06:04 16 Grudzień 2017
Warszawa+ 1°C
Moskwa+ 2°C
Na żywo
    Donald Trump w Warszawie

    Syndrom pańskiej klamki

    © AP Photo/ Alik Keplicz
    Krótki link
    Piotr Listkiewicz
    27741

    W Lublinie, naprzeciwko UMCSu, był kiedyś (a może nadal jest) bar mleczny, gdzie studenci, zawsze bez grosza przy duszy, mogli się od biedy wyżywić. Wieść niesie, że bardzo, bardzo dawno temu, gdy ZSSR wojował z Afganistanem, pewnego dnia do baru zawitał student: „Są ruskie w Kabulu"? „Co?" - zdziwiła się bufetowa.

    „Ruskie w Kabulu" — powtórzył student. „Nie prowadzimy — odparła bufetowa — ale mogę podać zwykłe ruskie". „Nie, nie — powiedział student — ruskie w Kabulu" i wyszedł. Za dziesięć minut pojawił się następny. „Są ruskie w Kabulu?" „Nie ma". Za chwilę trzeci, czwarty i tak dalej przez kilka godzin. Następnego dnia goście baru zobaczyli na szybie witryny duży napis: NIE MA RUSKICH W KABULU.

    Marsz 11 listopada w Warszawie
    © Sputnik. Alexey Vitvitsky
    Niewinne żarciki tego typu nie zapowiadały jeszcze ani rusofobii, ani niewytłumaczalnej nienawiści polskiego narodu do Ruskich. Do wszystkich Ruskich z niemowlętami urodzonymi wczoraj włącznie. Gdy tylko wspomni się o wschodnim sąsiedzie, słyszy się w odpowiedzi same pretensje. Pretensje bez jakiegokolwiek powodu, dowodu i uzasadnienia. Kiedy pytanie jest głębszej natury, rozmówca zaczyna się plątać i w końcu wychodzi, że nie wie, dlaczego nienawidzi Ruskich oraz że nie wie, czy w ogóle nienawidzi.

    Jakoś tak się stało, że wybaczyliśmy Niemcom zabory i hitlerowską okupację. Wybaczyliśmy również Francji i Wielkiej Brytanii haniebne wypięcie się na nas w 1939 roku. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że uwaga większości Polaków zwrócona jest na Zachód, jako ucieleśnienie wszelkiego dobra, sprawiedliwości i luksusu. Te ciągotki w stronę zachodniej Europy najpierw, a następnie również Stanów Zjednoczonych, wynikają z marzeń i tęsknot za iluzorycznym zachodnim „rajem na Ziemi", w którym nie potrzeba pracować, a dolary rosną na drzewach. Pamiętam, jak w latach 50' polskie media piętnowały zachodnich imperialistycznych „podżegaczy wojennych", jak Gomułka i Cyrankiewicz grzmieli o „zgniłym Zachodzie", i pamiętam, jakie to odnosiło skutki. Jeszcze bardziej nienawidziliśmy Ruskich, bo rusko-polscy politycy dosłownie i w przenośni „pluli na Zachód", czyli bezcześcili przedmiot naszych tęsknot i marzeń.

    Iraccy wojskowi niszczą tablicę z flagą Daesh, Irak
    © AFP 2017/ Ahmad Al-Rubaye
    Minęło kilkadziesiąt lat, a sami przekonaliśmy się, że ta „ruska propaganda" w rzeczywistości miała rację. Polacy zaczęli wyjeżdżać za granicę, najpierw do DDRu, a następnie dalej, i oczywiście naocznie przekonywali się o tym, że jednak dolary nie rosną na drzewach, ale jeśli się ciężko pracuje, to można się dorobić. Ci, którzy mają oczy trochę szerzej otwarte, po jakimś czasie zaczęli zauważać tę „zgniliznę", papierową „demokrację", ciągłe podżeganie do wojny nuklearnej, problemy społeczne najcięższego sortu, w tym rasizmu, dyskryminacji kobiet, budzącego się neofaszyzmu, kryminalnej brutalności policji, przestępczych i narkotykowych gangów oraz niesprawiedliwości systemu kapitalistyczno-korporacyjnego. Dokładnie to wszystko, co głosiła radziecka propaganda, okazało się prawdą. Ci z nas, którzy zakosztowali zachodniego „raju na Ziemi" i nie mieli odwrotu, zaczęli z łezką w oku wspominać, jak to było za komuny.

    Jarek i Leszek „co ukradli Księżyc", dwaj nieletni gwiazdorzy polskiego filmu, w czasach komuny pokończyli szkoły i studia za friko. Być może korzystali w tym czasie z letnich kolonii, obozów i wczasów również za psie pieniądze. Obowiązkowo chodzili do teatrów i kin za połowę ceny. Czerpali pełnymi garściami z socjalistycznej ojczyzny. To samo tyczy się wielu innych, którzy dzisiaj „odkomunizowują" nasz kraj.

    Z czego się rodzi ten irracjonalny strach? Jakiś niewytłumaczalny instynkt samozachowawczy, który każe się bać własnego cienia? A może to nieczyste sumienie mówi, że nasze relacje ze wschodnim sąsiadem nie zawsze były uczciwe? Jednocześnie gdzieś tam na dnie podświadomości czai się przeczucie, że w zasadzie nie mamy za co nienawidzić Ruskich. Na dziesięć osób zaczepionych na ulicy siedem odpowie, że nie cierpi Ruskich, ale gdy padnie następne pytanie „za co", nie wiedzą, co odpowiedzieć.

    Dolar
    © Sputnik. Konstantin Chalabov
    Przypominanie zaborów jest świadectwem ignorancji. Kto z obecnych rusofobów może coś konkretnego powiedzieć o zaborach, kto zna szczegółową ich historię? Dlaczego Polskę „rozebrano"? Kto był temu winien? Założę się, że oglądając obraz Matejki „Rejtan", mało kto obecnie wie, o co tam chodzi. Kto zdradził, kto sprzedał Polskę zaborcom? Odpowiedź brzmi: sami Polacy — a nawet powiem więcej — sam kwiat polskiej arystokracji. Zamiast za Zachodem powtarzać idiotyzmy o „rosyjskiej agresji", poczytajmy prawdziwą historię obu krajów, nie tą, którą tworzy IPN. Ile razy Ruscy na nas napadli, a ile razy my na nich?

    A czterdzieści pięć lat „rosyjskiej okupacji" Polski? Kto nas nią obdarzył? Bez naszego udziału Europę podzielono na strefy wpływów, USA i Wielka Brytania wytyczyły nowe granice, nie pytając nikogo o zdanie. Z Niemiec zrobiono dwa osobne państwa, a Polskę okrojono od wschodu, przesuwając ją na zachód bez pytania Polaków o zdanie. Lecz za ukraińskie stepy dostaliśmy uprzemysłowiony Śląsk, Wielkopolskę, żyzne Mazury i Pomorze, więc nie powinniśmy narzekać. A mimo to i tak narzekamy. Nie potrafimy spojrzeć obiektywnie i wciąż patrzymy na Zachód, jakby stamtąd miało przyjść zbawienie. Tymczasem od Zachodu nie dostaliśmy niczego poza słodkimi obietnicami, które tylko wzbudzają iluzję nadziei.

    Konkretną pomoc otrzymaliśmy ze Wschodu. Chcemy to przyznać czy nie, ZSRR wyzwolił Polskę z niemieckiej okupacji. Na terytorium Polski zginęło ponad 600 tys. radzieckich żołnierzy, polskie ziemie są dosłownie przesiąknięte ich krwią. To są fakty prawdziwej historii. Naszą wdzięczność wyrażamy nienawiścią, bezczeszczeniem grobów i pomników wdzięczności, jednocześnie kłaniając się i podlizując Zachodowi, choć już wiemy, do jakiego stopnia jest fałszywy i „zgniły".

    Lizusostwo jest obrzydliwą cechą. Jak cała szkolna społeczność nie cierpi lizusów, tak samo społeczeństwo ich nie lubi. A mimo to wielu, bardzo wielu Polaków posiada tę cechę zaawansowaną w mniejszym lub większym stopniu. W dawnych szlacheckich czasach takimi lizusami byli szaraczkowi szlachcice, którzy „trzymali się pańskiej klamki", pasożytując na magnackich dworach. Dzisiaj są też tacy, którzy wiszą u pańskiej klamki tych, co mają pieniądze zdobyte na brudnych biznesach, ludzi u władzy i tych, którym się powiodło.

    Lizus jest klakierem, trollem, hipokrytą, który udaje, że w swojego pana wierzy jak w ewangelię, patrzy mu z uwielbieniem w oczy, stara się zgadnąć jego myśli i przy każdej okazji nie szczędzi mu pochwał. Inaczej mówiąc, pompuje pańskie ego i doi jego portfel tak długo, aż fortuna nie dokona zwrotu i zabraknie okruchów z pańskiego stołu. Wtedy odwraca się i szuka innego pana i innej klamki.

    Polscy rusofobi ochoczo przyłączyli się do postzimnowojennej rusofobii zachodniej. To też przejaw polskiego lizusostwa, hipokryzji i narodowej dulszczyzny. To jest też trzymanie się pańskiej klamki — w tym przypadku Waszyngtonu, Londynu i Brukseli. Oni nienawidzą Ruskich, to co, my mamy być gorsi? Przecież Ruscy nam to… i owo, i tamto zrobili, a my jeszcze nie mieliśmy okazji, żeby się odpowiednio odwdzięczyć. Nie, nie — nie za wyzwolenie spod władzy nazistów, lecz dlatego po prostu, że nienawiść do Ruskich jest w modzie.

    Paniczny strach przed interwencją militarną naszych wschodnich sąsiadów, jest efektem kontynuowanej ekspansji oraz zaborczej geopolityki USA.
    © Fotografie od blogera Piotr Radtke
    Zachód nienawidzi Ruskich ze strachu, który czai się w podświadomości przywódców, którym Rosja przeszkadza w realizacji brudnych imperialistycznych planów. Jednostki i korporacje tracą tryliony dolarów z powodu twardej postawy Rosji. Dlatego wmawia się narodom wyimaginowane koncepcje i „fakty", że Rosja stanowi zagrożenie dla pokoju światowego, stabilizacji gospodarczej i demokracji. Demokracji na zachodnią modłę oczywiście. Rosja faktycznie jest tym zagrożeniem. Rosja jest jedynym straszakiem, który czai się w wyobraźni tych, którzy mają nieczyste sumienia. Ten strach rodzi się ze zmyślonych podejrzeń i oskarżeń, które tak wbiły się w umysły, że stały się goebelsowską prawdą z jednej strony oraz z niejasnego poczucia, że Rosja rzeczywiście może iść prostą drogą, uczciwie, zgodnie z prawem, z drugiej. Zachodni establishment dobrze wie, że prowadzi podwójną grę, politykę kłamstw, nieuczciwości, krętactw i że stawia się ponad prawem. Zdaje sobie sprawę, że wzbierający wrzód musi któregoś dnia pęknąć. Każdy krętacz i kłamca zostanie pewnego dnia zdemaskowany, i tego się boi. Boi się, że być może kiedyś ta idąca prostą drogą Rosja rozliczy go i ukarze. Mimo to nawet dziś, w obliczu tylu ujawnionych skandali, nagłośnionych przekrętów i udowodnionych oszustw, większość polskich rusofobów przyklaskuje zachodniej propagandzie. Cała niemal Polska zakochana była w Clintonowej, choć wiadomo, jakie krętactwa kryły się za jej kampanią wyborczą — tylko dlatego, że ona też nienawidzi Putina.

    Polskiej klice rządzącej zależy, aby przypodobać się Zachodowi. W tym tylko popieramy PiS-owską politykę. Za wszelką cenę chcemy być „zachodni", zwłaszcza dlatego, że obecnie od Ruskich dzielą nas tak wielkie kraje jak Białoruś i Ukraina. Wydaje się niektórym polskim politykom, że w ten sposób Polska przesunęła się na Zachód i już nie jest krajem Europy Wschodniej. Przyłączenie się do zachodniej rusofobii w pewnym sensie nas nobilituje — robimy przecież to, co robi ukochana Ameryka, szykowna Francja, nadal jeszcze potężna Wielka Brytania. My, biedni i zacofani Polacy, jesteśmy razem z klasą panów, z istotami ludzkimi najwyższego gatunku.

    Małpując Jankesów we wszystkim, marzy nam się imperium. Jeszcze nie bardzo wiemy, czy to będzie „trójmorze", czy grupa Wyszehradzka, ale jednego jesteśmy pewni: to MY będziemy rządzić Europą, gdy rozwalimy Unię od środka. Przecież Polska jest Mesjaszem narodów, Polska przedmurzem chrześcijaństwa! Zaś Kaczyński jest z dawien dawna wyczekiwanym zbawicielem. Jesteśmy potrzebni światu! Jesteśmy niezbędni.

    Wizyta na Piatigorskim Uniwersytecie Państwowym
    © Zdjęcie: Krzysztof Żuczkowski
    Putin jest „cichy i pokornego serca", ale do czasu. Nie zapominajmy, że Putin jest graczem na arenie międzynarodowej. Jest też szachistą i mistrzem japońskiej walki — od ludzi, którzy osiągnęli perfekcję w tych dziedzinach, oczekuje się rozwagi, logiki, cierpliwości i stalowych nerwów. Putin jest właśnie taki, „nie wadzi nikomu", ale gdy go zaczepią, odpowie z całą siłą. Pomyślmy logicznie — czy będzie miał inne wyjście? Putin przede wszystkim dba o bezpieczeństwo swojego kraju, swojego narodu. Czy ktoś pomyślał, że każda próba uderzenia na Rosję z terenu Polski spotka się z natychmiastowym odzewem, być może nuklearnym? To tak, jakbyśmy sobie wymalowali tarczę strzelniczą na plecach. Co z Polski pozostanie? Gdzie wtedy będą obrońcy z przereklamowanego NATO? Czy nie odwrócą się do nas tyłkiem jak W. Brytania i Francja w 1939?

    Pamiętajmy, że historia lubi się powtarzać i być może znowu będziemy kiedyś zależni od Ruskich. A wtedy jak jeden mąż polecimy do Moskwy, aby tam czepiać się kremlowskiej klamki.  

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    „Zagraniczni dyplomaci w kuluarach przepraszają za rusofobię”
    „Kosmiczny sen" Poroszenki
    Ziemia mogła zderzyć się z obcą planetą
    Tagi:
    rusofobia, USA, Rosja, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz