02:05 19 Grudzień 2018
Na żywo
    Marsz w Warszawie na 100-lecie odzyskania niepodległości

    Gdy pogasły race

    © REUTERS / Kacper Pempel
    Krótki link
    Jan Twardowski
    3428

    O Marszu Niepodległości powiedziano już wszystko i przez wszystkich, a pomimo nawału wszelkich informacji w mediach głównego nurtu niewiele się mówi, albo nie mówi się nic, o tym, co rzeczywiście w trawie piszczy.

    Poniższy tekst stanowi subiektywną opinię autora. Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Pomimo tego, że obecna władza w Polsce w dość bezpardonowy sposób próbowała zawłaszczyć Marsz Niepodległości, to jednak była to próba nieudana, czego dowodem niech będzie kilkusetmetrowy dystans pomiędzy orszakiem rządowym a uczestnikami przemarszu zorganizowanego przez Ruch Narodowy.

    Wymowa całego zjawiska jest taka, że rząd rządem, a suweren suwerenem, choć koncepcją rządu było wskazanie na jedność narodu z władzą i wskazanie, iż owa władza posiada kontrolę nad narodem. Pomimo prognoz medialnych, które rokowały rozruchy w Warszawie, które miały wywołać tłumy faszystów zgromadzonych w obchodach setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę, Warszawa pozostała cała, a Plac Zamkowy po Marszu w niczym nie przypominał Pól Elizejskich po przemarszu obywateli Francji, którzy uświadomili sobie, że oni także potrzebują niepodległości, i należy w tym miejscu zaznaczyć, że Francuzów, czyli suwerena, przedstawia się jako „żółte kamizelki" i nikt nas nie informuje, jakiego koloru kamizelki przeprowadziły Rewolucję Francuską, choć jakby zerknąć na preferencje pana Macrona, to można domniemywać, że były to kamizelki czerwone.

    Marsz w Warszawie na 100-lecie odzyskania niepodległości
    © Sputnik . Алексей Витвицкий
    Czerwony kolor dominował również na fladze Niemiec pod wodzą pewnego malarza, który rościł sobie pretensje do miana cezara, czy imperatora, pod wodzą którego inne państwa musiałyby się wyrzec swojej suwerenności i choć np. taki naród jak Polacy za nic owej suwerenności wyrzec się nie chciał, to mu ją odebrano, mordując przy tym sześć milionów jego obywateli, depopulując tym samym polską nację niemal o jedną czwartą. O ile w swoich imperatorskich zapędach pan malarz zdepopulował i to dość znacząco inną nację, to jednak niewiele to miało wspólnego z utratą przez nią suwerenności, a to dlatego, że nacja owa nie posiadała swojego państwa, a paradoksalnie suwerenność tej nacji dała Polska, która w swojej wspaniałomyślności zapewniła jej dom, bowiem przed II WŚ nigdzie na świecie nie było tak licznej diaspory nacji, o której mowa.

    Po wojnie kolor czerwony nadal nie był łaskawy dla Polski, a to za sprawą pewnego Gruzina, którego ambicje imperialne znacznie chyba przerosły ambicje malarza. Śmierć Gruzina wcale nie odbarwiła Polski ani wielu innych państw należących do imperium, a kolor czerwony nadal oznaczał utratę suwerenności. W historii na każdym jej etapie rodzą się legendy i nasza współczesna historia także zrodziła legendę o pewnym elektryku, który posługując się magicznym śrubokrętem, rozmontował na czynniki pierwsze całą czerwień, którą gawiedź zwykła była nazywać komuną. Runął Mur Berliński, upadł ZSRR, a wkrótce bohater legendy został prezydentem, choć złośliwi twierdzą, że posadzenie naszego zucha na prezydenckim fotelu to była zemsta komunistów, czy bolszewików, jak kto woli, którzy w jakiś sposób musieli wyładować swoją złość po tym, jak się okazało, że nauki ich bogów w postaciach Marxa i Lenina to czysta utopia, żeby nie powiedzieć bzdura.

    Rozpad jakiegokolwiek związku chemicznego skutkuje uwalnianiem się składowych tego związku i o ile kolor czerwony zniknął z przestrzeni europejskiej, to w jego miejsce pojawił się kolor niebieski wraz z gwiazdkami, które na wszelkie zmiany i nie tylko chemiczne reakcje okazały się odporne i dla inżynierów naszej rzeczywistości nie ma znaczenia, czy znajdują się one na czerwonym, czy na niebieskim tle, liczy się bowiem idea. Jedynym czynnikiem zagrażającym idei bolszewizmu w Europie jest dbanie o suwerenność i niepodległość poszczególnych jej państw przez te państwa. Środowiskami, którym najbardziej zależy na tej suwerenności, są środowiska narodowe, czyli nacjonalistyczne, i stąd też wszelkim ruchom narodowym w Europie dorabia się gębę faszyzmu i wystarczy tu powrócić do warszawskiego Marszu Niepodległości, który zachodnie media bezkrytycznie nazywają „paradą polskich faszystów" i to tylko jeden z wielu epitetów i oszczerstw wysuwanych pod adresem Polaków.

    Jeżeli Lenin i Stalin pozbawiali bez żadnych skrupułów tak wiele narodów suwerenności i to poprzez terror, to jak należy odebrać słowa pani Merkel wypowiedziane podczas niedawnej debaty o tym, że „państwa narodowe powinny się zrzec swojej suwerenności" i kto jest adresatem tych słów?

    Zastanawiam się, czy wśród adresatów słów pani kanclerz mieści się Rosja, która dzisiaj, czy to się komuś podoba, czy nie, jest państwem narodowym, dbającym w sposób nad wyraz skrupulatny o swoją suwerenność, kulturę i tożsamość? Ja rozumiem, że Rosja nie jest członkiem UE, ale chcę wskazać na swoiste przebiegunowanie, które nastąpiło w Europie, i mówię tu o totalnej zamianie wartości, którymi kierują się dzisiaj Rosja i UE.

    Tutaj warto wskazać na polityczny geniusz Putina, który w sposób znakomity potrafił stworzyć państwo na bazie historycznych doświadczeń Rosji. Konglomerat pierwiastków polityczno-społecznych, zaczerpniętych z Rosji carskiej, z Rosji bolszewickiej, a potem stalinowskiej i komunistycznej, pozwolił Putinowi i Rosjanom przywrócić Rosji rangę potęgi gospodarczo-militarnej, utraconej po rozpadzie Związku Radzieckiego. Nikt o zdrowych zmysłach nie kojarzy dzisiejszej Rosji z ZSRR, choć bolszewicka propaganda, tworząc czarny pijar Rosji, jak najbardziej posługuje się w swojej narracji straszeniem przeszłością Rosji, a raczej ZSRR, przy swoich imperialistycznych praktykach w kolonizowaniu europejskich państw, a samą kolonizację nazywa się europeizacją, o którą niektóre państwa same zabiegają, po tym, jak już europejski bolszewizm potrafił się w nich wylęgnąć, a w niektórych przypadkach ponownie.

    Na łamach paryskiej „Kultury" w 1962 ukazała się publikacja autorstwa Witolda Jedlickiego pt. „Chamy i Żydy", opisująca pozakulisowe zmagania dwóch frakcji tej samej partii, w zasadzie jedynej działającej wówczas w Polsce, gdzie „chamami" była frakcja tzw. „natolińczyków", a „Żydami" określono frakcję tzw. „puławian". Tekst był paszkwilem na „gomułkowską odwilż" w październiku 1956 r. i stanowił element przygotowań zmiany władzy w Polsce przez sowieckie służby. Do złudzenia podobną sytuację mamy dzisiaj, podczas gdy dzielnie walczą pomiędzy sobą dwie frakcje tego samego monstrum politycznego, które zrodziło się podczas obrad w Magdalence, a oficjalnie, przy „Okrągłym Stole". Twór ten mutował na przestrzeni czasu, zmieniając nieco formę i nazwy po to, aby osiągnąć swoją ostateczną formę w postaci PO i PiS, gdzie PSL i SLD są tylko dekoracją.

    Oczywiście, że to na zmianę karmią się polskim tortem PiS i PO, ale PSL i SLD mają zapewniony próg wyborczy, aby zagwarantować tamtym odpowiednie synekury. Większe poparcie dla nich nie jest wymagane, bowiem wielu byłych członków SLD i PSL bryluje dzisiaj na pisowsko-peowskich salonach. Na czym zatem polega różnica pomiędzy rywalizującymi pomiędzy sobą współczesnymi natolińczykami i puławianami? Odpowiedź jest prosta i ewidentnie wynika z polityki uprawianej przez obie strony. Łatwo jest zauważyć, że PO skłania się wyraźnie ku UE, bezwarunkowo przyjmując niemiecką hegemonię w Europie. PiS koligaci się z USA. Zauważalnym zjawiskiem jednak jest to, że obie frakcje straszą Polaków Putinem i Rosją. Jest to bezwzględny element działań zarówno PiS, jak i PO, jednak to tylko wierchuszka Platformy jest skłonna uwierzyć w imperialistyczne zakusy Rosji w stosunku do Polski.

    Wizyta Lecha Wałęsy w Moskwie, spotkanie z prezydentem Borysem Jelcynem, foto archiwalne
    © Sputnik . Юрий Абрамочкин
    Kaczyńskiemu wiele można zarzucić, ale nie to, że jest głupcem, i trudno po nim spodziewać się wiary w to, że Rosja napadnie na Polskę. Po co więc amerykańskie wojska w Polsce i chęć stworzenia „Fort Trump"? Żeby to wyjaśnić, należy się cofnąć do roku 2009, kiedy to PiS już wówczas było bliskie wynegocjowania od Amerykanów tzw. „Tarczy". U władzy wówczas była PO i to do Tuska we wrześniu 2009 roku w sprawie „Tarczy" zadzwonił ówczesny prezydent USA, pan Obama. Doszło wtedy do precedensu, gdy okazało się, że Tusk po prostu nie odebrał telefonu. Nakaz nieodebrania telefonu od prezydenta USA przyszedł oczywiście z Berlina, który wtedy był w o wiele lepszych stosunkach z Waszyngtonem niż dzisiaj. Nie sądzę, że to ignorancja Tuska była przyczyną tego, iż tarcza obronna pod dźwięcznym mianem „Tarcza Dawida" finalnie wylądowała w Izraelu. Niemcy projekt posiadania przez Polskę tarczy storpedowały wówczas nader skutecznie. Oficjalnie tarcza miała chronić Polskę przed atakiem rakietowym Iranu. Pisowska narracja wciskała nam, że to nie Iran, a w istocie Rosja stanowi dla nas bezpośrednie zagrożenie. Kaczyński doskonale wiedział i wie do dzisiaj, że to nie Rosja stanowi realne zagrożenie. On spodziewa się zagrożenia skądinąd, a skąd? Przecież nikt oficjalnie nie powie, że to Niemcy są zagrożeniem dla Polski i chodzi tu oczywiście o tzw. „Ziemie Odzyskane", które przed jałtańskimi i poczdamskimi ustaleniami wchodziły w granice Niemiec. Nie oznacza to, że Niemcy zbrojnie zajmą wiadome tereny. Nie, tak nie będzie. Niemiecki plan zakłada odzyskanie swoich ziem po tym, jak już pozbawią one suwerenności państw członkowskich Unii, o czym przypomniała nam pani Merkel, i bynajmniej nie myśląc o ataku zbrojnym. Na tych ziemiach zostanie przeprowadzone referendum, którego respondenci opowiedzą się za powrotem „Ziem Odzyskanych" do macierzy. Może ktoś sobie skojarzyć taką opcję z tym, co zrobił W. Putin na Krymie, i nic w tym dziwnego nie będzie, ale pozostaje jedna zasadnicza różnica. Krym w większości zamieszkują Rosjanie, a ziemie, o których mowa, kto zamieszkuje? Ciężko jest jednoznacznie określić termin, kiedy to nastąpi, ale z pewnością preludium do tego procesu będzie powrót z Brukseli Tuska, który najprawdopodobniej zasiądzie w fotelu prezydenckim po najbliższych wyborach.

    Kaczyńskiemu dzisiaj sprzyjają niekorzystne relacje, jakie wytworzyły się na osi Berlin — Waszyngton, i będzie robić wszystko, aby w Polsce zainstalować na stałe amerykańskie wojska i tutaj można by było to uznać za jakiś przebłysk troski o Polskę, ale jest jedno „ale". Otóż niezależnie od tego, czy władzę będzie sprawować PiS, czy PO, to kwestia żydowskich roszczeń wobec Polski, opiewających dzisiaj już na 360 miliardów dolarów, zostanie rozstrzygnięta na korzyść Żydów, co wpędzi Polskę w stan okupacji, o czym mówi się już oficjalnie na niezależnych forach.

    Z ciekawą propozycją utworzenia politycznej konfederacji, składającej się z prawicowych (nie mylić z PiS) organizacji, ugrupowań i stowarzyszeń, które mogłyby przekształcić się w realną siłę polityczną, wyszedł poseł, do niedawna członek klubu Kukiz 15, pan Jakubiak. Zakładając, że udałoby się zjednoczyć wszystkie ugrupowania prawicowe i wolnościowe w jedną siłę polityczną, Polska będzie miała realną szansę na zachowanie suwerenności.

    Pozostaje jeszcze kwestia przynależności do UE. Moim zdaniem należy cierpliwie poczekać, aż ta rozleci się sama i choć mówią, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, to przypomnę, że ta francuska jest już drugą po Brexicie.

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    „Przeciwnicy Nord Stream 2 po prostu popierają antyrosyjskie posunięcia USA”
    Ukraina: wojsko i SBU w stanie gotowości bojowej. Stan wojenny?
    „Wszechświat jest pełen życia, człowiek wkrótce to odkryje”
    Tagi:
    niepodległość, suwerenność, Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Francja, Niemcy, Rosja, Warszawa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz