09:29 20 Sierpień 2018
Na żywo
    Protesty w Korei Południowej w przeddzień wizyty Trumpa

    Co jest grane w ONZ?

    © AFP 2018 / Ed Jones
    Krótki link
    Piotr Listkiewicz
    9583

    Jak się okazuje, realizacja celów ONZ w praktyce jest nie tylko trudna, ale wręcz niemożliwa.

    Oto co Karta Narodów Zjednoczonych mówi o celach tej organizacji:

    1. Utrzymanie międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa za pomocą zbiorowych i pokojowych wysiłków.

    2. Rozwijanie przyjaznych stosunków między narodami na zasadach samostanowienia i suwerennej równości.

    3. Rozwiązywanie konkretnych problemów międzynarodowych (gospodarczych, społecznych, kulturalnych, humanitarnych, czy dotyczących praw człowieka) na zasadzie współpracy międzynarodowej oraz uznania równości ras, płci, języków i wyznań.

    4. Stanowienie ośrodka uzgadniania działań narodów w imię wspólnych celów.

    Prawda jakie proste? Czy tak trudno jest przestrzegać tych reguł? Jak się jednak okazuje, realizacja ich w praktyce jest nie tylko trudna, ale wręcz niemożliwa.

    Powyżej mamy tylko ogólne zasady. Na ich rozwinięcie nie ma tutaj miejsca, więc zainteresowanych odsyłam tu. Jednakże nawet w rozwinięciu Karty mowy ani razu nie ma o „amerykańskiej wyjątkowości", roli USA w załatwianiu konfliktów międzynarodowych oraz jawnej agresji z pominięciem Rady Bezpieczeństwa ONZ z byle jakiego powodu, przy byle okazji, przy użyciu cwanego pretekstu lub medialno-militarnej plotki. Nic nie ma o prawie do mieszania się w wewnętrzne sprawy krajów, o wywieraniu wpływu na wyniki wyborów oraz obalaniu przywódców i rządów. O Stanach Zjednoczonych nie ma tam w ogóle wzmianki.

    Australijski kardynał George Pell
    © AP Photo / Rick Rycroft
    Pamiętacie, jak Bush biegał tam i z powrotem, wołając: „Coś trzeba zrobić", gdy diabli wzięli te dwie reprezentacyjne wieże w Nowym Jorku? Wydarzenie 9/11 spowodowało, że ONZ udzieliła carte blanche koalicji państw do rozpoczęcia wojny z terroryzmem. Nikt nawet przez moment nie wątpił, że na czele staną Stany Zjednoczone, bo przecież podniesiono rękę na sam kwiat biznesowej arystokracji. Tak też się stało i w odwecie za śmierć 3000, polała się krew milionów. Polowanie na Osamę bin-Ladena w Afganistanie rozprzestrzeniło się na wszystkie strony Bliskiego Wschodu, bo Waszyngton znalazł wreszcie pretekst i okazję, żeby „legalnie" napadać tamte kraje i pompować petrodolary do kieszeni międzynarodowych konsorcjów. Okazało się nagle, że ugrupowania terrorystyczne są wszędzie i ciągle rosną w siłę, a także ciągle powstają nowe organizacje i grupy, kierowane przez fikcyjnych bin-Ladenów. Upłynęło trochę czasu, zanim świat się dowiedział, że te organizacje, grupy i grupki są tworem amerykańskim wspomaganym i sponsorowanym przez CIA i Pentagon, w programie kreowania wroga tam, gdzie go faktycznie nie ma. Okazało się, że USA wcale nie walczy z terrorystami. W międzyczasie bin-Ladena znaleziono i zamordowano, zamordowano również Husseina i Kadafiego niejako mimochodem. Może nie każdy pamięta, że w tamtych czasach media cicho i tylko chyba ze dwa razy ujawniły, że w Syrii powstała nowa organizacja terrorystyczna (nazwy nie pamiętam), która jest — jak głosił ten fejk-news — tysiące razy groźniejsza niż al-Kaida. Nikt o niej ani wcześniej, ani później nie słyszał, ponieważ była ściśle tajna (czyt. powstała w imaginacji któregoś z szefów CIA). Był to pierwszy pretekst, żeby się włamać i zbombardować Syrię. Bez zgody ONZ oczywiście.

    Prowincja Al-Hasake, kościół zniszczony przez terrorystów PI
    © Sputnik . Valery Melnikov
    Oczywiście wiemy, kto rządzi ONZ-em od początku jej powstania i czyje jest zawsze na wierzchu. Od czasu do czasu dowiadujemy się, że syryjski Assad, wenezuelski Maduro, czy brazylijska Rosneff protestują, ale ich listy wsiąkają w czeluści ONZ-owskiej biurokracji, ponieważ „reżimom" się z reguły nie wierzy. Saddam Hussein i Kadafi też protestowali — z jakim rezultatem? Ten sam los spotyka wszystkie protesty, które są rzekomo przeciwko interesom Stanów Zjednoczonych. Poza tym protesty są rozpatrywane wtedy, gdy protestuje pierwszy, wiarygodny gatunek ludzi, zaś Asad, Maduro i Rosneff niestety, należą do trzeciego.

    ONZ upiera się, żeby rozbroić Koreę Północną na zlecenie USA. Stąd rezolucja za rezolucją i sankcje za sankcjami. W ten sposób ONZ łamie jedną z podstawowych zasad swojego istnienia. Zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych każdy kraj ma prawo robić w swoich granicach co mu się podoba oraz bronić swojej suwerenności przed agresorami. Ma prawo odstraszać. A zatem Korea ma prawo mieć broń atomową tak samo jak każde inne państwo, które czuje się zagrożone. Ma prawo się bronić. Przed kim? Wszystkie kraje tzw. klubu atomowego posiadają broń nuklearną, ale tylko jeden zagraża światu. Tym krajem są USA. Rosja od czasów drugiej wojny ma bombę atomowa, Francja i W. Brytania uzyskały ją zaraz potem, w międzyczasie Chiny, Indie i Pakistan dołączyły do czołówki. Żaden z tych krajów do tej pory nie tylko nie użył swojego arsenału atomowego, ale nawet nie posłużył się nim w straszeniu innych — no, być może za wyjątkiem W. Brytanii, aby ukrócić jej neokolonialne ciągotki. Tymczasem Stany Zjednoczone nie dość, że mają już na atomowym koncie kilkaset tysięcy ludzi zabitych w Hiroszimie i Nagasaki, to jeszcze grożą swoim arsenałem atomowym całemu światu. ONZ patrzy na to przez palce. ONZ patrzy przez palce na to co robi USA przez ostatnie ponad 70 lat. ONZ nie reaguje, gdy USA popełniają zbrodnie wojenne i zbrodnie ludobójstwa, łamiąc przy okazji nie tylko zasady ONZ, ale wszelkie traktaty, konwencje i prawa międzynarodowe. Czy ktoś kiedyś słyszał, żeby zwoływano posiedzenie Rady Bezpieczeństwa z powodu niewłaściwej polityki Stanów Zjednoczonych?

    Dlaczego Korea nie może mieć bomby atomowej? Tylko dlatego, że Korea nie krępuje się powiedzieć głośno przeciwko komu ta bomba jest szykowana. Korea nie waha się podnosić świętokradczej ręki na świętą krowę tej planety. Poza Francją i W. Brytanią wszystkie inne kraje zbroją się przeciwko USA, ponieważ każdy z nich zdaje sobie sprawę co znaczy „sojusz" z tym krajem. Japonia musiała ostatnio zmienić konstytucję, bo Ameryce nie podobały się ustawy o pokojowym współistnieniu z resztą świata. USA chce, żeby Japonia sama była po zęby uzbrojona oraz służyła za wygodne tereny strategiczne dla amerykańskich baz przeciwko Rosji i Chinom. Wbrew woli Koreańczyków USA od dziesięcioleci uniemożliwia traktat pokojowy pomiędzy Północą a Południem, który mógłby zapoczątkować proces zjednoczenia. Rosja zbroi się przeciwko „partnerom" zza oceanu i europejskim marionetkom zwanym krajami NATO, które wcale nie ukrywają, kogo mają na myśli mówiąc o „wschodnim agresorze". Rosyjskie rakiety są wycelowane w ponad 800 baz, z których każda ma się przyczynić do starcia Rosji z powierzchni ziemi. Półwysep Koreański jest Ameryce niezbędnie potrzebny do umocnienia się po drugiej stronie Pacyfiku, do spacyfikowania krajów na zachodnim brzegu i do ogrodzenia Rosji i Chin kolejnymi bazami.

    Amerykańskie próby wprowadzenia Nowego Porządku Świata (NWO) i biznesowe podejście do polityki międzynarodowej, które wyraża się rozbojem na polu ekonomicznym poprzez oddanie wszystkich gałęzi gospodarki ponadnarodowym korporacjom, zabiło normalne działanie struktur państwowych. 

    Jeżeli jedno państwo może obkładać sankcjami drugie państwo, oznacza to, że to drugie państwo uzależniło się od pierwszego w rezultacie głupoty kliki rządzącej drugiego. Przykład mamy jak na dłoni. Związek Radziecki upadł, zaś Rosja Gorbaczowa i Jelcyna to niechlubna era partyzanckiej prywatyzacji. Jak to się odbyło, lepiej nie przypominać, bo nóż sam się w kieszeni otwiera. Zresztą podobny proces przebiegał w Polsce i trwa do dzisiejszego dnia jako dekomunizacja i demonizacja wszystkich zdobyczy poprzedniego okresu. W Polsce solidarnościowi „patrioci" rozparcelowali wszystko, co się dało rozparcelować; wyprzedali, co się dało sprzedać; rozkradli to, co się dało rozkraść; resztę zniszczono lub pozostawiono bezpańsko, żeby powoli niszczała.

    A wszystko to w dumnym i szumnym pochodzie na Zachód, do Europy i Wolnego Świata (czyt. Stanów Zjednoczonych). Zapisując się do Unii położyliśmy na łopatki rolnictwo i przemysł — z kraju eksportowego przeistoczyliśmy się w kraj importowy. Ekonomicznie nic już nie jest nasze. Nie mamy armii. Zapisując się do NATO, schroniliśmy się pod atomowy parasol naszego zaatlantyckiego „sojusznika" i Wielkiego Brata, odwracając się tyłem do najbliższego sąsiada, nie myśląc o tym, że ten amerykański „sojusznik" odwróci się do nas tyłem, gdy zmieni się koniunktura. Czym jest Polska wobec Rosji? A mimo to Polska, w swej histerycznej rusofobii, chce napaść na Rosję, być może ramię w ramię z Ukrainą. Jesteśmy w obozie, który jest nieustannie w stanie wojny, dlatego boimy się potęgi tego, kto chce żyć w pokoju. Judzimy i prowokujemy, bo w istocie nie wierzymy w propagandową „rosyjską agresję". Każdy katolik twierdzi, że wierzy w Boga, co mu zupełnie nie przeszkadza grzeszyć, nie wierząc, że sprawiedliwość boska go kiedyś dopadnie.

    Uzależnienie się od kogoś oznacza zależność. Podległość. Czepianie się pańskiej klamki. Pokorne i uniżone czekanie na rozkazy, wskazówki, klepnięcia po plecach i przyjacielskie klapsy. Zgadywanie myśli. Fałszywy śmiech w odpowiedzi na głupie żarty. Przyklaskiwanie. Im wyżej ktoś podnosi głowę, tym niżej swoją opuszczamy, pamiętając przysłowie, że pokorne cielę dwie matki ssie. Im wyżej się wznosimy w swoim mniemaniu, tym niżej upadamy naprawdę. Czy nie przekroczyliśmy granic? Popatrzmy w siebie, a być może uda nam się wyciągnąć na wierzch jakieś resztki swojej ludzkiej godności.

    Trump zadecydował, że żydowską stolicą będzie Jerozolima. Przeciwko dekretowi ONZ, która uznaje prawa Palestyńczyków do części tego „świętego" miasta. Trump z góry założył, że jego wola ciałem się stanie — zaś ONZ? Któż by się przejmował ONZ! Od jakiegoś czasu amerykańscy prezydenci mają gdzieś ONZ. Tym razem jednak światowe gremium stanęło okoniem i przygniatająca liczba państw opowiedziała się za Palestyną mimo gróźb Trumpa i Niki Haley. Lecz w Białym Domu nie mówi się o samej decyzji — która została podjęta i kropka — lecz o sprawach technicznych, tzn. jak będzie wyglądał budynek, gdzie będzie usytuowany oraz kto za jakim biurkiem będzie urzędował. Sprawa została przecież załatwiona.

    Korea ma usiąść do stołu obrad po spełnieniu warunków postawionych nie przez ONZ, która powinna być mediatorem, lecz przez grupę wojskowych jastrzębi Pentagonu i ich reprezentantów w Białym Domu. Najważniejszym warunkiem postawionym przez USA jest całkowite pozbycie się arsenału nuklearnego przez Koreę Północną. Czy ktoś słyszał co mają zrobić Stany Zjednoczone w odpowiedzi? Czy coś przyrzekną Korei w zamian za rozbrojenie i czy obietnicy mają zamiar dotrzymać? Wolne żarty! USA niczego nie przyrzekną i niczego nie będą musiały dotrzymywać. Tak wygląda amerykańska dyplomacja.

    USA chce rzucić Koreę na kolana. Rozbroić. Upokorzyć. Lecz jeśli wtedy dojdzie do jakichś „dyplomatycznych" rozmów, nie będzie to rozmowa równego z równym, lecz pana ze sługą, któremu można wszystko narzucić. A tu przecież nie o to chodzi. Karta Narodów Zjednoczonych mówi zupełnie coś innego. ONZ uchwalił, że wszystkie kraje są równe, ale Orwell sprostował, że niektóre są bardziej równe niż pozostałe. Nie dziwota, że tymi równiejszymi były u Orwella świnie. Jakież trafne proroctwo!

    Parę dni temu Tillerson powiedział: „Oznaki głodu i śmierci głodowej w Korei Północnej wskazują, że amerykańska strategia dyplomatyczna dobrze pracuje. Naszym celem obecnie jest niedopuszczenie do wzbudzenia dla Korei sympatii na świecie w związku z naszymi sankcjami."

    Palestyńskie miasto Abu-Dis odgrodzone od Izraela betonowym ogrodzeniem
    © AP Photo / Kevin Frayer
    Brawo dla nas! Będziemy się starać, aby reszta świata nie litowała się nad Koreą, nie mówiąc już o konkretnej pomocy, która jest zabroniona. Oto mamy amerykańską troskę o prawa człowieka! Oto mamy hipokryzję ONZ i setek, jeśli nie tysięcy organizacji międzynarodowych, które „walczą" o te prawa. Gdzie walczą? Na ulicach Nowego Jorku, Paryża i Berlina? Tymczasem ONZ przymyka oko na jawne gwałcenie tych praw przez Arabię Saudyjską, Emiraty i inne kraje, w tym różne bananowe republiki innych kontynentów. Dlaczego? Bo za nimi stoją USA. Kraje te zasilają kasę ONZ, dlatego nie wolno im zwrócić uwagi. Natomiast „reżim" Korei Północnej głodzi naród (odcinając go od KFC i McDonalda) oraz pozbawia go zdobyczy cywilizacji (made in USA). Amerykańska propaganda głosi, że każdy grosz w Korei idzie na badania, próby nuklearne oraz produkcję wszystkich rodzajów broni, zagrażając Ameryce i całemu światu, a ludzie chodzą głodni nago i boso. Amerykańska propaganda kpi z koreańskiego kultu jednostki… Myślę, że taki kult jest lepszy niż wybieranie jednego dnia „kultowego" prezydenta, aby już na drugi dzień chcieć go obalać.

    Amerykańska „dyplomatyczna" strategia nakładania sankcji na wszystkie nieposłuszne kraje świata dobrze pracuje. Na razie. Amerykańscy „stratedzy" nie myślą o tym, że o ile niektórych można nagiąć, o tyle u większości narastać będzie chęć odwetu. Głosowanie w sprawie Palestyny jest tego sygnałem. Można to nazwać dowolnie: np. terroryzmem lub partyzantką, niemniej jednak będzie ruch oporu, z którym USA sobie nie poradzą, bo zbrojny opór nastąpi na całej planecie. Wolność jest przywilejem i prawem każdego narodu i narody dotychczas naginające karku chyba to w końcu zrozumiały. Lecz dla Stanów Zjednoczonych będzie to następny pretekst, żeby mordować ludzi w imię demokracji i „chrześcijańskich wartości".

    Na świecie nie będzie pokoju, dopóki ONZ nie zostanie od A do Z zreformowana. Tak długo jak ONZ będzie podlegać Stanom Zjednoczonym, mowy nie ma o zakończeniu obecnych konfliktów i zapobieganiu nowym.

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Viva la Kaczyński
    Po co Jacek Czaputowicz jeździł do Brukseli?
    Naukowcy odkryli pięć przyczyn obżarstwa
    Tagi:
    konflikt, ONZ, Nikki Haley, Donald Trump, Jerozolima, Palestyna, Korea Północna, Izrael, USA
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz