Widgets Magazine
23:17 17 Październik 2019
Jarosław Kaczynski sciska rękę Beaty Szydło po jej mianowaniu na stanowisko premiera, Warszawa 9 listopada 2015

Matka rządzi

© AFP 2019 / Janek Skarzynski
Opinie
Krótki link
Autor
11874
Subskrybuj nas na

Przez ostatnie 10 lat słyszymy opowieści o tym, jak to PiS wypiera lewicę i przejmuje jej funkcje. Exposé Beaty Szydło wykazuje dobitnie, że to nieprawda. Od etatyzmu do lewicowości jest jednak daleka droga.

Prawda, usłyszeliśmy dużo o aktywności państwa w gospodarce — co jest dla ludzi lewicy miłym komunikatem. Osobiście z przyjemnością słuchałam na przykład o tym, że służba zdrowia musi być publiczna i finansowana z budżetu, i należy ją oddzielić od lecznictwa prywatnego, że daleko idąca prywatyzacja ratownictwa medycznego nie przyniosła dobrych rezultatów (bo nie przyniosła) i że obywatel musi mieć pewność pomocy w sytuacjach zagrożenia życia — i to pomocy za darmo. Że należy odwrócić proces zwijania państwa widoczny w likwidacji szkół, bibliotek, komisariatów policji, połączeń kolejowych etc. Że państwo powinno zaangażować się w program budowy dostępnych mieszkań. A nawet o słynnym bilionie złotych, który państwo PiS zainwestuje w gospodarkę; choć wątpliwości budzi nie tylko źródło tych środków, ale także — a nawet przede wszystkim — kanał dystrybucji.

I to ostatnie zdaje się kwestią kluczową — przynajmniej dla zagadnienia „lewicowości PiS".

Otóż rząd Beaty Szydło ów mityczny bilion — czy jakąkolwiek inną kwotę, którą uda mu się wygospodarować na pobudzenie rozwoju — wpompuje poprzez banki w prywatny biznes, żeby „małe firmy stały się średnimi, a średnie dużymi". Ponadto premier obiecała obniżenie podatków dla przedsiębiorców do 15 procent, lepsze warunki rozliczania inwestycji i amortyzacji, usuwanie przeszkód biurokratycznych, dostosowanie szkolnictwa na wszystkich poziomach do oczekiwań biznesu, a także zainwestowanie — publicznych, jak rozumiem — środków w „stworzenie zaplecza naukowo-badawczego dla małych i średnich firm". Umizgi pod adresem przedsiębiorców, stanowiących sól ziemi, pojawiały się w każdej części jej wystąpienia.

Zauważyliście czego zabrakło?

Jednego choćby zdania adresowanego do pracowników.

Zgodnie z doktryną „żeby Polska rosła w siłę, a ludzi żyli dostatniej" — w końcu Edward Gierek był „polskim patriotą" — Beata Szydło wygłosiła obowiązkowy zestaw obietnic, dotyczący tworzenia dobrych miejsc pracy, podniesienia płac i likwidacji umów śmieciowych. Nie chciałabym zabrzmieć niewdzięcznie — to świetnie, iż kwestia jakości miejsc pracy i godziwej płacy weszła do stałego kanonu życzeń wszystkich polskich partii politycznych (z wyjątkiem.Nowoczesnej). To wielki postęp od czasów, kiedy zgłaszana przez liberałów z KLD obietnica „Miliona nowych miejsc pracy" oznaczała zatrudnienie trzech pokojówek, ogrodnika i masztalerza. Ale to trochę mało. Co PiS myśli o — za przeproszeniem — wyzysku? Powszechnym łamaniu praw pracowniczych? Co rząd ma zamiar zrobić z przeprowadzonym przez Platformę uelastycznieniem czasu pracy, które de facto zlikwidowało największą historyczną zdobycz lewicy, jakim jest ośmiogodzinny dzień pracy? Co z iluzoryczną kontrolą Państwowej Inspekcji Pracy, której szczyt możliwości to nałożenie kary w wysokości 30 tysięcy zł — z punktu widzenia np. powszechnie wyzyskujących pracowników hipermarketów kwoty zgoła humorystycznej? Co z sądami pracy, gdzie dziś adwokat występujący z urzędu dostaje za całą sprawę 60 zł (słownie: sześćdziesiąt złotych) brutto — jaka jest szansa obywatela bezprawnie wyrzuconego z pracy, z adwokatem z urzędu, w starciu z zamożnym przedsiębiorcą? Wreszcie — co ze związkami zawodowymi? Co z realizacją orzeczenia TK, gwarantującego pracownikom na umowach śmieciowych prawo do zrzeszana się w związkach? Największa centrala związkowa wsparła PiS w tym maratonie wyborczym — czy nie miała prawa oczekiwać, że w exposé nowej premier pracownikom poświęci się choć część tej uwagi, która otrzymali tzw. „pracodawcy"? Lewicowość, wbrew temu, co wydaje się polskim komentatorom, nie polega na pomaganiu biednym — od tego jest dobroczynność. Lewicowość, w wymiarze społeczno-ekonomicznym, oznacza przede wszystkim usytuowanie się w konflikcie klasowym po stronie ludzi żyjących ze sprzedawania swojej pracy. Pod tym względem PiS nie jest ani odrobinę bardziej na lewo, niż poprzednie rządy III RP — w tym, odnotuję z bólem, rządy lewicy.

Jest natomiast — co oczywiste — znacznie bardziej od swoich poprzedników na prawo w wymiarze kulturowym, obyczajowym, czy też ideologicznym.

Warto odnotować, że Beata Szydło nie powiedziała słowa o Kościele katolickim — coś, za co wcześniej czy później przyjdzie jej zapewne zapłacić. Mówiła natomiast dużo i przerażająco o budowie nowego wymiaru państwowego nacjonalizmu: budowaniu postaw patriotycznych poprzez edukację, kulturę, media publiczne, powrót do „tradycyjnego kanonu lektur", przywrócenie „wolności badań i wypowiedzi na uczelniach" — co najpewniej oznacza uniemożliwienie rektorom skutecznego zamykani drzwi uczelni przed ksenofobią, rasizmem, neofaszyzmem.

Ale jest jeszcze inny wymiar prawicowości nowej władzy, który został niejako ukryty za zasłoną polityki społecznej — i jest to potworny konserwatyzm obyczajowy, w którym odmawia się równych praw już nie tylko mniejszościom seksualnym, światopoglądowym, czy etnicznym, ale także większości społeczeństwa, jaką są kobiety. Nowa pani premier ani słowem nie wspomniała o pozycji kobiet — za to, począwszy od pierwszego akapitu, w kółko plotła o „rodzinie" — co tak naprawdę oznacza promowanie nieprzemyślanego rozrodu, zwane w metajęzyku prawicy „polityką pronatalistyczną". Zapowiedź „500 złotych na drugie dziecko, a w uboższych rodzinach i na pierwsze" to, w moim przekonaniu, jedyna z zapowiedzi, którą PiS naprawdę będzie się starał zrealizować. Jej prawdziwym celem jest bowiem skuteczne i trwałe wyłączenie kobiet z rynku pracy. W małych miejscowościach, regionach wysokiego bezrobocia, w rodzinach ubogich — produkcja dzieci stanie się sposobem na zapewnienie bytu rodzinie. A po urodzeniu dwojga czy trojga dzieci pod rząd, szanse kobiety na wyjście z domu są, w istocie rzeczy, zerowe. I to też mieści się w planach neokonserwatywnej rewolucji obyczajowej rządu Beaty Szydło, która wszak jest — jak zapewnia szefowa jej kancelarii, Beata Kempa — „wspaniała matką".

Przekrój obyczajowo-ideowy nowego parlamentu dokładnie widać w fakcie, iż na 460 posłów znalazło się niespełna 30, którzy składając przyrzeczenie nie wzywali bożej pomocy. Jego profil społeczno-gospodarczy rozciąga się od etatystycznych liberałów z PiS do bezprzymiotnikowych liberałów z opozycji. To będą bardzo długie cztery lata.

Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Ewa Kopacz podała się do dymisji
Beata Szydło zaprezentuje program rządu
Ewa Kopacz pozwała do sądu czasopismo za okładkę ze swoim wizerunkiem
Tagi:
Prawo i Sprawiedliwość, Beata Szydło, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz