03:21 21 Październik 2018
Na żywo
    Inauguracja 45. prezydenta USA Donalda Trumpa

    Jastrzębie gniazdo

    © REUTERS / Jim Bourg
    Krótki link
    Piotr Listkiewicz
    10931

    A miało być tak sielankowo! Rodzinna atmosfera w Białym Domu. Ivanka i jej mąż jako główni doradcy, Rex Tillerson, rozważny i opanowany biznesman jako sekretarz stanu, paru doświadczonych generałów na kluczowych stanowiskach.

    Ten zespół miał pomóc Trumpowi w zakończeniu wojen, a zwłaszcza wycofaniu się z twarzą z Afganistanu i Syrii, odrestaurowaniu stosunków z Rosją, zlikwidowaniu NATO oraz w „osuszeniu bagna", czyli wzięcia w cugle amerykańskiego establishmentu. Wybrano Trumpa i zaświtała nadzieja…

    Ale jak wiadomo, nadzieja matką głupich. Rok i trzy miesiące prezydentury Trumpa pokazały zgoła odmienny obraz. Do Afganistanu dosłano kilka tysięcy amerykańskich „boys", w Syrii i Iraku pojawiło się więcej „doradców" i „trenerów" lokalnych opozycyjnych armii, pogorszyły się stosunki z Rosją pomimo kilku rozmów „w przelocie" Trumpa z Putinem i ciągłych zapewnień na łamach Twittera, że „z Rosją warto iść ręka w rękę". Ostra początkowo krytyka NATO zamieniła się w delikatną i słabiutką reprymendę. Zjednoczona Europa okazała się oporna w wielu sprawach uważanych przez Trumpa za błahe. Zaś zamiast osuszyć bagno, Trump wlazł w nie po szyję i nie ma możliwości ruchu. Dwie obietnice Trump spełnił, mianowicie zablokował umowy pięciu państw z Iranem oraz wycofał się z porozumienia paryskiego w sprawie klimatu.

    Przypomina to bardzo czasy Obamy, z tą jedynie różnicą, że jak dotąd Trump nie otrzymał pokojowej nagrody Nobla.

    Tak więc Biały Dom stał się jastrzębim gniazdem. Z poprzedniego składu zespołu został tylko „Wściekły Pies" Mattis, który jak się zdaje jest wystarczająco jastrzębi, aby pasować do nowej załogi skupionej wokół prezydenta. McMaster został zastąpiony Johnem Boltonem, a Rex Tillerson byłym dyrektorem CIA, Mikiem Pompeo. Obaj panowie są nieprzejednanymi wrogami pokoju i ich nominacje nie wróżą niczego dobrego.

    Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow
    © Sputnik . Maksim Blinov
    Bolton od 1998 roku jest gorącym zwolennikiem interwencji zbrojnej w Iraku, wojny z Iranem, zbombardowania Korei Północnej, interwencji w Libii i Syrii. Wielu ludzi twierdzi, że senator z Arizony, John McCain, to przy nim „pikuś". Podobne zapatrywania ma Mike Pompeo, ostatni dyrektor CIA, co już samo mówi za siebie. Jest zwolennikiem zmiany reżymów gdzie tylko się da i utrzymania dominacji Ameryki na świecie. Pomoc i poparcie ma w ONZ w postaci jastrzębicy, Niki Halley, która posiada dopracowaną do perfekcji zdolność odwracania kota ogonem.

    Rex Tillerson mianowany przez Trumpa na stanowisko sekretarza stanu na samym początku kadencji, jest rozważnym człowiekiem, zwolennikiem negocjacji i doskonałym dyplomatą. Przypomina tym Johna Kerry, który zaokrąglał kanty wariactwom Obamy. Lecz ta jego cecha od początku nie podobała się porywczemu i wojowniczemu Trumpowi, co wywoływało częste scysje. Zapewne czytelnicy Sputnika zauważyli, że doniesienia ze Stanów Zjednoczonych często były sprzeczne, ponieważ Tillerson starał się dyplomatycznie łagodzić, zaś Trump zaogniał to, co Tillerson wynegocjował. Tak było w sprawach Bliskiego Wschodu, Iranu i Korei.

    Bolton był przez rok ambasadorem USA przy ONZ, ale odszedł na własną prośbę, nazywając ONZ organizacją bezużyteczną i bez sensu — w czym można się z nim zgodzić patrząc z naszego punktu widzenia. ONZ faktycznie nie ma sensu jedynie dlatego, że jest całkowicie zdominowana przez USA i tańczy do wtóru tych, którzy rządzą Ameryką. Oczywiście, gdy zakładano tę organizację, jej podstawowe zasady i założenia były na wskroś humanitarne i humanistyczne, ale to są tak antyczne czasy w historii ONZ, że nikt już ich nie pamięta. Dlatego według Boltona „nie ma żadnego ONZ" — jedyną potęgą rządzącą światem są Stany Zjednoczone. Z tym ostatnim stwierdzeniem też niestety musimy się zgodzić.

    Bolton pochodzi ze starej szkoły amerykańskiej polityki, która wyznaje zasadę „najpierw bombardować, a dopiero potem zadawać pytania" oraz „co za sens w zbrojeniach, jeśli tej broni się nie używa". Dyplomacja, umowy, traktaty, porozumienia międzynarodowe, to według niego strata czasu i środków, a powstrzymywanie się od wojny uważa za herezję. „Prawdziwi mężczyźni i prawdziwe państwa bombardują kogo chcą, kiedy chcą i p****lą konsekwencje" — to jeszcze jedna z jego zasad.

    Władimir Putin podczas corocznej konferencji prasowej
    © Sputnik . Рамиль Ситдиков
    Nominacja Boltona w charakterze doradcy Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego USA, oznacza kontynuację trendu politycznych napaści na Iran, które zaczęły się od zapowiedzi Trumpa podczas kampanii wyborczej, że umowa pomiędzy pięcioma głównymi potęgami militarnymi a Iranem, zostanie anulowana. Trump nazwał ją „najgorszym układem jaki USA kiedykolwiek zawarły" i obiecał się z nim rozprawić, gdy zostanie prezydentem. Okazało się jednak, że państwa europejskie, Rosja i Chiny są innego zdania i nie zamierzają poprzeć Trumpa.

    A więc pod wpływem Arabii Saudyjskiej i Izraela, Trump zmyślił bajeczkę o Iranie jako sponsorze finansującym i zaopatrującym w broń organizacje terrorystyczne, choć w rzeczywistości Iran faktycznie wspomaga jedynie Hezbollah, organizację libańską walczącą przeciwko terroryzmowi na terenie Syrii u boku rządowej armii syryjskiej, uznaną przez Izrael i SA za terrorystyczną. Te dwa państwa nakłoniły amerykańskiego prezydenta — który i tak od początku wykazywał animozję w stosunku do Iranu — aby „ukarał" Iran pod pozorem popierania światowego terroryzmu.

    Za tym oczywiście poszły dalsze amerykańskie sankcje w związku z rozwojem irańskiej broni rakietowej oraz wiele innych działań, w tym jawnych prowokacji, dążących do zaognienia sytuacji. To między innymi tłumaczy strategię przedłużonej obecności Amerykanów w Iraku, Syrii i Afganistanie — chodzi tu o to, żeby w razie wybuchu wojny napaść na Iran z kilku stron na raz.

    Myślącym po tych samych liniach co Bolton jest Pompeo, były dyrektor CIA i gorący zwolennik Guantanamo i tortur. Z nim Ławrow będzie miał nie lada przeprawę. Pompeo również najchętniej widziałby Amerykę w wojnie z Iranem, ponieważ Iran ze swoją nieprzejednaną polityką ajatollaha Khamenei, jest główną przeszkodą dla mocarstw zachodnich w pirackim abordażu na bliskowschodnie złoża ropy naftowej. Inaczej mówiąc, USA o niczym innym bardziej nie marzą jak o obaleniu obecnego „reżimu" irańskiego, co otworzyłoby szeroko bramę do tych złóż dla USA, Francji, Wielkiej Brytanii, Izraela i czort wie kogo jeszcze.

    Kolonizacja tamtych terenów jest naczelnym celem działalności Mike Pompeo od czasów pierwszych wojen w Iraku. Pompeo, Bolton i Dick Cheney (jeszcze jeden jastrząb) planowali napaść na Iran niejako „przy okazji" wojen w Iraku, których byli projektantami, ale ich plany nie doczekały się realizacji. Na szczęście, bo Iran był jeszcze wtedy słaby i nie całkiem zorganizowany.

    Na szczęście obaj panowie nieco się spóźnili. Na arenie pokazała się Rosja, w Syrii Assad utrzymał się przy władzy, Iran pomimo ścisłego wypełniania postanowień umowy nuklearnej z pięcioma państwami, rozwija potencjał rakietowy, zaś Turcja — będąc nadal członkiem NATO na papierze — praktycznie coraz bardziej oddala się od tej pirackiej organizacji, a przybliża do Rosji, z którą ma coraz więcej wspólnych interesów. I w ten sposób powstał dylemat. Ruszyć Iran to znaczy zadrzeć z Rosją i Chinami, a nie wiadomo czy również nie z Koreą Północną. To zaś oznacza globalną wojnę nuklearną.

    Jednak amerykańskie jastrzębie nie myślą zupełnie o tym jaki los zgotowałyby światu. Bolton mówi, że prawdziwi mężczyźni (tzn. „wyjątkowi" Amerykanie) p****lą konsekwencje. Liczy pewnie na to, że on nie ucierpi, bo schowa się w jednym z luksusowych bunkrów przeciwatomowych gdzieś głęboko pod ziemią. Czy to są ludzie poważni, czy banda rozpuszczonych bachorów?

    Jak by na to nie patrzeć, Biały Dom, który miał być pokojowym azylem, stał się jastrzębim gniazdem, z którego pójdą w świat rozkazy masowej destrukcji i eksterminacji ludzkości. Początek już został zrobiony. Powstała następna plotka, tym razem o napadzie chemicznym Rosji na „Zjednoczone Królestwo".

    Zmuszono tzw. „cywilizowany świat", żeby podpisał się pod agresywną polityką hegemonów, która ma doprowadzić do dalszej izolacji Rosji. Jednakże, jak się zdaje, zapomniano, że Rosja jest potęgą nuklearną, zaś jej symbioza z Chinami, Iranem i Północną Koreą, zwiększa jej możliwości w trójnasób. Z taką mocą trzeba się liczyć — jeśli nie dobrowolnie, to pod przymusem.

    1 marca Putin ostrzegł Zachód przed dalszą eskalacją wrogości w stosunku do Rosji. Pokazał niektóre, zaawansowane rodzaje broni w narodowym arsenale, o których Ameryce się nawet nie śniło. Na koniec powiedział: „Zachód nas nie słuchał. Teraz nas posłucha."         

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    USA wykształcą dziennikarzy na Ukrainie
    Mattis: Północnokoreańskie pociski nie dolecą do USA
    USA przypomniały Turcji o konsekwencjach zakupu S-400
    Siły Powietrzne USA pokazały wojnę przyszłości
    Mattis: Amerykańscy dyplomaci zawsze będą mogli „mówić z pozycji siły"
    Tagi:
    obrona, polityka, wybory, bezpieczeństwo, Biały Dom, Pentagon, NATO, ONZ, CIA, John Bolton, Herbert McMaster, Rex Wayne Tillerson, James Mattis, Mike Pompeo, Ivanka Trump, Donald Trump, Władimir Putin, Barack Obama, Korea Północna, USA, Rosja
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz