06:53 20 Listopad 2017
Warszawa+ 2°C
Moskwa+ 1°C
Na żywo
    Kanclerz Niemiec Angela Merkel

    Merkel i jej Nobel

    © AP Photo/ Markus Schreiber
    Opinie
    Krótki link
    Jakub Korejba
    2024972137

    Poza czysto po ludzku tragicznym wymiarem humanitarnym, kwestia uchodźców jest także problemem politycznym. W tym kontekście, niemiecka kanclerz po raz kolejny pokazała, iż nawet najtrudniejsze wyzwanie jest ona w stanie przekuć w sukces.

    Wielu obserwatorów, jedni z autentycznym strachem, inni ze słabo ukrywaną schadenfreude, pokazują palcem na koczujących na dworcu Keleti Syryjczyków i dryfujących u włoskiego wybrzeża na dętkach od Stara Libijczyków wieszcząc „koniec Europy", „kryzys UE" i „kataklizm RFN", która jakoby powinna zawalić się od setek tysięcy zmierzających do niej uchodźców, których zaprosiła do kraju Angela Merkel. W istocie, obecny kryzys jest dla niej ogromną szansą, którą póki co po mistrzowsku wykorzystuje w interesach własnych i swojego kraju.

    Po pierwsze decyzja Niemiec jest niezwykle istotna dla rozwoju narodowej gospodarki. Wedle najbardziej ostrożnych wyliczeń, do 2025 roku, niemiecka gospodarka potrzebować będzie 6,5 miliona rąk do pracy, co daje ponad pół miliona rocznie. I już dziś jest oczywiste, iż w związku ze splotem szeregu wewnętrznych i zewnętrznych okoliczności, siły tej nie będą w stanie wygenerować ani same Niemcy, ani nawet wewnętrzna peryferia UE w postaci Polski i reszty środkowoeuropejskich generalnych gubernatorstw. Aby więc utrzymać produkcję i eksport na dzisiejszym poziomie (na głowę jego wartość jest najwyższa na świecie) i tym bardziej myśleć o ekspansji, Niemcy potrzebować będą ogromnej masy dostępnych, wykwalifikowanych i lojalnych robotników. Z punktu widzenia federalnych ministrów, dyrektorów zakładów przemysłowych i wielkoobszarowych bauerów brzmi to jak mission impossible, prawda? Owszem, ale nie dla Angeli Merkel, która właśnie rozwiązała ten problem jednym wystąpieniem na konferencji prasowej, gwarantując, iż udzieli azylu wszystkim uchodźcom, którzy znajdą się na niemieckim terytorium. To właśnie ci ludzie, kiedy tylko nauczą się niemieckiego i zagospodarują w nowym kraju, będą budować gospodarczą potęgę największego kraju Europy. Kanclerz Niemiec doskonale wie, iż większość uciekinierów z Syrii to przedstawiciele klasy średniej — lekarze, nauczyciele, inżynierowie, którzy po przejściu kursu językowego gotowi będą praktykować swoje zawody w nowej ojczyźnie. Innych wyśle się do techników (które, w odróżnieniu od Polski nie tylko nie zostały zapuszczone i polikwidowane, ale przeżywają oblężenie, w tym także przez naszych rodaków) a następnie na taśmę do Ingolsztadu i Sztutgartu. Ktoś powie, dobrze, ale przecież wraz z nimi do Niemiec przyjadą setki bojowników Państwa Islamskiego i inni wszelkiej maści radykałowie, gotowi podkładać bomby i mordować w imię Allaha. Zapewne tak. Rzecz jednak w tym, iż w przeciwieństwie do bałaganiarskiej Polski, która nie umiejąc łapać prawdziwych szpiegów prześladuje nieprawomyślnych dziennikarzy, za Odrą każdy imigrant przed przyznaniem prawa pobytu przechodzi w bezpiecie „rozmowę kwalifikacyjną" i przez pierwsze lata życia jest pod stałą obserwacją. No, dobrze, przez pierwsze parę lat, a co potem? Ano to, że Niemcy, to zdyscyplinowane społeczeństwo. Popatrzą, posłuchają, doniosą.

    Po drugie, postawa Merkel podczas kryzysu imigracyjnego jest dla pozycji jej kraju w Europie i na świecie niezwykle korzystna politycznie. Pokazała ona, iż na tle zbankrutowanych Greków, pogrążonych w chaosie i korupcji Włochów, sceptycznych Brytyjczyków, miotających się między socjalizmem i faszyzmem Francuzów i chandryczących się o pieniądze orbanów i kopaczy jest na Starym Kontynencie jedynym liderem, który chce i umie podejmować decyzje. Od wielu miesięcy było bowiem jasne, iż gordyjski węzeł koczujących na plażach i okupujących tory kolejowe nieszczęśników trzeba będzie przeciąć, zanim ich ilość i stan higieny doprowadzi do tragedii. W tym czasie niemal wszyscy „liderzy" Europy, zarówno w państwach członkowskich, jak i w Brukseli, przerzucali sobie z rąk do rąk ten gorący kartofel, nie mając ani pieniędzy, ani woli politycznej, ani pomysłu, co z tym wszystkim zrobić. I, kiedy w końcu, jednym wystąpieniem, Angela Merkel postawiła przed faktem dokonanym swój własny rząd, premierów landów, brukselską biurokrację i wszystkich 27 „przywódców", to stało się jasne kto tak naprawdę dysponuje w Europie nabiałem niezbędnym do robienia wielkiej polityki. I nie ma żadnych złudzeń, iż zagranie to już w najbliższym czasie odbije się na wzroście nieformalnej pozycji Niemiec w ramach teoretycznie równych pełnomocnictw w podejmowaniu najważniejszych dla kontynentu decyzji. Przy jakichkolwiek wątpliwościach, Merkel będzie po prostu grać z partnerami w „pomidora", na każdą wątpliwość odpowiadać słowem „uchodźcy". Od początku swojego kanclerzowania, ciężka pracą i strategicznym geniuszem neutralizuje ona ten największy stojący Niemcom na drodze do hegemonii w Europie problem, czyli kompleks Hitlera — brak zaufania i legitymacji do stania się prawdziwym liderem kontynentu. Decyzja w sprawie uchodźców jest na tej drodze ogromnym krokiem do przodu.

    Po trzecie wreszcie, spektakularne otwarcie ramion na przyjęcie uchodźców i dramatyczny apel o uczynienie z Niemiec swojej ziemi obiecanej ma także dla Angeli Horstowny aspekt osobisty. Osobiście, nie mam żadnych wątpliwości, iż za to, co uczyniła dla szukających schronienia setek tysięcy ludzi zostanie już w przyszłym roku uhonorowana Pokojową Nagroda Nobla, co doda do jej wizerunku genialnego menagera także i nimb światowego formatu autorytetu moralnego. A biorąc pod uwagę, iż w 2017 roku, będzie miała, jako pierwszy człowiek w historii Niemiec okazję po raz czwarty stać się kanclerzem, odpowiednie urobienie opinii publicznej nie jest bez znaczenia. No, bo, spójrzmy w lustro, zestawmy ze sobą trzy panie, które pełnią lub chcą pełnić funkcję szefa rządu i powiedzmy sobie szczerze: kto, nawet tu nad Wisłą, „gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje" nie chciałby na nią głosować? W wizerunku Merkel jest jedna rysa, która ostała się w rezultacie regularnego oblewania jej przez Greków i innych zbankrutowanych pieczeniarzy kubłami pomyj: przekonanie wielu, iż jest ona nieczułą na ludzkie cierpienie, wyrachowaną technokratką. I rysa ta została właśnie raz i na zawsze starta miłosierną decyzją w sprawie imigrantów.

    Sądzę, iż obserwatorom działań niemieckiej kanclerz, także tym w Pałacach Elizejskim, Namiestnikowskim, Chigi czy Sándor, w ostatnich tygodniach coraz bardziej opadała szczęka. Wszyscy oni byli bowiem nieświadomymi uczestnikami lekcji wielkiej polityki, którą dała im nieśmiało uśmiechająca się enerdowska nudziara. Każdy z nich chciał ją ograć, i po raz kolejny nie docenił. W rezultacie, będą musieli zacisnąć zęby i znowu zrobić to, co ona im każe, zgrzytając nimi na myśl, że cała chwała za uczynione uchodźcom dobro spłynie na nie tylko coraz bardziej podziwianą, ale i kochaną Matkę Europy.

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Węgierska policja zmusza imigrantów do walki o jedzenie
    Własne porządki: migrantów oburzają spódnice niemieckich uczennic
    Berlusconi przyjechał na Krym z prywatną wizytą
    Tagi:
    migranci, Unia Europejska, Angela Merkel, Europa, Niemcy, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz