Widgets Magazine
20:06 18 Wrzesień 2019
Iraccy wojskowi niszczą tablicę z flagą Daesh, Irak

Rząd : reżimu = bojownik : terrorysty

© AFP 2019 / Ahmad Al-Rubaye
Krótki link
Autor
4290
Subskrybuj nas na

Tak się ma rząd do reżimu jak bojownik do terrorysty. Te słowa wszyscy znamy, lecz nie zawsze stosujemy je zgodnie z kontekstem. A nawet - powiedziałbym - dzieje się to niezmiernie rzadko. Dlaczego? Ponieważ przyzwyczajono nas do opacznego ich pojmowania.

Dolar
© Sputnik . Konstantin Chalabov
Zwykle pod słowem rząd rozumiemy zespół polityków kierujących krajem i reprezentujących go na zewnątrz, w sprawach międzynarodowych. Domyślamy się, że ten zespół został powołany w wyniku demokratycznych wyborów, podczas których społeczeństwo, głosując, wyraziło swoją wolę. W ten sposób obdarzono zaufaniem ludzi, którzy od tej pory będą w sposób czynny dbać o bezpieczeństwo i dobrobyt w kraju oraz cały czas monitorując sytuację na świecie, dbać o jego interesy i wizerunek na tle sytuacji międzynarodowej.

Odwracając sytuację, pod słowem „reżim" rozumiemy grupę ludzi, która objęła władzę nad krajem bez aprobaty narodu, w wyniku zamachu stanu, czyli proces dojścia do władzy odbył się w sposób niedemokratyczny, np. w wyniku użycia siły militarnej lub/oraz politycznych machinacji. Zazwyczaj wiąże się to ze zniewoleniem narodu, pozbawieniem go niektórych praw i społecznych przywilejów. Rządząca grupa, zwana często „kliką" lub „establishmentem", dba przede wszystkim o własną kieszeń, zaś bezpieczeństwo, praworządność i dobrobyt narodu pozostają jedynie na papierze jako tendencyjnie opracowana konstytucja.

Oto jak wyglądałyby określenia encyklopedyczne i słownikowe. Tymczasem w praktyce jest całkiem odwrotnie. W obecnych czasach „rządem" nazywa się ten zespół ludzi, który rządzi krajem zgodnie z wolą Stanów Zjednoczonych uzurpujących sobie status demokratycznego wzorca. Inaczej mówiąc, jeśli jakiś kraj jest rządzony po linii USA, zgodnie z wzorem amerykańskiej demokracji lub w rezultacie ich pomocy polityczno-militarnej, rządząca klika jest prawowitym, demokratycznym rządem. Nie liczy się przeciwna wola narodu, zaś opozycja jest traktowana jako zdrajcy i bezlitośnie tępiona.

I przeciwnie — jeśli jakiś kraj chce żyć po swojemu, kultywować swoją odwieczną kulturę i wyznawać swoją religię; jeśli chce prowadzić interesy międzynarodowe bez udziału amerykańskich doradców i dolara; jeśli nie chce być zależny od amerykańsko-brytyjskich banków; jeśli nie chce się dopasować do amerykańskiego wzorca i wpuścić amerykańskiej armii — rząd takiego kraju zwany jest reżimem. Taki kraj jest bezustannie atakowany przez Stany Zjednoczone i ich wasali (żyjących zgodnie z amerykańskim wzorcem) przy pomocy rozlicznych sankcji i blokad, bombardowania propagandą, infiltracji korporacyjnej i politycznej, zaś opozycja jest wspomagana finansowo i ideologicznie w przygotowaniu do obalenia prawowitego rządu kiedyś w przyszłości.

Nietrudno się zatem domyślić, które kraje — zgodnie z amerykańską terminologią — są kierowane przez reżimy, ciemiężące narody poprzez pozbawianie podstawowych atrybutów społecznych. To te kraje są przedmiotem nieustannych kontroli ONZ i rozmaitych komisji praw człowieka, co powoduje, że zdominowana przez USA Organizacja Narodów Zjednoczonych, nakłada sankcje ekonomiczne na narody, które i tak już cierpią nędzę na przykład z powodu panującej wojny. Najlepszym przykładem jest obłożenie sankcjami Syrii, która jest w tragicznej sytuacji z uwagi na zniszczenie kraju, pozbawienie miejsc pracy i masowe migracje mieszkańców. USA blokuje dostawy humanitarnej pomocy, jednocześnie zapalając zielone światło dla sankcji swoich i swoich europejskich wasali. Jeszcze gorsza jest sytuacja w Jemenie, gdzie Stany Zjednoczone poza sankcjami, dokonują każdego dnia zbrodni ludobójstwa rękami Arabii Saudyjskiej.

Odpalenie przez jemeńskich powstańców rakiet balistycznej w stronę Rijadu
© REUTERS / Houthi Military Media Unit/REUTERS TV
No właśnie. Weźmy taką Arabię Saudyjską, która oczywiście nie jest reżimem, chociaż jest krajem przodującym w zacofaniu i pod względem problemów socjalnych. Publiczne obcinanie rąk i głów, bezprawie w stosunku do kobiet, najbardziej wsteczny islam, prześladowanie opozycji itd., jest tolerowane tylko dlatego, że królestwo króla Arabii Saudyjskiej idzie ręka w rękę ze Stanami Zjednoczonymi, kupuje od nich broń, prowadzi zgodną politykę i napada na Jemen w imieniu USA. Co z tego, że codziennie łamie prawa człowieka, Arabia Saudyjska — o ironio! — przewodniczy komisji pilnującej tych praw przy zniewolonym przez USA ONZecie.

Natomiast Iran — kraj nowoczesny, rozwojowy, przestrzegający praw międzynarodowych — jest reżimem, bo rządzi nim „dyktator", ajatollah Khamenei. Iran chce żyć i funkcjonować po swojemu, nie zgadzając się na wpływy Stanów Zjednoczonych. To samo można powiedzieć o Syrii, co do której USA mają sprecyzowane plany zagarnięcia jej zasobów nafty, co jest możliwe tylko zgodnie z powtarzaną do obrzydliwości mantrą: „Asad musi odejść".

Oczywiście to samo miano odnosi się do Rosji, Chin, Północnej Korei i Wenezueli, które nie chcą amerykańskich wpływów i co najgorsze, chcą złamać dominację amerykańskiego dolara. Ich rządy to reżimy w retoryce zachodnich polityków i mediów.

Południowa Korea, sąsiadka Północnej, oczywiście nie jest reżimem, bo dała się uszczęśliwić Stanom Zjednoczonym. Podobnie jak Japonia, która obiecała sobie i światu, że wyciągnie właściwą lekcję z utraty kilkuset tysięcy Bogu ducha winnych obywateli w wyniku pierwszego w historii ataku nuklearnego i że nigdy nie będzie uczestniczyć w żadnej wojnie, nie tylko kupuje od USA broń i inny śmiercionośny sprzęt, ale utrzymuje amerykańską armię wraz z jej amunicją masowego rażenia.

W swoich przemówieniach Trump wypowiada słowo „reżim" z takim obrzydzeniem, jakby właśnie rozgryzł robaka w jedzonym jabłku. Mówiąc w imieniu „wszystkich cywilizowanych narodów", Trump ostrzega, aby reżim koreański „nie zaniżał nas (USA) i nie wystawiał nas na próbę". Pomówił Północną Koreę, że „wcześniejszą taryfę ulgową (stosowaną przez poprzednich prezydentów) Korea zinterpretowała jako słabość, co jest fatalnym nieporozumieniem." Według niego „obecnie jest zupełnie inna administracja niż poprzednio", która nigdy nie pozwoli, aby „jakikolwiek dyktator, jakikolwiek reżim lekceważył amerykańskie decyzje", ponieważ, jak powiedział dalej, „dominujemy na niebie, na morzu, na ziemi i w kosmosie". Zaś niedawno temu, podczas zgromadzenia ogólnego ONZ oświadczył, że „nie będzie miał innego wyjścia jak całkowicie zniszczyć Północną Koreę." Komentarz zbyteczny.

Jak w takim razie zaklasyfikować Polskę zgodnie z powyższym schematem? Nasza klika rządząca jest prawowierna w stosunku do Wielkiego Brata Zza Oceanu, więc jest demokratycznym „rządem", chociaż posiada wszystkie cechy niedemokratycznego reżimu. 

Syryjscy wojskowi w pobliżu miasta Dajr az-Zaur
© AFP 2019 / Louai Beshara
Asad powiedział w jednym z wywiadów, że dla niego każdy, kto przychodzi z bronią, jest terrorystą. Nie ma „dobrych" lub „umiarkowanych" terrorystów, czyli tych, którzy są trenowani i finansowani przez państwa bloku zachodniego. „Odłóżcie broń, mówi dalej Asad, a usiądziemy razem do stołu, aby przedyskutować i ustalić detale wszystkich spraw naszego państwa".

Zachodnie media przyzwyczaiły się do terminu „militant", czyli „bojownik", na określenie tych „dobrych" terrorystów w Iraku i Syrii, ale po niedługim czasie zaczęto tym mianem obdarzać również tych „złych" terrorystów, czyli obcinających głowy, gwałcących kobiety i dzieci, tzn. dżihadystów należących do rozmaitych ugrupowań pod wspólną nazwą ISIS. Czytając niektóre artykuły, czasami nie można się połapać, o kim jest mowa.

Termin „bojownik" kojarzy nam się z człowiekiem walczącym o dobrą sprawę, np. partyzant lub żołnierz zmagający się z przeważającym wrogiem okupującym jego kraj i zagrażający jemu i jego rodzinie. Jest to więc określenie jak najbardziej trafne w stosunku do bojowników ruchu oporu.

Skąd się bierze tak błędne użycie tego terminu? Podobnie jak w przypadku terminów „reżim" i „rząd", słowo „bojownik" używane jest w odniesieniu do tych terrorystów, których rękami USA i Izraela załatwiają swoje brudne interesy na Bliskim Wschodzie i gdzie indziej. I vice versa — terrorystami nazywa się syryjską armię, Hazbollah, Houthi, Kurdów, a nawet całe państwa jak Palestyna, Iran i Liban. I oczywiście ISIS, tzn. te formacje tej organizacji, które koalicja z USA na czele postanowiła dla zamydlenia oczu tak ostrożnie „zwalczać", żeby czasem nie zrobić im krzywdy, a w razie potrzeby ewakuować dowódców, aby utworzyli następne formacje w jakimś innym miejscu. Przecież dla USA wojna musi trwać w nieskończoność!

Widzimy zatem, jak pozornie niezbyt istotne nazewnictwo przybiera bardzo istotne znaczenie. Widzimy również, kto faktycznie decyduje kogo jak nazwać, czyli przypiąć mu etykietkę od teraz na zawsze. Czy przyszłe pokolenia — o ile będą takowe — będą się w stanie połapać w tym językowo-znaczeniowym bałaganie? Wydaje się, że nie. Będą po prostu powielać amerykańskie schematy.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

„O Boże, ilu nazistów": Europa wstrząśnięta warszawskim marszem
Ukraina chce wciągnąć Rosję w wojnę
Międzynarodowe Mistrzostwa Robotów Bojowych "Broniebot"
Tagi:
terroryści, rząd, USA, Korea, Syria, Irak, Arabia Saudyjska, Rosja
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz