21:38 16 Sierpień 2017
Warszawa+ 24°C
Moskwa+ 17°C
Na żywo
    Jasna Góra

    Episkopat to nie imamat czyli Kościół jako zwierciadło państwa

    © Zdjęcie: Piotr Spalek
    Opinie
    Krótki link
    Jakub Korejba
    5697314

    Jeżeli w Polsce księża z ambon zaczynają sugerować wiernym na kogo głosować, to nie jest to przejaw patologii w Kościele ale symptom głębokiego kryzysu państwa.

    Kanclerz Niemiec Angela Merkel
    © AP Photo/ Markus Schreiber
    Kościół w Polsce jest bowiem nie tylko siecią obsługi narodzin, ślubów i pogrzebów, dla tych, co lubią robić to „na bogato" w rytm „Ave Maryja" i „Anielskiego orszaku", ale także instytucją społeczną, kulturową i polityczną — czy nam się to podoba, czy nie, księża biorą na siebie wszystkie te funkcje i będą robili to za każdym razem, kiedy zawiodą inne struktury do tego powołane.

    Tak bowiem złożyło się w wyniku naszej długiej i skomplikowanej historii, iż cały niemal okres „nowoczesności" przebiegał pod znakiem zaborów, wojny i okupacji. Wtedy, gdy normalne europejskie państwa dojrzewały formując swoje konstytucje, instytucje państwowe i kulturę polityczną, Polacy walczyli nawet nie tyle o własne państwo, co po prostu o fizyczne przetrwanie i obronę choćby cząstki własnej tożsamości. Przez większość czasu na przestrzeni ostatnich dwu wieków, państwo było dla Polaków instytucją wrogą, od której oczekiwać należało najgorszego i po której nie należało spodziewać się niczego dobrego. Stąd dzisiaj taki a nie inny (czyli zbliżony do najbardziej ugniecionych przez kolonialistów ludów afrykańskich) stosunek do pracy polityków, mienia publicznego, płacenia podatków, wymiaru sprawiedliwości, funkcjonariuszy policji i wszelkich innych materialnych znaków obecności państwa w naszym życiu.

    W sytuacji braku perspektyw posiadania własnego państwa (jak tylko pojawiała się na nie szansa, to była przez naszych przodków natychmiast zaprzepaszczana, jak choćby pod berłem Aleksandra I, po Wojnie Krymskiej, w czasie I Wojny Światowej czy w końcu w Dwudziestoleciu) lub fatalnego działania państwa istniejącego całkowicie naturalnym odruchem było szukanie oparcia w innych, bardziej trwałych i perspektywicznych instytucjach. A ponieważ ze względu na splot czynników wewnętrznych i położenia względem sąsiadów przez wszystkie te lata, aż do sierpnia 1914 roku nie było alternatywy w postaci armii, jak w Turcji, kapitalizm istniał w Polsce w postaci szczątkowej, nie mogła więc stać się nim, jak u Żydów własność, a stworzenie wspólnej dla wszystkich mieszkańców kultury opóźniało się w związku z trwającym do późna oddzielnym i równoległym rozwojem szlachty i chłopstwa, naturalną protezą państwa stała się religia wraz z jej ramą instytucjonalną w postaci Kościoła. Nie przypadkiem, Kościół katolicki w Polsce był najsilniejszy w okresie największego zagrożenia narodu połączonego z kryzysem wiary w państwo: podczas powstań, okupacji i w okresie stanu wojennego, gdy w kruchtach stali obok siebie marksiści, ateiści i anarchiści.

    Rozdział Kościoła od państwa jest bowiem w Polsce rozstrzygnięty wyłącznie formalnie, cytując klasyka: „istnieje tylko teoretycznie" do czasu ostatecznego zdania egzaminu przez władzę ustawodawczą (dobre a więc zrozumiałe i akceptowane przez większość prawo), wykonawczą (sprawne rządy) i sądowniczą (poczucie sprawiedliwości i wiara w istnienie dobra wspólnego). Bo, choć od ćwierćwiecza Kościół i państwo żyją obok siebie własnym życiem, to jednak w ogromnej części składają się z tych samych osób i między ich działalnością istnieje sprzężenie zwrotne: pozytywne, w przypadku, kiedy dziadowskie państwo próbuje zrzucić swoje winy na „funkcjonariuszy Pana B." i negatywne, kiedy obywatele mają poczucie, iż sprawy państwowe idą mniej-więcej dobrze i nie czują potrzeby chować się w poły sutanny. Im mniej jesteśmy przekonani do płacenia podatków, tym więcej dajemy na tacę, im częściej bierzemy L4, tym więcej chodzimy na pielgrzymki, im bardziej gardzimy politykami, tym głębiej szanujemy biskupów, im bardziej obciachowego mamy prezydenta, tym częściej oglądamy Anioł Pański, jak za komuny uznając Ojca Świętego za ersatz narodowego lidera i „zastępczą" głowę państwa.

    Jeżeli więc, o czym ze zgrozą obwieszczają politycy partii rządzącej, księżą angażują się politycznie czy wręcz agitują za konkretnym kandydatem, to jest to w prostej linii konsekwencja ich własnej (polityków PO, ale także innych partii) działalności. I kiedy, jeden z prominentów obecnej ekipy nazywa podobne przykłady „wielkim znakiem zapytania, o co tu chodzi", to odpowiedź jest, jak mawiał złotousty strażnik żyrandola, „najboleściwiej oczywista": o osiem lat oglądania w telewizorze waszych beznadziejnie butnych, nieskażonych myślą o państwie i kaprawych od złodziejstwa i łgarstwa twarzy.

    Ostatnie dziesięciolecie historii naszej ojczyzny boleśnie demonstruje bowiem, iż choć rządy PO są pod każdym względem nie do przyjęcia, to mamy wszelkie dane, aby po październiku oczekiwać czegoś jeszcze gorszego, co wielu naszych rodaków, wraz z niżej podpisanym skłania do myślenia o przyszłości ojczyzny w wyjątkowo czarnych barwach. A, kiedy w życiu państwa i narodu strach łączy się z poczuciem beznadziei, to wiadomo, iż niedługo zapełniać zaczną się, w zależności od preferencji ideologicznych i zasobności portfela poczekalnie psychoanalityków oraz kościelne ławy.

    Jeżeli więc politycy nie chcą, aby Kościół wtrącał się do spraw państwowych, powinni zrobić rachunek sumienia z własnych postępków i zaniedbań zaczynając od prostego pytania o to, dlaczego więcej ludzi chodzi w Polsce na msze niż na wybory a „tłuści i pazerni" biskupi są dla społeczeństwa bardziej wiarygodni niż Parlament, armia, sądownictwo czy Rada Ministrów. Im bowiem głębiej pogrążają państwo w otchłań biedy, bałaganu, korupcji i braku perspektyw, tym więcej obywateli szukać będzie nadziei tam, gdzie w podobnych sytuacjach znajdowali ją nasi ojcowie i dziadowie. Granicą uczestnictwa Kościoła w polityce jest bowiem stan państwa a jego intensywność odwrotnie proporcjonalna do skuteczności prawa i państwowych instytucji.

    I jeżeli, po 25 latach niepodległości wierni znów zaczynają śpiewać „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie", to znaczy, iż w polskich kościołach biją nie tylko podzwonne dla partii aktualnie rządzącej ale także na trwogę całej klasie politycznej.

    W obliczu fali uchodźców Polacy powinni dbać o swój dom.

    Zobacz również:

    Kościół w Finlandii apeluje o pomoc uchodźcom – Finowie odwracają się od Kościoła
    Papież: Kościół rzymskokatolicki jest gotów obchodzić Wielkanoc razem z prawosławnymi
    Tagi:
    I wojna światowa, Platforma Obywatelska, Aleksandr I, Turcja, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz