04:47 20 Lipiec 2018
Na żywo
    Andrzej Duda, prezydent Polski

    Czy Duda zdecyduje się na nowe otwarcie z Rosją?

    © AP Photo / Czarek Sokolowski
    Opinie
    Krótki link
    Jakub Korejba
    285612

    Dotąd obowiązywała w Polsce zasada, iż ponieważ dobrych stosunków z Rosją mieć nie chcemy, a nie mieć żadnych nie można, to jedynym wyjściem jest mieć stosunki złe. Nowy prezydent, to – przynajmniej teoretycznie – szansa na wyjście z tego szkodliwego dla interesów narodowych zaklętego kręgu.

    Czy Andrzej Duda zdecyduje się na nowe otwarcie z Rosją? Czy będzie miał dosyć woli politycznej i strategicznej śmiałości aby się na to zdobyć oraz zaplecze intelektualne i organizacyjne aby wprowadzić ten kurs w życie? Póki co nie wiadomo, bo wypowiedzi nowego prezydenta i jego otoczenia na tematy międzynarodowe są rzadkie i skąpe. Jeżeli jednak Duda jest tym, za kogo się podaje, a więc polskim patriotą i konserwatystą, to nie może nie czuć leżącego na nim obowiązku odblokowania stosunków z Rosją i szerzej — określenia międzynarodowej tożsamości Polski na wschód od naszych granic i znalezienia konstruktywnych (a więc nie takich, które prowadzą do na przykład wywoływania wojen domowych w krajach sąsiedzkich) środków budowy korzystnych dla nas relacji z państwami obszaru poradzieckiego.

    Jeżeli nowy prezydent rzeczywiście ma ambicie stać się kimś więcej niż wysoko opłacanym i przekarmionym strażnikiem żyrandola i przejęty jest koniecznością budowy pozycji kraju na świecie, to ma naprawdę dobre powody, aby szukać na Wschodzie szans na wzmocnienie — strategiczne, gospodarcze i wizerunkowe — potencjału polskiej polityki zagranicznej, a więc, powtórzmy: działań zewnętrznych, prowadzących do wzrostu (a nie spadku) bogactwa, bezpieczeństwa i poczucia dumy Polaków.

    A, ponieważ nawet z błogosławieństwem z Jasnej Góry i pod ochroną wymodlonej w Wilanowie Opaczności, prezydent Duda nie jest w stanie zmienić geograficznego położenia Polski, będzie musiał grać na takim boisku, jakie zostawiła nam historia, co oznacza, iż bez konstruktywnego (czyli relatywnie korzystnego dla wszystkich: jak mawiał Kissinger, stabilność to stan względnego zaspokojenia własnych potrzeb przy względnym niezaspokojeniu potrzeb partnera) ułożenia stosunków z największym i najsilniejszym państwem regionu. Czyli zaproponować Rosji modus vivendi korzystny dla obu stron a więc oparty na kompromisie czyli wzajemnych ustępstwach. Czy warto? Nie jestem prezydentem, nie jestem z Krakowa, nie jestem prawnikiem i nie jestem z PiS-u, ale moim zdaniem tak.

    Powód pierwszy, strategiczny: geopolityczna struktura naszego położenia sprawia (a cała, zarówno ta najnowsza, jak i zupełnie zamierzchła historia Polski pokazuje), iż nie ma szans na suwerenność bez spokoju za wschodnia granicą — rozumieją to wszyscy od prawa do lewa i kwestia tylko w tym, czy bardziej interesuje nas pokój czy bardziej suwerenność (Dla przykładu: Rydz i Beck byli w swoich decyzjach 100% suwerenni i ceną za to była wrześniowa masakra.

    Andrzej Duda, prezydent Polski
    © AFP 2018 / Wojtek Radwanski
    Z drugiej strony: Bierut i Gomułka suwerenni nie byli, ale nie ma wątpliwości, iż zapewnili Polsce 45 lat pokoju). I, o ile postkomuniści czy „lumpenliberałowie" mając to na uwadze całkowicie świadomie godzili się na przehandlowanie suwerenności za gwarancje bezpieczeństwa (inna sprawa, co te gwarancje są warte, ale to podczas obiadu na koszt nadwiślańskiego „murzyństwa" najlepiej podsumowali nasi rządowi Londyńczycy), to dla konserwatywnego patrioty (zakładam iż zaczytanego książką „Uległość czy niepodległość" i podobnymi pozycjami) taki układ jest nie do przyjęcia.

    A ponieważ zmiana konfiguracji geopolitycznej poprzez wojnę nie wchodzi w grę (nie mamy na jej rozpoczęcie i wygranie sił i środków), to trzeba zrobić to przy użyciu bardziej subtelnych metod. W skrócie chodzi o to, aby Rosja przestała być dla nas źródłem zagrożeń (obiektywnie nie jest takim, ale subiektywnie, przez wielu jest tak postrzegana)  bez konieczności płacenia za to suwerennością ani jej ani naszym „przyjaciołom" z Zachodu. I do tego najlepiej, aby stała się dla Polski i Europy źródłem stabilności, bezpieczeństwa i ogromnych zysków, co od lat, pod różnymi postaciami proponują rosyjscy przywódcy, konsekwentnie dyskredytowani i demonizowani przez tych, którzy na podpalaniu „linii Huntingtona" zarabiają pieniądze i międzynarodowy autorytet.

    I jeżeli Duda chce na trwałe zabezpieczyć te podstawowe dla każdego państwa potrzeby, jakimi są bezpieczeństwo i suwerenność, to musi zaproponować Rosji nowy układ: taki, który pozwoli, według klasycznego kanonu skutecznej dyplomacji: z wroga zrobić neutrała, z neutrała partnera a z partnera sojusznika. Koniunktura dla takich działań jest obecnie naprawdę dobra: po pierwsze, gorzej już raczej nie będzie, a po drugie swoim postępowaniem wobec Grecji i Iranu Putin wyraźnie dał do zrozumienia gdzie kończy się sfera zainteresowań Rosji i nakreślił bardzo konkretne ramy kompromisowego porozumienia z Zachodem.

    Powód drugi, ekonomiczny: jeżeli przyjąć, iż po ćwierćwieczu transformacji współczesna Polska dzieli się na nachapanych i wy… no powiedzmy, wydutkanych, to nie ma wątpliwości, iż w przeciwieństwie do poprzednika, Duda jest prezydentem tych drugich: został wybrany głosami bezrobotnych, małorolnych, zadłużonych i wpienionych i, jeżeli chce dotrzymać obietnic to musi dać wszystkim tym ludziom szanse na godne życie. A godne życie, to niezależnie od stopnia uduchowienia, przede wszystkim stabilna i dobrze opłacana praca.

    A ponieważ struktura polskiej gospodarki złożyła się tak a nie inaczej (jak i dlaczego — to powiedział już prof. Witold Kieżun), jedyną szansą wzbogacenia się jest zwiększanie eksportu i inwestowanie nadwyżki w innowacje. Jest oczywiste, iż na Zachodzie nikt nie potrzebuje naszych jabłek i mleka i tym bardziej nie chce, aby Polska zaczęła produkować towary konkurujące z niemieckimi czy francuskimi — w interesie naszych starszych braci z UE jest utrwalenie Polski w roli wewnętrznej peryferii Europy: rynku zbytu i rezerwuaru taniej siły roboczej.

    Człowieka, który wyrósł pośród wzniesionych w kamieniu pomników najwspanialszych momentów z dziejów Polski i od dziecka obracał się wśród najlepszych przedstawicieli tej elity, która nam po wojnie, Holokauście i komunizmie jeszcze została, nie może nie boleć, iż naród husarzy, kosynierów i powstańców zmienił się w parobków Europy, dla których szczytem marzeń jest dorabianie się na zmywaku w Glasgow czy przy miotle w Oslo. I o ile poprzednicy nie tylko akceptowali, ale chyba pochwalali taki stan rzeczy i nawet zbudowali temu upodlonemu euro-„polactwu" (termin redaktora Rafała Ziemkiewicza) specjalne lotnisko do jeżdżenia na zmywak, to Dudzie chyba powinno zależeć, aby stać się przywódcą dumnego i bogatego narodu.

    A, że największe pieniądze i najlepsze kariery Polacy robili na Wschodzie świadczy nie tylko cała nasza historia, ale także i osobiste doświadczenie piszącego te słowa. Bez rosyjskiego (a poprzez Rosję euro-azjatyckiego) rynku nie będzie w Polsce pieniędzy, a ile warta jest duma narodowa bez zamożnych obywateli i porządnego państwa, uczy nas choćby przykład na naszych oczach przegrywającej swą historyczną szansę Ukrainy.

    Powód trzeci, wizerunkowy. I nie chodzi tu tylko o wizerunek samego prezydenta, który, aby wygrać drugą kadencję i zapewnić sobie miejsce w historii musi dokonać czegoś wielkiego w polityce zagranicznej, ale szerzej (i pewnie bardziej podniośle) o chwałę i majestat Rzeczypospolitej, która przecież ma bardzo konkretne przełożenie na codzienne życie każdego z nas: atrakcyjność inwestycyjną, siłę kulturowego przyciągania imigrantów (czy nawet własnych obywateli, którzy obecnie uciekają do bardziej atrakcyjnych krajów), poważanie i siłę głosu w instytucjach międzynarodowych.

    Chodzi o to, jak mówi klasyczna Nayowska definicja „miękkiej siły", aby na ludzie świecie nas lubili i utożsamiali swoje cele z naszymi. Polska nigdy nie była pod tym względem czempionem, a w ostatnich latach, na tle kryzysu ukraińskiego sytuacja stała się naprawdę katastrofalna: w rezultacie awanturnictwa, bałaganiarstwa i braku odpowiedzialności (aż ciśnie się na usta pytanie: głupota czy zdrada?) staliśmy się symbolem państwa, które przegrywa wszystko i nie wygrywa nic. I właśnie stosunek do Rosji stanie się w najbliższym czasie papierkiem lakmusowym dojrzałości strategicznego myślenia i szerzej, umiejętności robienia polityki międzynarodowej — jeżeli Duda jest mężem stanu, a Polska, jak marzył Lech Kaczyński „poważnym państwem", to musi pokazać jak robi się wielką politykę a więc napełnić nasze sąsiedztwo z Rosją pozytywną treścią.

    Czy to się uda? Nie wiem, ale wierzę, że prezydent Duda podejmie choćby próbę dokonania tego, bez czego Polska nie może stać się normalnym państwem, a czego z różnych powodów nie chcieli zrobić jego poprzednicy. Czego na początku tej prezydentury Jemu, Państwu oraz sobie gorąco życzę.

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji

     

    Zobacz również:

    Duda: pokój na Ukrainie może zapewnić tylko szeroka konferencja pokojowa
    Duda złoży przysięgę na kaligrafowaną konstytucję
    Tagi:
    polityka zagraniczna, prezydent Polski, Andrzej Duda, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz