05:27 21 Październik 2018
Na żywo
    Prezydent RP  Andrzej Duda

    Tallin - partner na miarę naszych możliwości

    © AP Photo / Alik Keplicz
    Opinie
    Krótki link
    Jakub Korejba
    49503

    Jeżeli pierwsza oficjalna wizyta nowego prezydenta ma być symbolem, to podróż Andrzeja Dudy do Tallina jest doskonałym symbolem polskiej niemocy w polityce zagranicznej.

    Po wielu złożonych w czasie kampanii wyborczej i okresie przygotowań do objęcia urzędu buńczucznych zapowiedziach w kwestii aktywizacji polityki zagranicznej, wydawało się, iż nowy prezydent i jego otoczenia naprawdę wezmą się za oranie leżącego od lat ugorem pola polskiej polityki zagranicznej. Bo co do tego, iż nowe otwarcie na kluczowych kierunkach: zarówno w kwestii naszego formalnego i realnego statusu w UE, w „sojuszniczych" stosunkach z USA, jak i np. wobec Ukrainy i Rosji jest Polsce potrzebne, nikt w opozycji chyba nie miał wątpliwości.

    Liczne mniej lub bardziej dyplomatyczne wypowiedzi nowego prezydenta i przedstawicieli jego zaplecza świadczyły o zrozumieniu konieczności nadania naszej zewnętrznej aktywności, jeśli nie nowej dynamiki to choćby jakiegokolwiek sensu (w sensie realizacji interesów narodowych, a nie na przykład lobbowania konkretnych kandydatur na  tyleż prestiżowe co pozbawione znaczenia stanowiska). Sam prezydent zresztą expressis verbis obiecał, iż w jego wykonaniu działania dyplomatyczne przestaną być chaotycznie wykonywanym rytuałem i zmierzać będą do załatwienia dla Polski i Polaków konkretnych spraw.

    Tymczasem, już pierwsza wizyta zagraniczna nowego prezydenta obnaża pustkę wypowiedzianych słów. Wydawało by się, iż wywodzący się ze środowiska w polskich realiach uznawanego za konserwatywne polityk, tym bardziej chcąc pozytywnie kontrastować z poprzednikiem i zdobyć kilka punktów dla macierzystej partii w kampanii wyborczej zdecyduje się rozpocząć zagraniczne wojaże od naprawdę mocnego akcentu. Czegoś, co, jeżeli nawet nie przyniesie natychmiast konkretnych dywidend, to przynajmniej zaakcentuje prestiż i szacunek jakim pod jego przywództwem zaczyna cieszyć się nasza ojczyzna. Czekając na wielki fajerwerk, można było stawiać w zależności od geopolitycznych sympatii na Berlin, Paryż, Waszyngton lub Pekin, Ankarę czy Tokio. Godną męża stanu byłaby także inicjatywa spotkania z prezydentem Rosji, który w obecnie istniejącym w Europie układzie jest osobą od której należy zaczynać demontaż tego co Jarosław Kaczyński nazwał niegdyś „kondominium" a co jest w istocie stanem utrwalającej się kolonialnej zależności od Niemiec i innych członków europejskiego koncertu mocarstw.

    Aż nie chce się wierzyć, iż nikt z prezydenckich doradców, czy choćby z partyjnego zaplecza nie był w stanie załatwić Andrzejowi Dudzie przyjęcia w stolicy któregoś z naprawdę poważnych i istotnych dla nas krajów. Wydaje się, iż wycieczka do skądinąd uroczego i pięknego Tallina wynikła z tego, iż chyba tylko tam odebrali od prezydenta — elekta telefon i znaleźli czas na odściskanie z nim rytualnego misia i tyleż górnolotne co bezwartościowe zapewnienia o „jedności krajów regionu".

    Jeżeli jednak nowy prezydent Polski zdecydował się na krok tak symbolicznie poniżej narodowych możliwości, to warto zaznaczyć, czego symbolem jest jego wizyta w Estonii.

    Po pierwsze, politycznej impotencji, która okazuje się być główną cechą polityki zagranicznej Polski po ćwierćwieczu suwerennego kształtowania naszych stosunków z sąsiadami. Okazuje się, iż mimo najlepszych chęci odróżnienia się od poprzedników, środowisko Andrzeja Dudy nie ma ani woli ani środków na realizację na arenie międzynarodowej realnej polityki a więc działań mających na celu wywalczenie dla Polski i jej obywateli lepszych warunków bytowania w tym pełnym sprzeczności i niebezpieczeństw świecie. Ani sam prezydent ani jego partia nie mają ikry do podjęcia działań (tak jak zrobił to choćby bliski sercu kaczystów Wiktor Orban) wykraczających poza puste gesty i rytualne obrzędy, które z każdym rokiem jeszcze głębiej osadzają nas na peryferiach europejskich procesów politycznych, gospodarczych i kulturowych. Okazuje się, iż wbrew patriotycznej retoryce, prezydent pisowski jest w tej kwestii tak samo bojaźliwy jak jego platformerski poprzednik.

    Po drugie, koncepcyjnej pustki, która nawet przy założeniu pojawienia się politycznej woli do realizacji ważnych dla państwa celów sprawia, iż nie wiadomo jak cele te wprowadzać w życie. Bo jest straszną prawidłowością w polskiej polityce zagranicznej, iż od zarania III RP, obowiązuje w niej znana z piosenki popularnych ostatnio braci zasada, iż „jak już coś robić, to tylko byle jak". Bez namysłu, bez strategii, bez rozpisania priorytetów i skorelowania ich z posiadanymi środkami. „Alko polo, disco chłosta, tu jest Polska", wsiadamy do Tupolewa, pardon Embraera, kierunek Wschód, a po co, to się zobaczy na miejscu. W całej tej kakofonii chaotycznie wysyłanych w świat niezbornych sygnałów, prezydent to taki właśnie „kardiolog mikrofonu", bo bez kartki „prosto z  serca…" Choć, może to estetycznie bardziej do przyjęcia niż retoryka typu „schabowy, ogórek, żurek, kiszony ogórek" która raczył Baracka Obamę jego poprzednik.

    I po trzecie wreszcie, ideologicznego zacietrzewienia, które każe politykom wykonywać szkodliwe dla interesu narodowego puste gesty w myśl zasady, iż jak już nie udało się zorganizować żadnej poważnej imprezy, to może przynajmniej uda się trochę pozłościć Moskwę. Kierując się żenująco prowincjonalnym odruchem publicznego wyładowania kompleksów nowo obrany prezydent Polski, jedzie świętować rocznicę zawarcia paktu Ribbentropa — Mołotowa do najbardziej antyrosyjskiej stolicy w Europie. Marny prognostyk dla wszystkich tych, którzy liczyli na odblokowanie przez Dudę wschodnich rynków, no chyba, że okaże się, iż milion Estończyków zje wszystkie nasze jabłka a prezydent Ilves z własnej pensji dopłaci do importowanego przez nas za horrendalne pieniądze gazu.

    Swą pierwszą zagraniczną podróżą do państwa, które swym potencjałem ludnościowym i gospodarczym plasuje się mniej więcej na poziomie województwa lubuskiego, Andrzej Duda dał Polakom do zrozumienia, iż jako prezydent ani myśli wziąć się za robotę w kwestiach takich jak redefinicja naszego położenia w Europie, poszukiwanie nowych sojuszników, uśmierzanie konfliktów u naszych granic, podniesienie bezpieczeństwa państwa, wzrost bogactwa obywateli, inwestycje zagraniczne czy zdobywanie nowych rynków. Zamiast tego zamierza wykonywać dużo pustych gestów i wypowiadać wiele pięknych słów. Żyrandol w Pałacu Namiestnikowskim pewnie trzęsie się ze śmiechu od takiej zmiany warty.

    Zobacz również:

    Prezydent Duda na Grabarce: Wierzę w to, że będziemy umieli budować wspólnotę
    Prezydent Duda a Wróg Mojego Wroga
    Andrzej Duda powołał ministrów Kancelarii Prezydenta
    Tagi:
    Jarosław Kaczyński, Andrzej Duda, Barack Obama, Tokio, Ankara, Paryż, Pekin, Waszyngton, Berlin, Estonia, UE, Niemcy, USA, Ukraina, Moskwa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz