20:03 20 Październik 2017
Warszawa+ 13°C
Moskwa+ 5°C
Na żywo
    Władimir Putin

    Putin: życie jest proste. I okrutne.

    © Sputnik. Alexei Nikolsky
    Opinie
    Krótki link
    0 33691507

    Prezydent Putin dla czasopisma „Russkij Pionier” opowiedział o swoich rodzicach na wojnie, o bracie, o zadziwiających zbiegach okoliczności, z których składa się jego życie, o tym, że jego rodzice nie umieli i nie chcieli nienawidzić swoich wrogów.

    Ojciec nie lubił mówić na ten temat. Ale kiedy dorośli rozmawiali między sobą i wspominali — ja byłem obok. Wszystkie moje wiadomości o wojnie, o tym, co się działo z rodziną, pochodzą z tamtych rozmów dorosłych. 

    Ojciec przed wojną pracował w fabryce, żyli z mamą w Pietrodworcu pod Leningradem. Zbudowali tam sobie domek. 

    Fabryka, w której pracował ojciec, była wojskowa, to zwalniało go z pójścia na front. Ale ojciec napisał oświadczenie, że chce iść na front. Skierowali go do oddziału dywersji. To był niewielki oddział. Mówił, że było tam 28 osób, a dowódcą był Niemiec, obywatel radziecki, ale Niemiec. Rzucano ich na bliskie tyły w celu podrywania mostów, torów kolejowych… I kiedyś ktoś ich zdradził. Przyszli do wsi, potem z niej wyszli, a kiedy po jakimś czasie wrócili, to tam już czekali na nich faszyści. Z 28 osób przeżyły cztery. 24 osoby zginęły. Gonili ich po lasach, a ojciec przeżył, bo wszedł na bagna, oddychał przez rurkę. Opowiadał, że kiedy siedział w bagnisku, słyszał, jak Niemcy przechodzili dosłownie o kilka kroków od niego… To był początek jesieni, było chłodno. 

    A potem skierowano ich do walczących oddziałów armii, na Newskij Piataczok. To na pewno było najgorętsze miejsce w czasie blokady. Nasze wojska trzymały niewielki odcinek. Cztery kilometry szerokości i ponad dwa w głąb. Zakładano, że to będzie plac dla przyszłego przerwania blokady. Ale blokadę przerwano w innym miejscu. Niemniej jednak, tam toczyły się bardzo ciężkie walki. Dookoła wzgórza, wszystko obstrzeliwano. Niemcy rozumieli, że tam może dojść do przerwania blokady, dlatego starali się po prostu zmieść Niewskij Piataczok z powierzchni ziemi. 

    Ojciec został tam ranny. Rana była ciężka. Całe życie chodził z odłamkami w nodze: nie wszystkie udało się wyciągnąć. Nie mógł wyprostować stopy. Małych odłamków lekarze radzili nie ruszać, żeby nie rozdrobnić kości. Ale nogę uratowali. Był inwalidą wojennym i dostał mieszkanie. Oczywiście, nie od razu po wojnie, tylko kiedy ja już pracowałem w KGB. To było nasze pierwsze oddzielne mieszkanie. Małe, dwupokojowe mieszkanie. To była wielka radość.

    A został ranny podczas wyjścia na tyły do Niemców: dotarli do niemieckiego bunkra, a stamtąd, jak opowiadał ojciec, wyszedł wielki mężczyzna, popatrzył na nich… A oni nie mogli się ruszyć, bo byli na celowniku karabinu. Ten mężczyzna wziął granat, potem drugi i rzucił je w nich… Życie jest proste. I okrutne. 

    A już była zima, Newa skuta lodem, trzeba się było jakoś dostać na drugi brzeg, a ojciec przecież nie mógł iść. Szans dostać się do swoich było mało, dlatego, że Newę ostrzeliwali i z artylerii, i z karabinów. Ale przypadkowo obok znalazł się sąsiad. I właśnie on doniósł go szpitala. Potem czekał, aż ojca zoperują i powiedział mu: „No, to teraz ty będziesz żyć. A ja idę umierać”. I poszedł z powrotem. 

    Stracili się z oczu, ojciec myślał, że ten sąsiad zginął. I dopiero w latach 60-ych, dokładnie nie pamiętam, w którym roku, spotkał swojego wybawiciela. Poszedł do sklepu po jedzenie i zobaczył go. Szansa jedna na milion…

    A mama opowiadała, jak chodziła do ojca do szpitala, gdzie leżał po ranieniu. Mieli trzyletnie dziecko. A panował przecież głód, trwała blokada… I ojciec oddawał jej swoją szpitalną pajdę. W tajemnicy przed lekarzami i pielęgniarkami. A ona ją chowała, zanosiła do domu i karmiła dziecko. Potem ojciec zaczął tracić przytomność z głodu, lekarze się domyślili wszystkiego i przestali ją do niego puszczać. 

    A potem zabrano jej dziecko. Robiono tak, jak opowiadała, żeby uratować dzieci od głodu. Zbierano je w domach dziecka, żeby później ewakuować. On tam zachorował, mama mówiła, że na błonicę, i umarł. Rodzice nie dowiedzieli się nigdy, gdzie został pochowany. W zeszłym roku nieznani mi ludzie z własnej inicjatywy przejrzeli archiwa i znaleźli dokumenty mojego brata. Był adres, skąd go zabrali. Pasowało imię, nazwisko, rok urodzenia. To był oczywiście mój brat. I było miejce pochówku: Cmentarz Piskariewski. Nawet konkretna działka była podana. 

    A ojciec, kiedy zabrali im dziecko i mama została sama, a jemu pozwolono już chodzić, wziął kule i poszedł do domu. Kiedy podszedł, to zobaczył, że sanitariusze wynoszą z domu trupy. I zobaczył mamę. Zbliżył się i wydało mu się, że ona oddycha. Powiedział do sanitariuszy: „Ona jeszcze żyje!”. „Po drodze umrze, — odpowiedzieli mu. – Nie przeżyje”. Opowiadał, że rzucił się na nich z kulami i zmusił ich, żeby ją wnieśli z powrotem. I opiekował się nią, aż wyzdrowiała. I żyła do 1999 roku. Ojciec umarł pod koniec 1998. A ja jestem późnym dzieckiem, mama urodziła mnie w wieku 41 lat. 

    Po zdjęciu blokady Leningrada rodzice przeprowadzili się do rodziców ojca w Guberni Twerskiej i tam mieszkali do końca wojny. Rodzina ojca była duża. Miał sześciu braci, pięciu zginęło. Również krewni mamy zginęli. Nie było rodziny, w której ktoś by nie zginął. Ale, co zadziwiające, nie czuli nienawiści do wrogów. Ja do tej pory nie mogę tego do końca zrozumieć. Mama moja w ogóle była człowiekiem łagodnym i dobrym… I mówiła: „Jaka może być nienawiść wobec tych żołnierzy? To zwykli ludzie i też ginęli na wojnie”. 

    Te słowa pamiętam z dzieciństwa.

    Zobacz również:

    Putin o doniesieniach na temat jego zdrowia: bez plotek jest nudno
    „Prezydent”. Rosyjska telewizja wyemituje film o Putinie
    Pieskow opowiedział o przyczynach demonizacji Putina na Zachodzie
    Tagi:
    Władimir Putin, ZSRR
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz