19:13 22 Październik 2017
Warszawa+ 8°C
Moskwa+ 0°C
Na żywo
    Beata Szydło

    Budapeszt w Warszawie

    © AFP 2017/ Janek Skarzynski
    Opinie
    Krótki link
    Jakub Korejba
    211497442

    Gdybym był w PiS, to uważałbym, iż na pomnik zasługuje nie Lech ale Jarosław Kaczyński. To on bowiem jest największą osobowością polskiej polityki ostatniego ćwierćwiecza. Od tego co teraz zrobi zależy nie tylko cztery lata historii Polski ale i istnienie systemu politycznego w dotychczasowym kształcie.

    Wątpliwości co do tego, iż wczorajsze wybory przyniosą Polsce wiele nowości nie było co najmniej od czasu, gdy Kukiz osiągnął swój fenomenalny wynik w wyborach prezydenckich. Oto bowiem zmęczone wiecznym wyborem między „dwoma nieświeżymi daniami i dwoma nieświeżymi zakąskami” społeczeństwo postawiło na nowe siły: Kukiza, Korwina (Który wciąż balansuje na granicy wejścia do Sejmu) i Petru. Na naszych oczach kruszą się podstawy dawnego systemu a do parlamentu wchodzą świeże siły, po których nie wiadomo czego się spodziewać. Jedno jest pewne: zarówno procesem destrukcji starego ładu, jak i konstrukcją nowego zawiadował będzie jeden człowiek. I to, co teraz dzieje się w głowie starszego pana z Żoliborza jest kluczowe dla historii naszego kraju w najbliższych latach – bo wyniki wyborów ułożyły się tak, że to właśnie on będzie lepił ją teraz jak plastelinę.

    Rosyjscy wojskowi na lotnisku Hmeymim, Syria
    © Sputnik. Dmitriy Vinogradov
    Niespodzianką na miarę pokoleniowej zmiany jest koniec Lewicy, która pierwszy raz w nowożytnej historii polskiego parlamentaryzmu znajdzie się poza Sejmem. Polska polityka bez Millera będzie ideologicznie i osobowościowo uboższa, jednakże oczywistością jest to, iż sam jest on sobie winien. Otóż okazuje się, iż zmęczeni wypranym z wszelkiej treści wiecznym picerstwem Tuska i organizacyjną niegramotnością Kopacz Polacy naprawdę przerażeni są widmem konieczności spłaty nabranych przez nich długów, upadku systemu ubezpieczeń emerytalnych i zdrowotnych oraz generalnie stanem państwa, z którego, jak mawia przyłożywszy do tego stanu swe ręce wnuk wielkiego pisarza, została „kamieni kupa”. W tej sytuacji kampania wyborcza pod znakiem mających absolutnie marginalne dla obywateli znaczenie tematów zastępczych, jak na przykład refundacja in vitro, „powstrzymanie konserwatywnej fali”, praw mniejszości seksualnych czy zmniejszenia roli Kościoła w polityce była prostą drogą do przekonania wyborców, iż „Zlew” to zbieranina oderwanych od rzeczywistości nieodpowiedzialnych krzykaczy, nieprzygotowanych do rządzenia czymkolwiek, a już tym bardziej państwem w stanie kryzysu i gotowa podpalić Polskę w imię wydumanych ideologicznych rojeń. Marny wynik pokazuje, iż wiernie stoi przy nich już niemal wyłącznie starzejący się elektorat mundurowy, a kierująca się czymkolwiek innym niż chęć zachowania przywilejów emerytalnych lewicująca młodzież ucieka do Zandberga. Ten ostatni jest zresztą jednym z największych zwycięzców tych wyborów – nie ma żadnych wątpliwości, iż załapawszy się na państwowe pieniądze dla partii z wynikiem powyżej 3 procent zdoła umocnić imidż, stworzyć struktury, wychować kadry i w następnych wyborach sięgnąć po wynik dwucyfrowy.

    Znamienny jest także początek końca rządzącego Polską od ponad 100 lat PSL. To przecież właśnie chłopi z Wierzchosławic posłowali do Dumy w Petersburgu, trzęśli wieloma rządami II RP, gardłowali na posiedzeniach rządu londyńskiego, stając w końcu na jego czele, swoje ucapiali przez całą komunę a następnie w składzie kolejnych koalicji szantażowali wszystkie niemal rządy III RP. Ponieważ istnienie tej formacji opiera się wyłącznie na transferowaniu stanowisk i gotówki z Warszawy do województw a potem do powiatów (samo istnienie których jest podarkiem dla peeselowskich klanów i nie ma innej funkcji niż zabezpieczanie im etatów i dostępu do państwowych pieniędzy) i gmin, niewejście do rządu oznacza, iż partia ta rozleci się maksymalnie po kolejnych wyborach samorządowych, a jeżeli PiS przyłoży się do aktywnej pracy w najbardziej „zielonych” regionach to znacznie wcześniej.

    Do historii odchodzi także rządząca Polską od ośmiu lat Platforma Obywatelska. Najdobitniej świadczy o tym rokosz Schetyny, który podczas wieczoru wyborczego zamiast stać u boku osłabionej, ale wciąż potężnej pani premier, ze swojego kieleckiego zesłania (warto pamiętać, iż jedynką w tradycyjnie wrogim platformie regionie miał zostać w najgorszym dla swoich partyjnych konkurentów wariancie upokorzony, a w najlepszym wycięty z parlamentu) wezwał do odnowy i nowego początku. I nie ma żadnych wątpliwości, iż wypowiedziane zaraz po ogłoszeniu wstępnych wyników słowa Kaczyńskiego o formowaniu szerokiego, „biało – czerwonego” obozu reform i zapewnienia, iż „nie wolno kopać leżącego” skierowane były właśnie do niego. Aby wiedzieć, ilu posłów z PO jest w stanie wyjąć Schetyna należy poczekać do oficjalnych wyników, jednak idę o zakład, iż obaj panowie są już umówienia na spotkanie na ten temat. I jeżeli okaże się, iż PiS-owi brakuje do stworzenia rządu kilku mandatów, to Schetyna nie tylko utrzyma ministerialne stanowisko, ale być może nawet zostanie wicepremierem i szefem odnowionej Platformy – bis.

    Oczywiście, możliwa jest także rządowa czy sejmowa koalicja z innym wielkim wygranym – Pawłem Kukizem. Biorąc jednak pod uwagę, iż cały kredyt zaufania dany jest mu przez społeczeństwo nie dla umocnienia lecz dla zniszczenia istniejącego w Polsce systemu, można mieć wątpliwości, czy będzie on chciał wchodzić w struktury, których kształt i funkcjonowanie wywołuje u większości Polaków (a już na pewno u jego wyborców) skrajną niechęć i poczucie wyobcowania. Osobiście, aby ostatecznie ośmieszyć absurdy III RP, na jego miejscu, za poparcie PiS zażądałbym stanowiska wiceministra kultury dla Liroya.

    Rosyjska operacja w Syrii
    © Sputnik. Dmitriy Vinogradov
    Wszystkie te polityczne puzzle układane będą w pewnym inteligenckim mieszkaniu na cichej warszawskiej uliczce. Wczorajszego wieczoru i dzisiejszej nocy pękła zapewne na Żoli nie jedna flaszka dobrego koniaku czy przedniego wina. I jeżeli byłbym Prezesem, to dla zwiększenia symbolicznego efektu opiłbym zwycięstwo jakimś węgrzynem, na przykład Tokajem. Kaczyńskiemu udało się bowiem to, co kiedyś uczynił Wiktor Orban a o co w Polsce jedni bali się nawet modlić, a czego inni nie byli w stanie wyobrazić sobie w najgorszych snach: pierwszy raz w najnowszej historii władzę wzięła jedna siła polityczna, powolna kaprysom jednego człowieka. I wszyscyśmy w jego rękach, co budzi uzasadnione obawy o to w jaki sposób ten ogromny potencjał i bezprecedensowe możliwości zostaną wykorzystane. Wszyscy obudziliśmy się dzisiaj w nowej Polsce. Oby była spełnieniem marzeń nie tylko jednego człowieka.

    Zobacz również:

    W Rosji ukazała się nowa książka o Januszu Korczaku
    Politolodzy: wyniki miejscowych wyborów nie zmienią głównego kursu Kijowa
    Rosja w Syrii: widok z góry
    Tagi:
    Wybory parlamentarne-2015, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Donald Tusk, Viktor Orban, Paweł Kukiz, Budapeszt, Warszawa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz