02:07 24 Październik 2017
Warszawa+ 6°C
Moskwa-1°C
Na żywo
    Agnieszka Wołk-Łaniewska

    Szydło jeszcze może — przynajmniej teoretycznie

    © Zdjęcie: Leonid Swiridow
    Opinie
    Krótki link
    Agnieszka Wołk-Łaniewska
    93336730

    Nie mam do Beaty Szydło pretensji o Macierewicza, Kamińskiego i Ziobrę. Byłoby to ścinanie głowy posłańcowi - w ich sprawie nowa premier nie miała nic do gadania. Mam pretensje o to, co zrobiła z resortami gospodarczymi, które były w jej gestii. To oszustwo wyborcze znacznie większego kalibru.

    Dziś oczywiście aktywiści i apologeci PiS odwracają kota ogonem w takim tempie, że widzimy tylko rudą smugę. Ale nie ma wątpliwości, iż szukając większościowego poparcia, Prawo i Sprawiedliwość zawarło z wyborcami kontrakt, który składał się z dwóch zasadniczych punktów. Jeden: nie będzie powrotu IV RP, opresyjnego, policyjnego państwa, skupionego na prowokowaniu i zamykaniu swoich obywateli. Dwa: nowe państwo PiS skupi się na zmianie polityki gospodarczej — i miała to być zmiana fundamentalna.

    Operacja rosyjskich sił powietrznych w Syrii
    © Zdjęcie: Ministry of Defence of the Russian Federation
    Politycy PiS nie używali w kampanii tego terminu — może kojarzył im się z lewactwem — ale w istocie rzeczy ich zapowiedzi oznaczały przejście z zarządzania gospodarką zgodnego z dogmatami liberalnymi na myślenie keynesowskie: odrzucenie zabobonnej wiary w rynek, zrozumienie potrzeby aktywnej roli państwa w gospodarce, zwiększenie wydatków socjalnych i inwestycje publiczne jako mechanizm wzrostu.

    Pierwszy punkt tego kontraktu okazał się nie do zrealizowania. Osobiście skłonna jestem przypuszczać, że dla Beaty Szydło było to do pewnego stopnia niespodzianką. Mam wrażenie, że w ostatnich dniach tej kampanii, kiedy samodzielne zwycięstwo PiS stało się realne, Szydło naprawdę uwierzyła, że będzie rządzić. Mam nawet takie wredne podejrzenie, że zestaw upiorów III RP w rządzie — Macierewicz, Ziobro, Kamiński — miał, w zamyśle Jarosława Kaczyńskiego, skłonić Beatę Szydło do rezygnacji z roli premiera. Nie ma wątpliwości, że prezentując skład swojego rządu wyszła, w najlepszym razie, na idiotkę — i jej mina wskazywała, że świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Dumna rezygnacja byłaby dla jej osobistego wizerunku dużo lepsza: gdyby ten upiorny rząd firmował ktoś inny, „jej" wyborcy — wyborcy PiS, którzy poparli tę partię przekonani nowym, racjonalnym i umiarkowanym obliczem uosabianym przez Szydło — widzieliby w niej ofiarę rozgrywek Kaczyńskiego, a nie współsprawcę wyborczego oszustwa. Mogę sobie wyobrazić, że prezes — niewolny skądinąd od seksistowskich wyobrażeń na temat kobiet — przeprowadził taką kalkulację i doszedł do wniosku, że Szydło będzie wolała zachować się emocjonalnie i ambitnie, samodzielnie rezygnując z bycia szefem rządu.

    O możliwości takiego scenariusza wspominał w powyborczy poranek Joachim Brudziński: zapytany, kto będzie szefem rządu, odparł, że na ten moment oczywiście Beata Szydło, ale sytuacja może „stać się dynamiczna" i wszystko zależy od „decyzji, jaką podejmie sama zainteresowana po konsultacjach z zarządem partii". Jeszcze przed tymi konsultacjami w zaprzyjaźnionych w PiS mediach pojawił się przeciek, że premierem zostanie Piotr Gliński. Gdyby Szydło, przyciśnięta Macierewiczem do ściany, zgodziła się ogłosić publicznie, że nie czuje się na siłach stanąć na czele rządu i woli zostać np. marszałkiem Sejmu — byłby to dla Kaczyńskiego sposób na wycofanie się w twarzą z obietnicy powierzenia roli szefa rządu osobie, której nadmiernie nie ufa.

    Jaroslaw Kaczynski
    © AFP 2017/ JANEK SKARZYNSKI
    Gwoli ścisłości: Glińskiemu zapewne też nie ufa, ale Gliński, pozbawiony zaplecza politycznego, byłby drugim Marcinkiewiczem — odwołanie go w dowolnie wybranym momencie nie przedstawiałoby żadnych trudności. Szydło — o czym słychać z kręgów bliskich prezesowi — wzbudza niepokój Kaczyńskiego swoją komitywą z prezydentem. Nigdy nie wiadomo, czy dwa „projekty polityczne" prezesa nie dogadają się za jego plecami — a na to wszak Jarosław Kaczyński nie może sobie pozwolić.

    Inna sprawa, że — przynajmniej teoretycznie — Szydło może jeszcze wybić się na niepodległość.

    Sejm zatwierdza tylko pierwszy rząd, potem premier może w każdej chwili wymienić każdego ministra. Można więc sobie w teorii wyobrazić sytuację, w której Beata Szydło oczyści swój gabinet ze skamielin IV RP — np. czekając na wywołane przez nich kontrowersje, które niezawodnie nastąpią, i wyciągając z nich bezwzględne konsekwencje. Jednakże, uczciwie powiedziawszy, zbyt wielkich nadziei nie należy z tym wiązać.

    O ile wszakże upiorny tercet (a w zasadzie kwartet — nie należy zapominać o Beacie Kempie) mógł pozostawać poza obszarem decyzji nowej premierzycy — trudno uwierzyć, że nie miała nic do powiedzenia także w kwestii zespołu, odpowiadającego za politykę gospodarczą. Jarosław Kaczyński nie ma zbyt wielkiego pojęcia o ekonomii, ale ma pewien sposób patrzenia, który wyraźnie zaprzecza neoliberalnej triadzie „mniejsze podatki-mniejsze wydatki-deregulacja" — widać to było np. w dość brawurowej zapowiedzi zainwestowania w gospodarkę 1,4 biliona złotych. Nie ma zatem powodów przypuszczać, że powierzenie steru gospodarki dwóm liberałom jest efektem jego decyzji.

    Beata Szydło
    © AFP 2017/ Janek Skarzynski
    Były prezydent Polski Lech Wałęsa na spotkaniu w Chicago
    © AP Photo/ Charles Rex Arbogast
    W PiS i okolicy nie brakuje nieliberalnych ekonomistów. Widać to było świetnie podczas sławetnej debaty zatytułowanej „Ekonomiczna Alternatywa", zorganizowanej w 2012 roku — gdzie wyraźną przewagę, tyleż liczebną, co intelektualną, mieli krytycy balcerowiczowskiej i post-balcerowiczowskiej transformacji. Wśród ekspertów współpracujących z PiS znajdują się czołowe postaci szeroko pojętej myśli keynesowskiej: prof. Grażyna Ancyparowicz, prof. Leokadia Oręziak, prof. Witold Modzelewski, prof. Ryszard Bugaj… Prof. Jerzy Żyżyński jest nawet posłem PiS. Trudno zatem znaleźć uzasadnienie dla faktu, iż wicepremierem i ministrem rozwoju został prezes jednego z największych prywatnych banków w Polsce, entuzjasta deregulacji i „zaciskania pasa dla dobra gospodarki", przewodniczący rady nadzorczej konfederacji Lewiatan (ta wiadomość ostatnio zniknęła z jego biogramów w necie), Mariusz Morawiecki — a ministrem finansów wyrosły z UPR i Centrum Adama Smitha Paweł Szałamacha, o którym współpracownicy mówią, że jest „zadeklarowanym liberałem z nutką etatyzmu". Fakt, iż najsurowszy krytycy projektów gospodarczych PiS, z Ryszardem Petru na czele, cieszą się z tych wyborów — stanowi najlepszy dowód, że wyborcy, którzy dali się uwieść „socjalnemu obliczu PiS" i uwierzyli, że partia ta wyegzorcyzmuje straszącego od ćwierćwiecza ducha Balcerowicza, znów zostaną wydymani przy dźwiękach patriotycznych pieśni.

    Jest w tym wszakże pewien pozytyw. Lewica, jak się okazuje, jest potrzebna: nikt inny nie rozliczy PiS z niespełnionych socjalnych obietnic. Tylko skąd ją wziąć?

    Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Żądania Londynu wobec UE - próba zabezpieczenia się
    Źródło: MFW może zastosować nowe przepisy do kredytów na Ukrainie
    Rosja: rozszerzenie obecności wojskowej USA w Europie sygnalizuje o zaognieniu sytuacji
    Tagi:
    Prawo i Sprawiedliwość, Beata Szydło, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz