02:51 17 Listopad 2019
Obóz koncentracyjny Sachsenhausen

„Boże, czy pamiętasz?". Wspomnienia więźnia trzech obozów hitlerowskich

© AP Photo / Markus Schreiber
Krótki link
Autor
Historie wojenne (8)
0 140
Subskrybuj nas na

Dalszy ciąg opowieści więźnia trzech obozów koncentracyjnych Józefa Grzeszczaka z Gdańska.

To działo się w Sachsenhausen. Na drugi dzień po tym, jak nadzorca garażu SS-man, u którego pracowałem, wstawił się za mną u komendanta obozu Kramera, skierowano mnie do pracy na dworcu. Więźniowie rozładowywali tam wagony i załadowywali różne towary na samochody. Nadzorcą tej grupy roboczej, a zarazem komendantem dworca, był SS-uberszarfirer Engel.

Znałem go jeszcze z Sachsenhausen jako bardzo brutalnego i podłego SS-mana. Do naszego obozu został przydzielony w celu utrzymania karności więźniów. Czując wielki wstręt do niego, dziwiło mnie nieraz, że dość ludzko traktuje naszą grupę roboczą.

Wytłumaczyłem to sobie później, że skłaniały go do tego dwie podstawowe przyczyny. Pierwsza, że nasza grupa stykała się bezpośrednio z ludnością cywilną, a druga — to fakt istnienia w górach partyzantki francuskiej.

Rozmawiając ze mną, SS-man Engel kilka razy zapytał o moje pochodzenie, o zawód, o Polskę. Po kilku takich rozmowach powiedział, że zna moją przeprawę z chlebem i bardzo mu się podobało, że tak postąpiłem, nie wydając SS-mana. Niemal z każdym dniem dało się zauważyć, że darzy mnie jakąś specjalną sympatią do tego stopnia, że wysyłał mnie samego do miasteczka po papierosy, a żona jak mu przyniosła obiad, to kazał mi nakłaść do worka węgla i drobnego drzewa i iść razem z nią do domu, zanieść to i samemu wrócić z powrotem.

W kilku takich przypadkach zastanawiałem się nawet, co zrobić. Czy uciekać? Było to jednak zbyt ryzykowne. Wiedziałem przy tym, że kilku więźniów już uciekało, zostali jednak oni wszyscy złapani i publicznie powieszeni w obozie. Nie. Postanowiłem, że nie będę ryzykował, będąc przecież bardzo zadowolony z obecnej pracy.

Jak mówi przysłowie, że szczęście trwa zbyt krótko, tak i moja praca jednak nie trwała długo. Nie minęły trzy miesiące, gdy pewnego dnia po apelu wieczornym zawołany zostałem do biura obozowego, gdzie mi oświadczono, że będąc ślusarzem, nie mogę się marnować jako zwykły robotnik. Potrzebują ślusarzy i od następnego dnia mam się zgłosić w ślusarni do rzemieślników. Straszny to był cios dla mnie. Taka dobra praca, dobrzy koledzy, a nawet pozyskałem względy „szefa grupy". Lecz trudno, rozkaz komendanta — i stało się.

W warsztacie ślusarskim pracowało dwóch więźniów, obaj narodowości niemieckiej. Do nich zostali przydzieleni dwaj Polacy — Piotrek jako kowal i ja ślusarz. Gdy maszerowaliśmy razem do nowej pracy, dziękowałem Bogu za tamtą pracę, a równocześnie prosiłem o pomoc i opiekę w nowej.

Majstrem naszym był jeden z dwóch wspomnianych więźniów Niemców i od pierwszego dnia wspólna nasza praca układała się dosyć dobrze. Nie byli oni jednak za dobrymi fachowcami i w wielu przypadkach korzystali z naszych zawodowych doświadczeń i umiejętności.

Pewnego dnia majster dał mi nowy klucz do piłowania, oświadczając przy tym, że to ma być klucz do zamka, który jest przyspawany do żelaznych drzwi w nowym pomieszczeniu przeznaczonym na aptekę obozową. Rysując mi na papierze profil otworu, nakazał piłować. Tego samego jeszcze dnia wziął klucz do przymiarki. Po przyniesieniu powiedział: „Józef, dobrze pasuje, będą z ciebie ludzie".

Następnego dnia nasz majster polecił nam dwóm Polakom pozostać w warsztacie i ostrzyć kilofy, a oni dwaj poszli do nowo budujących się garaży, żeby wymierzyć okucia do bram, które to mieliśmy następnie wykonać.

Korzystając, że jesteśmy razem z Piotrkiem sami w warsztacie, zaczęliśmy sobie śpiewać różne pieśni religijne. I tak śpiewając pieśni do Matki Boskiej, słyszymy naraz, że w obozie dzwoni gong na alarm. Wybiegamy więc szybko z warsztatu i udajemy się na plac apelowy, ciekawi jak zwykle, jaki powód ma alarm. Czy może któryś z więźniów próbował ucieczki, a może się coś zapaliło?

I tu pragnę podkreślić, że zabiło mi gwałtownie serce, gdy na placu apelowym prócz więźniów ujrzałem komendanta obozu z nahają w ręku, kilku SS-manów z psami, szefa kuchni i magazynierów SS. Gdy więźniowie się ustawili i zostali przeliczeni, nie brakowało nikogo, choć początkowo sądziliśmy z Pietrkiem, że może z naszych dwóch kolegów warsztatowych któryś nawiał, bo do chwili alarmu nie powrócili jeszcze do warsztatu, ale oni byli już na placu apelowym. Jednym słowem, sytuacja była bardzo niejasna.

Dopiero po dłuższej chwili komendant wyjaśnił nam, że więźniowie okradli magazyn prowiantowy i żąda, aby więźniowie, którzy to zrobili, przyznali się do winy, wtedy reszta pozostałych będzie wolna i pójdzie do pracy. Lecz jak zwykle to w takich sytuacjach bywa, nikt się przyznał. I nagle z korytarza magazynu prowiantowego wyszedł szef kuchni, niosąc coś w ręku. Podszedł bliżej do komendanta, wykrzykując: „Tu jest ten świadek! Tu jest ten świadek!". I podał komendantowi klucz.

Komendant, wziąwszy klucz do ręki, pokręcił nim w palcach kilka razy i przyjrzał się mu uważnie. W tym momencie nie tylko oczy mi się zwężyły, ale i serce zadrżało, cała krew odbiegła z niego do nóg.

No więźniowie! Przyznać się, kto z was robił ten klucz!? Szewcy, krawce, murarze nie mają takich zdolności, ale ślusarze na pewno!

Przeczuwając grożące niebezpieczeństwo wzywam więc Boga i Matkę Najświętszą na pomoc, a sumienie każe mi natychmiast powiedzieć prawdę. Podnoszę rękę do góry i drżącym głosem mówię, że to ja go zrobiłem. To jest klucz do obozowej apteki.

— „Od jakiej apteki"?— zaśmiał się komendant. „Od kiedy to w aptece przechowuje się żywność?! Chleb, margarynę..?". — I zaraz kazał tym kluczem otworzyć strych do suszenia bielizny, na który SS-mani wprowadzili nas czterech ze ślusarni. Długo się nie namyślając komendant zapytał jeszcze raz, który z nas to zrobił, czy się przyznajemy do kradzieży? A nie słysząc żadnej odpowiedzi, kazał SS-manowi linkami od bielizny związać nam ręce i kolejno powiesić na belkach stropowych.

Jako pierwszego kazał powiesić z tyłu za ręce majstra, z kolei powieszono drugiego Niemca. I w tym czasie SS-mani przyprowadzili jeszcze jednego więźnia, też Niemca, murarza, który to miał ukryte w cegłach ukradzione produkty. Komendant kazał powiesić go jako trzeciego, pytając jednocześnie, czy się przyznaje do kradzieży.

On też, jak poprzednicy, nie przyznawał się do winy. Czwartym z kolei był Pietrek. A ja przez cały czas trwania tej ceremonii bestialstwa wypełniałem czas gorącą modlitwą. Wreszcie przyszedł czas i na mnie. SS-man wziął ponad dwumetrową linkę i związał mi z tyłu ręce.

Gdy rozglądał się, na której belce mnie powiesić, a ja głośno wzywałem Boga: „Boże, czy pamiętasz?", na dziedzińcu dał się słyszeć warkot samochodu, ludzkie rozmowy i hałas kogoś biegnącego po drewnianych schodach na strych.

SS-man wstrzymał się na chwilę. Trzymając mnie na linie, patrzył w stronę drzwi wejściowych, które otworzyły się, a w nich ukazał się lekko zdyszany szef komanda dworcowego, Engel. Na widok wiszących już czterech więźniów i mnie trzymanego już ze związanymi rękami, zaniemówił.

Szybko jednak zorientowawszy się w sytuacji, bo podobne widoki nie były mu przecież obce, podskoczył do trzymającego mnie SS-mana. Przegrodził nas swoją ręką, mówiąc przy tym: „Co robisz? Co się stało?". Gdy trzymający mnie SS-man powiedział mu, żeśmy okradli magazyn prowiantowy, on wykrzyknął: "Zaczekaj"!

Komendant, który w tym czasie zajęty był gorliwym przesłuchiwaniem wiszących więźniów, bestialsko okładając ich nahają, gdy zauważył SS-mana, który wszedł na strych, przestał bić więźnia i odwrócił się w stronę przybysza. Ten zaś podszedłszy do niego, zameldował mu swój powrót z dworca, prosząc go o pozwolenie rozmowy ze mną. Komendant kiwnął głową, przyzwalająco.

Obaj podeszli do mnie. SS-man położył mi rękę na ramieniu, spojrzał w załzawione oczy i zapytał: „Józef, ty kradłeś"? Ja przecząco odpowiedziałem ruchem głowy. „Nie, przecież pan mnie zna, ja zawsze mówię prawdę". I pokazując na kolegę wyjaśniłem, że nawet nie wychodziliśmy z warsztatu.

„Panie komendancie" — SS-man zwrócił się do komendanta — „Ja naprawdę go znam, on zawsze mówi prawdę, proszę mu wierzyć". Słysząc to, komendant z nahają w ręku podskoczył do wiszących. Najpierw do naszego na wpół już przytomnego majstra, którego zaczął okładać, bić po głowie, twarzy, pytając jednocześnie, czy to prawda, że ci dwaj Polacy nie wiedzieli o niczym, i że nawet nie wychodzili z warsztatu.

— „Tak, oni nie wychodzili i o niczym nie wiedzieli" — potwierdził Niemiec. Po tych słowach komendant przestał go bić, podszedł do stojących obok mnie SS-manów, kazał mi rozwiązać ręce i zdjąć zupełnie omdlałego już Pietrka.

Trudno mi to wszystko opowiedzieć, co działo się w naszych sercach. Pietrek zdjęty ze sznura cały spocony, ledwie stojąc na nogach, modlił się razem ze mną, nie rozumiejąc dokładnie, jak to się stało. A ja częściowo przytomniejszy od niego, w tym momencie złożyłem uroczyste ślubowanie za to, że mnie Bóg wysłuchał. Jak kiedyś będę zupełnie wolny, z wdzięczności dla Matki Jego Najświętszej postawię figurę.

Parada z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy
© Sputnik . Ukrainian Presidential Press Service
Komendant Kramer kazał nas dwóch zaprowadzić do baraków i zamknąć strych z trzema konającymi więźniami. Po przybyciu na barak koledzy nasi zaczęli nas ściskać i płakać razem z nami, że tak cudownie uniknęliśmy śmierci.

Na drugi dzień rano więźniowie zdjęli ze sznurów trzy ciała i zanieśli do krematorium. Nasze losy potoczyły się jednak dalej. Około godziny ósmej zawołani zostaliśmy z Pietrkiem na bramę, przy której czekał starszy SS-man z kluczami do ślusarni. Przyjrzawszy się nam uważnie, kazał iść przed sobą. Zaprowadził nas do ślusarni, otworzył drzwi. Weszliśmy do środka i oczom naszym przedstawił się straszny widok. Wszystko poprzewracane, z szaf i szuflad powywalane na ziemię.

Stanęliśmy na samym środku, a towarzyszący nam SS-man zaczął wszystko oglądać i sprawdzać. Następnie podszedł do mnie, pytając mnie jak się nazywam. Ja mu odpowiedziałem. Powiedziałem nazwisko i numer. Wtedy on coś mruknął sam do siebie i zaczął znów wszystko oglądać. Po chwili jeszcze raz podszedł do mnie, pytając to samo: Jak się nazywam. To ja tak samo jak przedtem powiedziałem swoje nazwisko i numer, a on stojąc i patrząc na mnie powiedział, że z rozkazu komendanta od dzisiaj ja tu będę majstrem, a ten drugi Polak zostanie ze mną. — „Dostaniesz jeszcze więcej ludzi, ale pamiętaj: niech się jeszcze raz coś podobnego stanie, takiego szczęścia na pewno już miał nie będziesz. A teraz róbcie porządek i bierzcie się za robotę…".

Ciąg dalszy niedługo…

Tematy:
Historie wojenne (8)
Tagi:
obóz pracy, obóz koncentracyjny, II wojna światowa, Niemcy, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz