02:45 16 Sierpień 2018
Na żywo
    Odwiedzający w muzeum stworzonym na terytorium byłego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu

    Polowanie na prawdę

    © Sputnik . Valeriy Melnikov
    Krótki link
    Piotr Listkiewicz
    7258

    Kiedy dawno temu pracowałem w DDRze, obiła mi się o uszy historyjka o Niemcu, który nie posprzątał ulicy przed swoim domem i został podkablowany przez sąsiada, z którym żył dobrze i codziennie chadzał na piwo do pobliskiej Gaststette.

    Słysząc to poczułem się trochę nieswojo, bo z jednej strony czułem, że sąsiad miał rację, ale z drugiej…, z punktu widzenia polskiej mentalności uczynek wydawał się naganny. Sytuacja dokładnie przypomina inną historyjkę o kimś, kto podniósł torbę z banknotami, która wypadła z opancerzonej furgonetki. Facet odniósł torbę na policję, a gdy opowiedział o tym znajomemu, ten rzekł od niechcenia: „Postąpiłeś dobrze, ale głupio".

    Na podstawie tej pierwszej historii można mówić o zderzeniu mentalności niemieckiej i polskiej, które nastąpiło w czasie pokoju i socjalistycznej prosperity. Jeśli jednakże weźmiemy pod uwagę warunki wojenne, nędzę i walkę o przetrwanie w nieustannym strachu przed bezwzględnym, a często bestialskim okupantem; gdy za każde przewinienie groziła przynajmniej zsyłka na roboty, obóz koncentracyjny, a w najgorszym przypadku rozstrzelanie na miejscu, odkryjemy, że mentalność człowieka ulega poważnym, a nawet drastycznym zmianom w zależności od warunków.

    Donald Trump w Warszawie
    © AP Photo / Alik Keplicz
    Trudno wtedy odróżnić Polaka od Żyda lub Niemca. Każdy walczy o życie i metody tej walki są identyczne, gdy zaistnieją identyczne warunki. Nie zawsze uczciwe i nie zawsze zgodne z kodeksem etyczno-moralnym obowiązującym w normalnych warunkach — trzeba dodać. Większość z nas robiłaby to samo, choć dzisiaj oburzamy się na taką insynuację.

    Dziś wracamy znów do naszej polskiej mentalności i ze zgrozą słuchamy jak w czasie okupacji nazistowskiej jeden drugiego kablował do okupantów. Polak kablował Żyda, Żyd kablował Polaka. Volksdeutsch kablował obu, ale też Żyd kablował Żyda, a Polak Polaka. Gdyby wtedy w Polsce było więcej nacji — nie czarujmy się! — każdy kablowałby każdego. Tak samo było zresztą za tzw. „komuny", gdy SB była wszechobecna dzięki nie komu innemu jak rdzennym Polakom właśnie.

    Można zatem przyjąć, że tam, gdzie sprawa „biega" o korzyści materialne, kontakty i chody, a tym bardziej, gdy jest kwestią życia i śmierci, nasze hamulce etyczno-moralne ulegają zapowietrzeniu. Honor i narodową dumę, humanizm i humanitaryzm, moralność oraz wszelkie ludzkie uczucia odwieszamy na kołek. Nie ma wtedy przyjaciół — jest jedynie towar do sprzedania. Za ile? Za Niemców tą zapłatą było odroczenie wyroku śmierci, która czyhała za rogiem. Za „komuny" to był dostęp do sklepu dla VIPów albo parę złotych, w zależności od jakości donosu.

    Briefing rzeczniczki MSZ Rosji Marii Zacharowej
    © Sputnik . Kirill Kallinikov
    To fakt, że Polacy ukrywali Żydów, ale oficjalne liczby są mocno przesadzone. Przede wszystkim musiały być zachowane setki warunków: np. wolnostojący dom z obszerną piwnicą pozwalającą na odpowiednią adaptację; zamaskowane wyjście. Kwestia wyżywienia — jak może się rodzina uzależniona od kartek wyżywić, jeśli musi się podzielić z dodatkowymi kilkoma osobami? I tak dalej.

    Nie chodziło wyłącznie o koszty — bardziej liczyło się bezpieczeństwo. Zresztą, niewątpliwie większość było takich, którzy bez względu na posiadane warunki, Żydów u siebie nie chcieli i kropka. Wynika z tego, że takich rodzin naprawdę nie mogło być zbyt wiele — w każdym razie nie tyle, o ilu bębni IPN.

    IPN, czyli Instytut Poprawiania Historii, próbując przenicować prawdę, przepada wprost za uogólnieniami. „Ogólnie rzecz biorąc" Polacy ukrywali Żydów. Prawda. Ilu było takich Polaków i jaka była ich motywacja? Hmm… tego nie wiemy. Czy to była chrześcijańska miłość bliźniego upoważniająca ich do miana herosa, czy może chęć dojenia ukrywanej rodziny z ocalonych zasobów materialnych? Ilu zatem było „Dobrych Samarytan", a ilu zwykłych złodziei — bowiem tylko tak można nazwać kogoś, kto przechowuje rodzinę lub kogoś samotnego licząc na to, że za każdą kromkę chleba dostanie duży banknot lub pierścionek. IPN jest zawsze na wierzchu, zawsze kryty, zależnie od okoliczności twierdząc, że czegoś było „dużo" albo „niewiele", „znikoma ilość" itp.

    Co oznacza „dużo", a co „niewiele"? Żyjemy w czasach liczb, bądźmy więc w miarę dokładni. Powyższą zasadę widzimy w tekstach opisujących niesławnej pamięci ubiegłoroczny Marsz Niepodległości. Jedni mówią, że polskich nazistów było 60 tys., zaś inni, że to była liczba „marginalna". Ilu tych polskich, „marginalnych" neonazistów było razem ze zwykłymi chuliganami?

    Podobne uogólnienia obserwujemy tam, gdzie pisze się o Niemcach jako o bestialskich mordercach, choć wiadomo, że w istocie niewielu można było podciągnąć pod to miano. Ci, którzy faktycznie tacy byli, zostali dawno temu osądzeni i skazani. Nawet polska propaganda już o tym przestała ujadać. Za to ta propaganda wszystkich Ruskich widzi w negatywnym świetle, choć nie robią nic złego, zaś Amerykanów w blasku glorii, choć skądinąd wiemy, że wszystkie wojny od 75 lat wywołane zostały właśnie przez USA i zaowocowały milionami trupów. A zatem, Amerykanie są ludobójcami! Czy wszyscy?

    Sprawa „polskich obozów koncentracyjnych" nie jest nowa. Od niemal czterdziestu lat światowa Polonia prowadzi batalię z zachodnimi massmediami. Polskie czynniki oficjalne wzięły się za to znacznie później. Były wprawdzie blade protesty ambasad po pojawieniu się tego błędu w jakimś artykule, ale tak jak gazeta szybko traci aktualność, sprawa tego przejęzyczenia umierała również dość szybko. Piszę o przejęzyczeniu, bo angielskie „Polish concentration camps" można rozumieć dwojako — jako „obozy koncentracyjne na terenie Polski", częściej lub „polskie obozy koncentracyjne" założone na terenie Polski przez Polaków, rzadziej.

    O ile Anglosasi nie mając nic zdrożnego na myśli, przechodzą nad tym zwrotem do porządku dziennego, przepraszając w następnym wydaniu gazety, o tyle tej niefortunnej frazy uczepili się amerykańscy Żydzi odczytując ją błędnie jako obozy założone przez Polaków w celu eksterminacji Żydów. Nie trzeba było zbyt długo czekać, aby powstała koncepcja, że Polacy pomagali nazistom realizować niemiecki program likwidacji narodu żydowskiego, korzystając z wojennej zawieruchy i okupacji naszego kraju, co oczywiście jest nieprawdą.

    Choć ta koncepcja jest od początku do końca fałszywa, jest niezmiernie popularna w USA, Izraelu i za pośrednictwem Żydów w innych krajach zachodnich. Bardzo pomaga w tym polski antysemityzm mający swoją kilkuwiekową historię. Niemcy przyznali się do organizacji obozów na terenie różnych europejskich krajów, w tym Polski, lecz kto budował te obozy? Niemcy? Wehrmacht? SS? Oczywiście nie. Na budowy spędzano kogo się dało — głównie więźniów, niewolników wziętych na froncie oraz wolnych, miejscowych. Polaków, Niemców, Francuzów. Być może nadzór należał do majstrów niemieckich — ale w Polsce załoga składała się w całości lub w części z Polaków. Niemcy budowali wiele różnych obiektów w Polsce — wspomnieć warto przy okazji o budowie ściśle tajnych tuneli w Górach Sowich, gdzie nb. wszystkich robotników rozstrzelano po zakończeniu robót.

    Zatem patrząc z tej strony, niemieckie obozy koncentracyjne na polskiej ziemi były budowane głównie przez Polaków i ktoś niezorientowany może pominąć fakt niemieckiego nadzoru i przysięgać, że na własne oczy widział polskich robotników. Zwłaszcza gdy jest wrogo nastawiony do Polski. Pomysł i projekt zakładania obozów zrodził się w głowach nazistowskich przywódców i inżynierów, a następnie został zrealizowany fizycznie przez grupę robotników na terytorium Polski, Niemiec lub jakiegoś innego kraju. Czyje zatem są te obozy? Oczywiście Niemców i nikt obecnie, po siedemdziesięciu paru latach nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości.

    Zakaz mówienia o czymś, podejmowania jakichś dyskusji i poruszania pewnych tematów jest pogwałceniem wszelkich praw i umów międzynarodowych dotyczących wolności słowa i przekonań — między innymi zagwarantowanych w polskiej konstytucji. To jest cenzura, której w „wolnej", postsocjalistycznej Polsce miało nie być. Jeśli komuś podoba się propagować koncepcję płaskiej Ziemi, to jego wola i wolny wybór. Jeśli ktoś twierdzi, że rzezi wołyńskiej lub katyńskiej nie było wbrew ujawnionym dowodom i faktom, to jest wyłącznie jego sprawa. Można mu tylko współczuć, że jest aż tak ograniczony lub zindoktrynowany, ale nie wsadzać go na trzy lata do więzienia! Jeszcze trochę, a okaże się, że nie wolno mówić o katastrofie smoleńskiej czegoś, co kolidowałoby z oficjalną, hipotetyczną wersją o wybuchu i zamachu.

    Ustawa, jak się zdaje, zabrania negowania Wołynia, lecz jednocześnie zabrania źle mówić o banderowcach, którzy tej rzezi dokonali. Nikt nie uwierzy dzisiaj w bajeczkę z czasów ZSRR, że zrobili to Niemcy. Zbyt dużo było naocznych świadków, którzy cudem ocaleli. Sam się tego dość nasłuchałem. Mordercami były zorganizowane oddziały UPA, które nurzając się w polskiej krwi, podpuszczały chłopów ukraińskich, żeby robili to samo ze swoimi sąsiadami. Nazwiska watażków, Bandery i Szuchewicza, były na wszystkich ustach. „Sława Ukraini — hierojam sława"! Z jednej strony za „szkalowanie" banderowców będzie grozić więzienie i pomnik Stiepana ozdobi jedno z miast polskich, ale z drugiej nie wolno tykać prawdy o bandach UPA. Czy ktoś coś z tego rozumie?

    Gdyby jakiś zachodni turysta zapytał przechodnia, kim był ten Bandera na cokole, zapewne dostałby niepełną odpowiedź: „To był cholerny sk****syn…" „Niemożliwie — odrzekłby turysta — sk****synom stawiacie pomniki?" I cóż by wtedy odpowiedział przechodzień? Że ta postać na cokole naprawdę była sk****synem, ale nie wolno o tym mówić, bo ustawa zakazuje?

    Lider Republiki Czeczeńskiej Ramzan Kadyrow
    © Sputnik . Said Tzarnaev
    Patrząc z jeszcze innej strony, powinniśmy to wszystko wyrzucić z pamięci. Wolność słowa, wolność przekonań, są to rzeczy iluzoryczne i przemijające. Wybaczyć i zapomnieć — jest to jedna z naczelnych zasad wszystkich światowych religii. Zresztą, czy jest jakieś inne wyjście? Bandera, Wołyń, Oświęcim, Katyń, Stalin, NKWD, UB i SB to przeszłość, która z każdym kolejnym rokiem odsuwa się coraz bardziej w cień. Nie przywołujmy tych maszkar z powrotem.

    Nasze dzieci i wnuki powinny żyć dniem dzisiejszym i patrzeć w przyszłość, która też nie wiadomo jaka będzie. Po co zatruwać im umysły zbyt wielkim ładunkiem drastycznej prawdy? Po co ich obciążać przeszłością, która nie wróci i lepiej, żeby nie wróciła? Z tego punktu widzenia ustawa jest uzasadniona. Ale patrząc obiektywnie jest idiotyczna i śmieszna.

    W naszym polowaniu na prawdę musimy spojrzeć w siebie, bo tam ona jest i można ją znaleźć i rozpoznać, gdy uspokoi się umysł — jego myśli, emocje, pragnienia i uczucia. Wtedy poznamy sedno, jądro, treść, esencję, samą istotę rzeczy. Może nawet dostąpimy oświecenia… I wtedy znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego buduje się sk****synowi pomnik, a jednocześnie nie wolno o nim mówić. 

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

     

    Zobacz również:

    Zacharowa o polskiej ustawie o IPN
    Izrael chce wprowadzenia poprawek do ustawy o IPN
    Ustawa o IPN: Ukraina chce się „podczepić” pod protest Izraela
    Duda podjął decyzję ws. ustawy o IPN
    Polacy podzieleni w kwestii nowelizacji ustawy o IPN
    Nowelizacja ustawy o IPN: Ukraińcy wyjdą dziś na ulice
    Poroszenko o nowelizacji ustawy o IPN: To nie do przyjęcia
    Tagi:
    banderyzm, historia, ustawa, Instytut Pamięci Narodowej, Wołyń, Katyń, Izrael, Niemcy, Ukraina, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz