12:00 23 Kwiecień 2017
Na żywo
    Prezydent Ukrainy Piotr Poroszenko i prezydent Polski Bronisław Komorowski podczas posiedzenia Rady Najwyższej Ukrainy

    O czym wie, ale woli nie pamiętać historyk Komorowski

    © Sputnik. Nikolaj Łazarenko
    Opinie
    Krótki link
    Jakub Korejba
    0 915619311

    Za ulotny miraż o wskrzeszeniu polskich wpływów na Ukrainie, prezydent Komorowski płaci kijowskim władzom pamięcią pomordowanych rodaków.

    Oficjalne podróże prezydenta Polski za wschodnią granicę w istoty sposób różnią się od wycieczek do innych krajów świata. Zarówno sam prezydent, jak i jego świta zdają się przykładać do nich większą wagę, traktować bardziej w kategoriach historycznej metafizyki i dziejowej misji niż roboczego omówienia policzalnych interesów obu krajów. Wychodząc z samolotu na lotnisku w Boryspolu czy występując w Radzie Najwyższej, na twarzy Komorowskiego maluje się z jednej strony hardość i duma, iż to właśnie on przywraca Polsce dawno utraconą strefę wpływów, a z drugiej uzasadniona znajomością historii obawa, iż, tak, jak wielu jego poprzedników, może szybko i na długo wypuścić geopolityczną zdobycz z rąk.

    Obchody rocznicy utworzenia UPA, Ukraina. Warta honorowa przy pomniku nieznanego żołnierza UPA.
    © Sputnik. Paweł Palamarczuk

    Bronisław Komorowski jest bowiem historykiem nie tylko z wykształcenia. Przynależy on do tej części polskiej elity politycznej, która z dawnej chwały Rzeczypospolitej uczyniła oś współczesnej polityki zagranicznej państwa. Polska szlachta została bowiem, najpierw w wyniku zaborów, a potem komunizmu wydziedziczona nie tylko materialnie, ale także moralnie: kiedy przegrała najpierw Pierwszą, a potem Drugą Rzeczpospolitą, to utraciła moralne prawo do rządzenia Polakami i kształtowania polityki państwa. Chorobliwe ambicje, przekonanie o własnej wyjątkowości i poczucie dziejowej misji, choć usunięte z przestrzeni publicznej i pozbawione wpływu na realną politykę były przez pokolenia konserwowane i umacniane podczas rodzinnych spotkań i codziennych rozmów. Sam Komorowski mówił o tym wielokrotnie, podkreślając, iż cała jego świadomość wyrasta z tradycji jezuickich zauszników Zygmunta III i doradców — „Prometeuszy” Piłsudskiego.

    I za każdym razem, kiedy podczas zagranicznych spotkań nerwowo obraca w palcach swój herbowy sygnet i kiedy nawet mimo woli wyrywają mu się komentarze o pokrewieństwie z Marszałkiem, to trudno nie dostrzec, iż zarówno jako człowiek, jak i jako polityk, jest on przekonany, iż Polska musi kontynuować swą cywilizacyjną misję nad Niemnem, Dźwiną i Dnieprem. Z punktu widzenia jego i dużej części polskiego establishmentu, sensem istnienia i działania polskiej polityki zagranicznej jest podjęcie na nowo dzieła niesienia cywilizacyjnej misji na Wschodzie. A, że Polska w obecnej sytuacji jest na niemal wszystkich innych kierunkach skrępowana mniej lub bardziej formalnymi zakazami silniejszych „sojuszników”, historyczny kompleks dobrze wpisuje się w to jedno maleńkie okienko możliwości, które dla polskiej dyplomacji wydaje się jeszcze być otwarte. Z prostego rachunku położenia i potencjału Polski wynika, iż miotając się między tym, czego by się chciało i tym, co można, wynika, iż jedynym poletkiem, na którym patroni z Berlina i Waszyngtonu pozwalają Warszawie geopolitycznie pohasać jest właśnie Ukraina. W tym kontekście wydaje się, iż polski prezydent wierzy, iż seniorzy feudalnego układu nazwanego sojuszem euro-atlantyckim zastosują wobec Polski zasadę „wasal mojego wasala nie jest moim wasalem” i pozwolą Warszawie stać się z jednej strony adwokatem Kijowa na Zachodzie a z drugiej występować wobec Ukrainy jako apostoł zachodnich wartości.

    Słuchając przemówienia Komorowskiego do ukraińskich posłów można było odnieść wrażenie, iż przyjechał do Kijowa na nowo ochrzcić Ruś a pod nazwą integracji europejskiej niesie im nowe chrześcijaństwo. Przechodząc przez Złote Wrota, nie może on nie wspomnieć o Bolesławie Chrobrym, a jadąc po Chreszczatyku, myśli zapewne o Rydzu —Śmigłym. W świadomości dziedziców polskiego misjonarstwa na Wschodzie Europy, to właśnie bowiem Kijów, jak klamra, spina wszystkie najważniejsze wydarzenia symbolicznie świadczące o prawie Warszawy do decydowania o losach tych ziem i ich ludności. I kiedy Komorowski powtarza w Radzie, że „nie będzie wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”, to mówi szczerze, ale nie do końca. Mówi bowiem wolnej, ale myśli – wolnej i posłusznej.

    I właśnie w imię entuzjastycznie śnionych na jawie marzeń o powrocie na utracone Kresy, prezydent Polski zapomina o smutnej rzeczywistości, w której na najwyższych stanowiskach władzy na Ukrainie siedzą dziś potomkowie morderców polskich dzieci z Wołynia. Ludzie, którzy wiedzeni różną motywacją – część ślepą wiarą, inni cynicznym wyrachowaniem – budują przyszłość kraju na kulcie tych, którzy 70 lat temu wypruwali noworodki z brzuchów polskich matek, aby przybić je potem gwoździami do drzew, darli pasy z polskich chłopów i wypalali polskie wsie tak, aby na wieki nie został po nich żaden ślad. Historyk Komorowski dobrze o tym wie, ale woli nie pamiętać. I właśnie dlatego, zdecydował się na akt bezprecedensowej manipulacji historią Polski i zdradę pamięci rodaków: na ziemi obficie zroszonej krwią polskich ofiar ukraińskiego nazizmu postanowił odprawić polityczny sabat o jawnie antyrosyjskim charakterze. Poświęcając historyczną prawdę, poczucie sprawiedliwości i pamięć wielu rodaków, postanowił na grobach ofiar NKWD wykreować legendę o wspólnej walce Polaków i Ukraińców z odwiecznym wrogiem obu narodów i państw. Świętowanie rocznicy zbrodni katyńskiej w Kijowie to nie tragiczna pomyłka czy polityczna farsa: to świadomie kładziony fundament pod dalszą rewizję historii w imię geopolitycznych interesów.

    Mimo, iż Bronisław Komorowski znany jest z gaf i przejęzyczeń, historyczna amnezja i etyczna ekwilibrystyka, którą zaprezentował w Kijowie to nie spontaniczny zew emocji w stylu słynnego „chodź szogunie” podczas wizyty w Tokio. Kierując się z jednej strony cynicznym rachunkiem a z drugiej palącym poczuciem dziejowej misji, Komorowski zdaje sobie sprawę, iż życia Wołyniakom nie wróci, ale pamięć setek tysięcy ofiar można przehandlować na przychylność neobanderowskiej elity i polityczne wpływy nad Dnieprem. I właśnie dlatego, przy okazji puszczając oko do elektoratu smoleńskiego (za pasem wszak wybory), wciąż powtarza mantrę o „rosyjskiej winie” za zbrodnie komunistów (o której odpuszczenie prosiło już dwóch prezydentów Rosji) i milczy o zbrodniach banderowców, za które nikt nie tylko nie przeprosił, ale na których buduje się tożsamość narodową współczesnej Ukrainy.

    Swojego czasu, wyniszczony wojną domową i pogrążony w kryzysie Irak zgodził się na program „Ropa za żywność”. Zdaje się, iż podczas wizyty w Kijowie prezydent Komorowski złożył Ukrainie podobną propozycję, pod hasłem „wpływy za pamięć”. W obłędnej próbie realizacji geopolitycznej utopii, romantycznie uskrzydlony dziedzic husarzy i powstańców zaparł się własnej historii i godności narodu. A zaprawiony w bojach o europejskie kredyty i deklaracje poparcia, stary cwaniak-oligarcha patrząc na to z promiennym uśmiechem klepał go po ramieniu i może nawet szepnął na ucho coś o wielkości i sławie najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

    Zobacz również:

    Jaceniuk: Ukraina podpisze dwa porozumienia z NATO
    Ukraina chce wprowadzić zakaz propagowania ideologii komunistycznej przed 9 maja
    Ukraina nie będzie angażować zagranicznych firm przy budowie muru na granicy z Rosją
    Ukraina będzie musiała dogadać się z Rosją, aby uratować gospodarkę
    Media: Ukraina zgubiła pięć indyjskich samolotów
    Ukraina: na krok przed bankructwem
    Jaceniuk: Ukraina straciła jedną czwartą gospodarki, kilkaset zakładów jest zamkniętych
    MFW: Ukraina nie jest w stanie spłacić długów wobec Rosji
    Tagi:
    Bronisław Komorowski, Petro Poroszenko, Ukraina, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz