego. SS-mani stosowali coraz bardziej wyrafinowane metody upodlania więźniów, zdobywając wprawę w sztuce ich torturowania i mordu.

    Pilna potrzeba wybudowania domu dla SS-manów pochłaniała codziennie dziesiątki ofiar ludzkich. Głównym jej bohaterem, poza komendantem obozu Paulem, był nadzorujący budowę Neuhaner, człowiek — jeśli tak można go w ogóle nazwać — o wybitnych zdolnościach do znęcania się nad więźniami. — A nie bił długo. Wystarczyło, że uderzył raz, albo dwa razy, a to już wystarczyło, by zostać zabitym lub kaleką do śmierci.

    Moim bezpośrednim nadzorcą na wyżej wymienionej budowie był SS-man Szwytkowski, zwany przez wszystkich więźniów „cieślą". Ten to miał jeszcze inną metodę katowania. Bił po twarzy i głowie, kopiąc jednocześnie gdzie popadło, a na zakończenie zapisywał numery więźniów do dalszej „zapłaty" na tak zwane „boki", które to odbywały się po zakończeniu apelu wieczornego.

    Wszyscy zapisani więźniowie byli wyczytywani i kolejno zmuszani do położenia się na drewnianym koźle, z obnażoną tylną częścią ciała, a SS-mani z nahajkami, względnie zwykłymi kijami, wymierzali od 25 do 50 uderzeń. Więźniów, którzy podczas bicia tracili przytomność, polewano zimną wodą.

    Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku
    © Zdjęcie: Ariadna Rokossowska
    Pewnego jesiennego dnia SS-mani pragnąc jeszcze przyspieszyć tempo budowy, ustawili się szpalerem z nahajami i kijami, kolejno bijąc, gdzie popadło, latających już biegiem więźniów. Dzień ten zapisał się w historii obozu strasznym żniwem śmierci. Na 200 więźniów pracujących przy budowie 50 zabito na miejscu, a następnych 50 odniesiono na izbę chorych. Reszta z trudem dowlokła się do swoich narów.

    Pragnąłbym zaznaczyć, że należałem do ludzi wierzących i podczas tego strasznego bicia wzywałem Boga na pomoc. Wspólnie z kilkoma kolegami okrutnie pobity dowlokłem się do baraku. Gdy położyłem się, o spaniu nie mogło być mowy, pokaleczone ze wszystkich stron ciało nie pozwalało się poruszyć.

    Prosząc Boga o wytrwałość, po dłuższych męczarniach zasnąłem i stało się. Stało się widocznie to, co było mi przeznaczonym, a mianowicie przyśnił mi się obraz Pana Jezusa z otwartym sercem.

    Jezus stał na morskich falach, biło od Niego niebiańskie światło. Obraz taki sam, jaki był umieszczony w głównym ołtarzu kościoła Serca Jezusowego w Gdyni.

    Jęcząc z bólu, patrzyłem na obraz Pana Jezusa i zacząłem się Mu skarżyć, i wołać: „O Panie Boże, za co nas tak biją?". Powtarzając tak kilkakrotnie, zauważyłem, że twarz i ręce Pana Jezusa zaczynają się poruszać i usłyszałem, jak Pan Jezus odzywa się do mnie:

    Uspokój się. Uspokój się, już więcej bity nie będziesz.

    I uspokoiłem się natychmiast, ze złożonymi do modlitwy rękami wpatrzony w obraz Pana Jezusa. W momencie tym przeżywałem najradośniejsze chwile całego mojego życia.

    Budząc się, uprzytomniłem sobie, że to był tylko sen, i starałem się nie otwierać oczu za wszelką cenę, aby ten olśniewający, cudowny widok trwał jak najdłużej. I leżąc tak w milczeniu, poczułem rękę leżącego obok mnie kolegi, który to zaniepokojony tym, że nagle przestałem jęczeć, pomyślał, że umarłem. Pociągając mnie za ramię, zapytał: „Józku! Józku, co z tobą się dzieje?". Ja na wpół przytomny starałem się nie odpowiadać, tylko patrzeć w znikający obraz pełen największej radości i szczęścia, bo czułem, że do końca życia, które zapewne dobiega końca, tak cudownego i pięknego zjawiska oglądać już nie będę.

    Gdy obudziłem się na dobre, zrozumiałem, że dotyka mnie ręka kolegi Franciszka Sokoła, byłego komisarza rządu w Gdyni. Dotyka mnie, pytając: „Jak się czujesz Beniaminku?".

    Odpowiedziałem mu, że dużo lepiej, ale nie jestem zdolny do żadnej rozmowy „bo tego, panie Franciszku, co przeżywałem przed chwilą, nie da się opowiedzieć". O śnie opowiedziałem mu dopiero rano, prosząc jednocześnie, aby nikomu tego nie powtarzał, nawet naszemu koledze Kaziowi Busiukowi. Po dłuższej chwili zadumy Franciszek Sokół odpowiedział mi wtedy: „Piękne to i bardzo ciekawe. Tylko, czy się spełni?". A ja odpowiedziałem mu: „Panie Franciszku, ja ani przez chwilę nie wątpię i wierzę Jezusowi, na pewno się spełni".

    Po tym śnie dni następne, jak i ciężka praca, układały się dużo lepiej i szczęśliwiej. Do maja 1941 roku nie zostałem uderzony przez nikogo. 10 maja 1941 opuściłem Stutthof i transportem liczącym około 100 więźniów zostałem odesłany do obozu Sachsenhausen. Wśród wielu więźniów był razem ze mną Paweł Bielawa. Był on Kaszubem i mieszkał w Redzie k. Wejherowa. Znałem go jako człowieka głęboko religijnego. Jadąc transportem do Sachsenhausen, opowiedziałem mu ten piękny sen, jaki miałem w Stutthofie. Bardzo mu się to podobało i wyczułem, że Paweł od tej chwili stał się jeszcze większym moim duchowym przyjacielem, kolegą.

    Do Berlina i obozu Sachsenhausen przyjechaliśmy późnym wieczorem. Pamiętając zapowiedź SS-manów ze Stutthofu, że dopiero w Sachsenhausen poznamy Boga i wiedząc z opowiadań więźniów, że niektóre transporty kierowane są prosto do komór gazowych krematoriów, całą drogę prosiłem Boga o szczęśliwe dalsze losy, zapytując się Go równocześnie: „Boże, czy pamiętasz?".

    Malbork
    © Sputnik. Władimir Fedorenko
    Z dworca do obozu jechaliśmy ciężarówkami. Do samochodu, w którym jechałem razem z konwojującymi nas SS-manami, wszedł SS-man, który to przywitał nas po polsku słowami:

    No polaki, chcieliśta maszerować na Berlin, to teraz jesteśta w Berlinie, ale w naszych rękach. My wam pokażemy Berlin!

    On wygłaszał do nas tę szyderczą mowę, a ja w duchu powtarzałem: „Boże, Boże, czy pamiętasz?".

    Stało się jednak trochę inaczej. Po przybyciu na miejsce, tylko niektórzy więźniowie otrzymali po kilka kopniaków za zbyt opieszałe wychodzenie z samochodów. Na drugi dzień po łaźni i selekcji dostałem się wraz z Pawłem na blok nr 49. Na bloku tym było dużo Czechów, bardzo kulturalnych i dobrych kolegów.

    W Sachsenhausen przydzielili mnie wraz z Pawłem do pracy na placu drzewnym. Pracowało tam już dużo księży, a wśród nich mój dobry znajomy ksiądz Wojtek Główczewski, były kapelan ze szkolnego statku „Dar Pomorza".

    Ucieszyło nas bardzo to spotkanie. Następnie Wojtek, bo tak wszyscy do niego się zwracaliśmy, zapoznał nas z rygorem, jaki panował w obozie, a ja mu z kolei opowiedziałem mój sen ze Stutthofu. Bardzo mu się on podobał i prosił wraz ze mną Boga o jego spełnienie.

    Niedługo byliśmy tam razem. Po kilku tygodniach wraz z Pawłem zostałem wytypowany do drugiego transportu, który to wysyłano w góry Alzacji, gdzie miał być budowany wielki obóz kamieniołomów. Podczas transportu modląc się, pytałem znów Pana Boga: „Boże, czy pamiętasz?".

    Po długiej i uciążliwej podróży w bydlęcych wagonach, po kilku dniach przybyliśmy na miejsce. Wpisano nam nowe numery. Paweł otrzymał numer 338, a ja 339. Na drugi dzień zapędzono nas do bardzo ciężkiej roboty, do rozbijania i noszenia wielkich kamieni i dowożenia ziemi. Gorące upały w górach i brak wody dziesiątkowały więźniów codziennie.

    Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku
    © Zdjęcie: Ariadna Rokossowska
    Któregoś dnia i ja poczułem, że słabnę, że opadam z sił. Na skutek ciężkiej pracy, niedożywienia i ostrego powietrza górskiego ciało moje pokryło się rozległymi wrzodami, a to z kolei zabrało mi całkowicie zdolność do pracy. Któregoś dnia, już pod sam koniec pracy, straciłem przytomność. Koledzy szybko zorientowali się i zakryli mnie przed widokiem SS-manów, którzy dobijali każdego zemdlonego więźnia na miejscu.

    Wziąwszy mnie pod ręce, na wpół przytomnego przyprowadzili do obozu. Inni koledzy w tym czasie przynieśli na swych barkach ciała kilku innych zamordowanych z takiej to przyczyny więźniów. Z rozkazu komendanta obozu, Kramera ciała pomordowanych układane były na ziemi za ścianami baraków, obok nich układano więźniów wykończonych, niemogących wstać o własnych siłach. Więźniom tym nie wolno było udzielać żadnej pomocy, podawać picia, pokarmu.

    Z izby chorych korzystać wyłącznie mogli więźniowie narodowości niemieckiej. Ja byłem Polakiem i jedynym moim prawem było umrzeć. Leżąc tak na ziemi całą noc, czekałem cierpliwie na śmierć. Modlić się już nie umiałem. Tylko od czasu do czasu pytałem się Pana Boga: „Boże, pamiętasz?". I tak przeleżałem noc i następny dzień. Niektórzy leżący obok mnie więźniowie doczekali się już  śmierci, a do mnie tak bardzo się ona wolno zbliżała, że aż zaczynałem im zazdrościć.

    Nadszedł kolejny wieczór. Kolejny raz wrócili z pracy moi koledzy. Kolejny szmat ziemi pokrył się ciałami więźniów, którzy nie wytrzymali ciężkiej harówy w kamieniołomie. Już nie tylko moje nogi, ale i cały tułów zrobił się sztywny. Poruszać mogłem jedynie rękami i głową, a odstępy pomiędzy rytmicznie zadawanym pytaniem: „Boże czy pamiętasz?" stawały się coraz dłuższe.

    Więźniowie byli już po kolacji. Jedni szykowali się do snu, inni spacerowali po dziedzińcu obozowym. Aż nagle mignął mi cień i obok mnie stanął człowiek. Stanął, popatrzył, ruszył do przodu, zatrzymał się i wrócił. I znów popatrzył na mnie. I zapytał wreszcie: „Józek, ty jeszcze żyjesz?". Odpowiedziałem, że żyję, a on na to: „A czemu cię na izbę chorych nie wzięli?".

    Przecież wiesz, że noszę literę P, jestem Polakiem

    — odparłem, a on na to: „To nic, że nosisz P. Jesteś przecież z Gdańska. Ty nie bądź głupi. Już ja tam zaros do nich pójda".

    I poszedł. Po kilku minutach wrócił z dwoma moimi kolegami Witkiem i Pawłem. Wzięli mnie na ręce i zanieśli na izbę chorych. Tam naparzyli ciepłej kawy, dostałem kilka zastrzyków, poowijali mnie całego bandażami, polali zimną wodą, przykryli kocami i kazali cicho leżeć.

    Po kilku dniach przyszedłem trochę do siebie i zabrano mnie do strugania kartofli do kuchni.

    Pragnę tu wyjaśnić, że człowiek, który przechodził obok mnie i przyszedł mi z pomocą, mówił po polsku, był również więźniem i pochodził ze Śląska Górnego, mówił śląską gwarą. Był najstarszym wiekiem w kamieniołomach. On mnie znał, dowiedział się od kolegów, że tam leżę za barakami i przyszedł, odnalazł. Dostał też pozwolenie od SS-manów zabrania mnie na izbę chorych.

    Każdy z więźniów go znał i wiedział, że na imię ma Mikołaj. Ja ze swej strony, jak i Paweł z Witkiem, dziękowaliśmy mu za okazaną pomoc.

     

    Ciąg dalszy nastąpi..

    Tematy:
    Historie wojenne (8)
    Tagi:
    Hitler, nazizm, II wojna światowa, Niemcy, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz