18:40 12 Grudzień 2017
Warszawa+ 9°C
Moskwa+ 1°C
Na żywo
    Przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich oraz stowarzyszenia NowoczesnaPL Ryszard Petru

    Ryszard Petru - nowy pluszcz na starej kanapie

    YouTube
    Opinie
    Krótki link
    Jakub Korejba
    143

    Sprawa zakrawa na paradoks, ale pomimo jak najbardziej racjonalnych postulatów i spójnego przesłania programowego „Nowoczesna.pl" nigdy nie stanie partią masową popieraną przez dużą liczbę Polaków. Co więcej, w miarę, jak ten przykry fakt dojdzie do jej lidera, może powtórzyć błędy swoich poprzedniczek i szybko stoczyć się w niebyt.

    Powstanie partii Ryszarda Petru jest rozpaczliwym wołaniem o nową jakość w polskiej polityce. Od lat w politycznym menu, mamy bowiem do wyboru „dwa nieświeże dania i dwie nieświeże zakąski" od których większość ludzi po prostu z niesmakiem odwraca głowę. I problem mam charakter nie tylko estetyczny — od ćwierćwiecza oglądamy te same twarze mówiące o problemach mających dla zwykłych ludzi naprawdę niewielkie znaczenie — ale także jak najbardziej praktyczny: polska klasa polityczna wydaje się funkcjonować gdzieś daleko, równolegle, w oderwaniu od problemów nurtujących zwykłych ludzi.

    Od czasu upadku komuny, który sformował do dziś dominujące w Polsce pokolenie polityków, istotnie zmienił się polityczny popyt: ludzie nie potrzebują natchnionych proroków czy charyzmatycznych wodzów ale sprawnych menadżerów i wytrwałych negocjatorów. Może dziś mało kto pamięta, ale Lech Kaczyński wygrywał wybory wcale nie patriotyczną retoryką i grą na narodowych emocjach, ale obietnicami naprawy państwa: wyplenienia bałaganu, korupcji i nepotyzmu. A z kolei Donald Tusk, swój sukces zawdzięcza właśnie wierze Polaków w to, iż Kaczyński zamiast sprawnie administrować pogrążył się w ideologicznych swarach i osobistych połajankach — program Petru (czego on sam bardzo zresztą słusznie nie skrywa) to przecież toczka w toczkę powtórka propozycji PO sprzed dekady. O tym, że Polacy chcą widzieć w politykach przede wszystkim sprawnych technokratów najlepiej świadczy spektakularny upadek Pawła Kukiza, któremu antysystemowa retoryka nie była w stanie zastąpić kwalifikacji do rządzenia nie tylko państwem, ale i własną partią.

    W tym kontekście, dobrze ubrany, świetnie wysławiający się, emanujący wiarą we własne siły i autorytetem człowieka sukcesu Ryszard Petru rzeczywiście stanowi powiew nowoczesności, której tak bardzo brakuje na naszej zapyziałej, siermiężnej scenie politycznej. Na pierwszy rzut oka wydaje się, iż unikająca sporów światopoglądowych i prezentująca program wszechstronnej modernizacji partia powinna stać się, jeśli nie liderem sondaży, to przynajmniej trzecią siłą poważnie myślącą o współrządzeniu Polską w nowym rządzie. Tymczasem, partia Petru balansuje na granicy progu wyborczego i nic nie wskazuje na to, iż nawet, jeżeli wejdzie do Sejmu to będzie w nim czymkolwiek więcej niż symbolicznym kwiatkiem do kożucha.

    Pomimo mylącej nazwy i sprawnie kreowanego imidżu „Nowoczesna" jest bowiem najbardziej klasowo zorientowaną ze wszystkich sił politycznych mających szanse na wejście do parlamentu. Nawet nie SLD czy PSL ale właśnie ona odwołuje się do przekonania nowej polskiej burżuazji, iż jest ona ofiarą strukturalnie patologicznego układu społecznego, w którym „lepsza" — bardziej kreatywna, pracowita i aktywna — mniejszość jest w ciągły sposób eksploatowana przez nieodpowiedzialną, leniwą i pasywną większość. Z punktu widzenia wyborców Petru, państwo polskie jest organizacją pasożytniczą, która z pomocą zinstytucjonalizowanych instrumentów grabieży — podatków, ZUS-u, NFZ-u — spełnia rolę wszechwładnego Janosika, tym gorszego od oryginału, że zabierającego i oddającego niesprawiedliwie.

    Być może z częścią tych postulatów można się zgodzić. Problem polega na tym, iż grupa celowa, do której odwołuje się Petru jest niezwykle wąska i co więcej bardzo krucha: nowa polska burżuazja jest bowiem cały czas na dorobku a materialne podstawy jej społecznego statusu mogą w każdej chwili okazać się pułapką. Bo, choć na pierwszy rzut oka wszystko jest „jak na Zachodzie": przeciętny wyborca Petru pracuje na Domaniewskiej, mieszka w Wilanowie, latem jeździ nurkować a zimą na narty, to wszystko to odbywa się dokładnie tak samo jak cała „Polska w budowie" czyli na bardzo słono oprocentowany kredyt.

    Polski burżua nie jest panem nie tylko własnego losu, ale większości nawet właścicielem swojego mieszkania czy samochodu, nie wspominając już o tym, co stanowi podstawę siły klasy mieszczańskiej na Zachodzie czyli inwestycjach i oszczędnościach. Wystarczy nawet nie tąpnięcie światowych rynkach, ale nawet nieznaczne wahnięcie koniunktury i zachodnie koncerny zaczną zwalniać swoich polskich wyrobników, którzy zostaną na lodzie z kredytami i hipotekami. A wtedy ostatnią rzeczą, na którą będą chcieli liczyć jest tak wychwalana przez Petru niewidzialna ręka rynku i rozpaczliwie łapać będą się za jak najbardziej widzialną rękę państwa. Przykład frankowiczów jest tego najlepszym dowodem.

    Poza tym obiektywnym, wynikającym ze struktury polskiego społeczeństwa czynnikiem, problemem „Nowoczesnej" jest także sprawa subiektywnego postrzegania tej partii przez większość społeczeństwa. Polacy widzą bowiem w Petru reinkarnację dobrze znanych z przeszłości kanapowych tworów, których idealnym ucieleśnieniem była Unia Wolności, partia, która choć dawno zakończyła swój instytucjonalny żywot, to zostawiła po sobie pustkę w sercach wielu swoich pogrobowców, próbujących od czasu do czasu wskrzesić ją do życia pod nową nazwą.

    I mimo, iż ich liderzy chodzą w drogich garniturach i pachną luksusową wodą kolońską, fakt, iż ktoś „bywał w Rzymie, paryskie miał kontakty" nie wystarczy do tego, aby polski wyborca uznał go za człowieka, który będzie sprawnie zarządzał zapuszczonym folwarkiem, którym jest nasze państwo. Tym bardziej, iż tak, jak szacowni mędrcy z UW i jej kolejnych coraz bardziej żałosnych wcieleń, tak i Petru nie stroni od wyrażania się o większości wyborców z nutką protekcjonalnej pogardy. A to właśnie „starsi, gorzej wykształceni, z mniejszych ośrodków" zdecydują o tym, kto zasiądzie w Sejmie i obejmie ministerialne teki. Parafrazując klasyka: sorry, takie mamy społeczeństwo.

    W tym kontekście „nowoczesna" jest właśnie jak najbardziej nienowoczesna: w procesie zderzenia własnych wyobrażeń o Polsce z rzeczywistością ma wszelkie szanse stać się coraz krótszą kanapą napawających się swoją wyższością i zrzędzących mitomanów obrażonych na społeczeństwo, które „nie dorosło do swojej elity". Pożyjemy — zobaczymy, już za niespełna miesiąc. Niezależnie jednak od niewielkich szans Petru na wielką polityczna karierę, powstanie jego partii jest niezwykle pozytywnym sygnałem: jako antysystemowa alternatywa dla rozczarowanych jest w końcu stanowczo ciekawsza LPR, Samoobrona czy Palikot. I postęp ten, który dobrze świadczy o naszym społeczeństwie warto odnotować.

    Zobacz również:

    Duda w ONZ: łyżka dziegciu w beczce pochwał
    Putin i Obama w jednej pracowni
    Kopacz politycznych grobów
    Tagi:
    Wybory parlamentarne-2015, Ryszard Petru, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz