15:56 17 Październik 2018
Na żywo
    Prowincja Al-Hasake, kościół zniszczony przez terrorystów PI

    Przedmurze

    © Sputnik . Valery Melnikov
    Krótki link
    Piotr Listkiewicz
    16355

    Powtarzamy bezmyślnie słowa, frazy i sformułowania, często nie wiedząc co one naprawdę znaczą. Na przykład „przedmurze".

    Słowo to kojarzy się z czymś co jest przed murem, na froncie, z przodu, na pograniczu. Zapytani co mamy na myśli używając tego słowa odpowiadamy zazwyczaj, że jest to „przedmurze chrześcijaństwa", a bardziej dokładnie, że to Polska jest przedmurzem chrześcijaństwa. Czy to prawda?    

    Nie wiadomo kto pierwszy użył tego patetycznego zwrotu — prawdopodobnie ktoś kto walczył na kresach z Tatarami Krymskimi i Turcją w XVII w. — ale w dzisiejszych czasach stracił on swoją aktualność, bowiem nie istnieje granica pomiędzy światem chrześcijańskim a niechrześcijańskim w sensie geograficznym. Inaczej mówiąc nie ma jakiejś linii demarkacyjnej pomiędzy religiami zwłaszcza w tzw. zachodniej, chrześcijańskiej cywilizacji. Religie, wiary i wyznania są tak dokładnie przemieszane, że na dziesięć spotkanych na ulicy osób, każda z nich może wierzyć w coś innego. Gdzie tu zatem jakaś granica, nie mówiąc już o czymś tak z natury solidnym jak „przedmurze"?

    Mówiąc o Polsce jako „przedmurzu chrześcijaństwa", ktoś ma dzisiaj na myśli frontową linię katolicyzmu, którą od biedy da się wytyczyć wzdłuż Bugu. Po tamtej stronie żyją prawosławni, czyli ortodoksyjni chrześcijanie, których polscy katolicy lekceważą uważając, że prawosławie jest gorszym rodzajem chrześcijaństwa. Im dalej na Zachód, tym gorzej. Na Zachodzie obserwuje się coraz większy exodus od prawdziwego chrześcijaństwa poprzez tworzenie coraz to nowych „Kościołów", z których jedne upraszczają praktykowanie wiary, inne zaś komplikują jeszcze bardziej.

    W samej tylko Australii naliczyłem 500 Kościołów, z których jedne są różnymi formami Kościołów reformowanych, inne zaś skłaniają się w stronę katolicyzmu. Każdy z nich twierdzi, że tylko on zna prawdę i tylko on doprowadzi wiernego do zbawienia. Występuje tu zabawna sytuacja — jeżeli 500 ugrupowań religijnych twierdzi, że wie, gdzie leży i jaka jest prawda, oznacza to, że żaden z nich nie zna prawdy lub że żadna prawda nie istnieje. Katolicyzm sam jest odłamem chrześcijaństwa, ale jego dalsze odłamy idą w jeszcze gorsze ekstremy: jedne są bardziej konserwatywne, czyli wsteczne, inne zaś silą się na nowoczesność, co czasem przybiera komiczne lub w przypadku sekt, niebezpieczne formy.

    Ponieważ katolicyzm jest z zasady wsteczny — pomimo wysiłków kolejnych papieży w kierunku lepszego przystosowania zasad wiary do współczesnej myśli materialistycznego świata — utrzymuje wiernych w czasach wczesnego średniowiecza. Nie ma się co oburzać, bo dowodów jest mnóstwo. Polityka Kościoła nie idzie w kierunku uczynienia wiary bardziej zrozumiałą i przemawiającą do zwykłego Kowalskiego, lecz stoi w miejscu, ponieważ wszelkie próby unowocześnienia napotykają na nieprzebyte przeszkody w postaci teologicznych dogmatów, doktryn i koncepcji. Inaczej mówiąc, nie można dokonać jakichś zmian, bo trzeba by było naruszyć te przeszkody, a to jest nie do pomyślenia. Koło się zamyka i chociaż każdy sobór wnosi coś do doktryny katolickiej, usuwa lub zmienia, są to zmiany tak nieznaczne jak np. odprawianie mszy w językach narodowych. Dla Kościoła był to być może wielki wyłom, ale dla wiernych niezbyt znaczący.

    Podobnie konserwatywny jest Kościół prawosławny, jednakże posiada on jedną bardzo ważną cechę, która nie tylko odróżnia go od katolicyzmu, ale zbliża do chrześcijańskich Kościołów reformowanych. Jest to kwestia celibatu duchowieństwa — temat podnoszony w każdej niemal debacie w łonie Watykanu. Bez skutku.

    Patrząc na celibat z punktu widzenia wschodniej filozofii, w celibacie może żyć osoba zaawansowana duchowo, która swoje całe życie poświęca służbie bożej oraz uprawianiu specjalnych praktyk medytacyjnych, co coraz bardziej zbliża ją do Boga. Zgodnie z tą filozofią jest to dusza wybrana przez Boga, naznaczona do powrotu do źródła swego powstania i zjednoczenia się z Bogiem. Na końcowych etapach ścieżki duchowej, taki człowiek dobrowolnie, bez żadnego przymusu z zewnątrz i z wewnątrz, odstawia seks zupełnie jako coś, co mogłoby mu tylko przeszkadzać. Jedyne kobiety w jego życiu to matka, siostra i inne kobiety w rodzinie. Jednakże, zanim to nastąpi, jest normalnym, żonatym obywatelem, który obok swoich ziemskich obowiązków, wypełnia również obowiązki duchowe.

    Powyższa definicja nie pasuje do katolickiego pojmowania celibatu. Przede wszystkim żaden ksiądz nie ma prawa uważać się za „syna bożego", za kogoś wyjątkowego, komu Bóg wyznaczył taką rolę. Tak zwane „powołanie", czyli chęć wejścia w szeregi sług Kościoła, to — nie czarujmy się — na ogół posiadanie dwóch lewych rąk do jakiegoś konkretnego zawodu. Cóż może być lepszego niż „iść na księdza"? Robić nie potrzeba wiele, płacą nieźle, mieszka się wygodnie, zewsząd otacza szacunek graniczący z uwielbieniem. Lub — jak to przedstawiam w cyklu „Sądny dzień kardynała" — łatwy dostęp do młodych adeptów i dzieci w celu zaspokajanie swoich seksualnych obsesji i żądz. Czy może być jakaś lepsza profesja?

    Marsz 11 listopada w Warszawie
    © Sputnik . Alexey Vitvitsky
    Gdyby tak zwany „duchowny" mógł się ożenić, jego naturalne dążenia seksualne miałyby upust w małżeńskim łożu tak długo aż uwiąd starczy nie zgasiłby ich samoistnie w swoim czasie. I tak też się dzieje w prawosławiu i Kościołach reformowanych. Nie ma życia pod presją, a pedofilia i inne zboczenia są prawie nieznane.

    Wróćmy jednak do „przedmurza"… Po tym co do tej pory napisano widać, jaka jest różnica pomiędzy tymi głównymi odłamami chrześcijaństwa. Jak można zatem upierać się, że to nasz kraj jest frontem pomiędzy tym „właściwym" chrześcijaństwem (katolicyzmem) a „niewłaściwym" (prawosławiem)? Pojęcie „przedmurza" implikuje, że to my, Polacy stajemy piersią w pierś z prawosławiem, które jest religią „błądzącą" w naszym rozumieniu. To znaczy z odwiecznym wrogiem, co nam bardzo pasuje do naszego poczucia rusofobii. Nie tylko nie lubimy „Ruskich", bo są „ruscy" — nie lubimy ich również jako przeciwników w naszej katolickiej krucjacie.

    Tymczasem od tych nielubianych, prawosławnych „Ruskich" możemy się nauczyć w jaki sposób współżyć i współistnieć nie tylko z muzułmanami, ale wszystkimi innymi religiami występującymi na świecie. Pięć wieków na ogół zgodnego współżycia tych religii świadczy o poziomie kultury po obu stronach. Mówiąc o potrzebie kooperacji katolicyzmu i prawosławia papież miał na myśli takie problemy jak zanik instytucji rodziny, czyli pogwałcenie ustanowionego porządku Natury — zjawiska bardziej powszechnego na Zachodzie niż na Wschodzie.

    Graffiti upamiętniające ofiary rzezi wołyńskiej (Warszawa, ul. Młyniarska. Autor - Mikołaj Ostaszewski)
    © East News / Marek BAZAK
    Zawieranie związku małżeńskiego wyszło na Zachodzie z mody, zastąpione tzw. „związkami partnerskimi", de facto, czyli na „kocią łapę" oraz małżeństwami jednopłciowymi. Zatem szumne hasła na temat „wartości chrześcijańskich", rzekomo kultywowanej „kultury chrześcijańskiej" w „chrześcijańskiej cywilizacji", są słowami-kluczami, wytrychami, którymi próbujemy się włamać do rzeczywistości. Kiedy już jednak wyłamiemy drzwi, okazuje się, że nic tam nie ma — że tam, gdzie spodziewamy się znaleźć chrześcijaństwo, są jedynie spłowiałe „święte" obrazki z książeczki do nabożeństwa. Nic poza tym. Nie ma żadnych „wartości", żadnej „kultury" i żadnej „cywilizacji". Co mamy na odparcie „potopu islamskiego"? Gdzie jest jakaś zastępcza ideologia poza wrogością do innowierców?

    Z punktu widzenia innowierców, których społeczność zachodniej, chrześcijańskiej kultury ma wchłonąć, a może nawet nawrócić (ostatnio chodzą słuchy, że w krajach Skandynawskich muzułmanie masowo przystępują do chrztu, żeby dostać azyl), nie bardzo jest z kogo brać przykład. Przy bliższym poznaniu okazuje się, że choć zasady chrześcijańskiej ideologii są bardzo piękne i prawdziwe, to jednak wyznawcy tej religii ich nie przestrzegają.

    Dla przeciętnego muzułmanina, który naprawdę wierzy w Boga (bez względu na to jak go sobie wyobraża i nazywa), modli się do niego i trzyma się ściśle Koranu, który nb. jest w większości podobny do Starego i Nowego Testamentu, chrześcijanin postrzegany jest jako „niewierny" nie dlatego, że wierzy w jakiegoś „innego" Boga, lecz dlatego, że nie wypełnia obowiązków religijnych, czyli w Boga nie wierzy. Poza tym, o ile przeciętny chrześcijanin należący do któregoś z Kościołów reformowanych zna Biblię i trzyma się jej — w niektórych przypadkach aż za ściśle, odczytując Pismo dosłownie — o tyle katolik na ogół Biblii w ogóle nie zna, a „nauki" pobiera z katechizmu i to tylko wtedy, gdy zdarzy mu się uczęszczać na lekcje religii.

    Sąsiad po drugiej stronie Bugu stoi dla nas za murem naszej własnej ignorancji. To my sami budujemy wszystkie „mury" oddzielające nas od rzeczywistości. Legendarny mistyk Mirdad powiedział, że budując płot, odgradzamy siebie od życia — ograniczamy naszą przestrzeń życiową. I czy to nie jest prawda? Zakładamy Unię (czyli zjednoczenie), żeby zlikwidować podziały, animozje, mury i granice, aby niedługo potem zacząć odgradzać się nawzajem płotami, kisząc się we własnym sosie zacofania i głupoty.

    Ferma w Iraku
    © REUTERS / Youssef Boudlal
    Głosimy szlachetne idee wielokulturowości, aby utknąć na trywialnym problemie kto lepszy — kto gorszy. Mienimy się chrześcijanami i kłócimy się, które chrześcijaństwo jest bardziej chrześcijańskie, a wzdragamy się przed udzieleniem samarytańskiej pomocy. Wprost przeciwnie — zabijamy sankcjami najbiedniejsze kraje, wpędzając je w jeszcze większą biedę, choroby i cierpienia. Napadamy na innych — nawet tych, którzy są daleko i w niczym nam nie zagrażają. Chcemy ich uczyć demokracji, oświaty, kultury w sytuacji, gdy sami opieramy się na wyzysku, niesprawiedliwości i bezprawiu.

    Nie jesteśmy ani oświeceni, ani kulturalni, ani religijni, a chcemy ich nawracać na „naszą" wiarę, która według nas jest jedyna prawdziwa. Nie znamy prawdy, a głosimy im „naszą" prawdę, która jest od A do Z fałszem, bo zawsze stoi za nią chciwość i pazerność. To są nasze „chrześcijańskie wartości". Oto chrześcijańska, zachodnia cywilizacja.

    Nasze „przedmurze" budujemy z piasku i na piasku. Jest podobne do zamku na plaży, który pierwsza lepsza fala bezpowrotnie rozmyje. Zamiast murów i płotów budujmy swoją świadomość, która jest wieczna, bo zbudowana na skale.

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    „Polska jest zmęczona sukcesami Poroszenki”
    Sądny dzień kardynała (część 1)
    Polskie „nie” dla uchodźców z krajów muzułmańskich
    Polska zmienia zasady zatrudniania cudzoziemców w 2018 roku
    USA dostarczą Polsce rakiety AMRAAM
    Sądny dzień kardynała (część 2)
    Po co Watykan wysłał do Moskwy kardynała Parolina?
    Tagi:
    kościół, Prawosławie, Katolicyzm, religia, Europa, Rosja, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz