00:54 20 Wrzesień 2020
Opinie
Krótki link
Autor
221014
Subskrybuj nas na

Wśród powodów, które skłoniły tureckiego prezydenta do wydania decyzji o dokonaniu wobec Rosji „ciosu w plecy" komentatorzy, skupiwszy się na geopolitycznych powodach instrumentalizacji Daeszu (PI - red.) często pomijają te dla niego samego najważniejsze, a więc związane z sytuacją wewnątrz Turcji.

Po pierwsze, mamy obecnie w tureckim systemie politycznym do czynienia z przyśpieszoną pierestrojką à rebours. Nie należy robić sobie żadnych iluzji: Erdogan postanowił zostać ni mniej ni więcej tylko nowym sułtanem przykrawając cały system polityczny pod swoje ambicje i aby osiągnąć ten cel potrzebuje zmienić konstytucję. A ponieważ listopadowe wybory pokazały, iż nawet biorąc pod uwagę przykręcenie śruby prasie i liczne manipulacje, doszedł do ściany w kwestii poparcia społecznego, potrzebował wylewarować rating z pomocą innych, nie wliczanych do tej pory do rachunku środków. I jak zwykle w podobnych sytuacjach, remedium na stagnację popularności wśród narodu stanowić ma „mała zwycięska wojna" czyli oszałamiające sukcesy w polityce zagranicznej mające uczynić z niego wodza narodu i pozwolić sondażom wystrzelić wysoko i na trwałe. A ponieważ w wielu krajach świata, włączając nasz własny i Turcję nic tak nie podwyższa ciśnienia tłuszczy i stymuluje miłość do przywódców jak antyrosyjskie gesty, sułtan in spe postanowił, iż poniżenie „tradycyjnego wroga" (jak widzą to tureccy pisowcy z AKP, którą spokojnie można by nazwać chadecją Bliskiego Wschodu) da mu wreszcie upragnione procenty i pozwoli dopłynąć do pełni władzy na fali narodowej dumy.

Polska obchodzi Święto niepodległości
© Zdjęcie : EPA/Radek Pietruszka
Drugim czynnikiem jest kwestia stosunków prezydenta z wojskiem, które od czasów Ataturka jest jednym z autonomicznych wobec władzy wykonawczej filarów państwowości i odgrywa samodzielną rolę polityczną, wielokrotnie wpływając na decyzje władz czy nawet dokonując mniej lub bardziej gwałtownych zmian rządów. Pomimo dokonanych na przestrzeni ostatnich lat czystek i przetasowań, prezydent nie mógł nie liczyć się z nastrojami wśród generalicji. A te od początku rosyjskich nalotów na syryjskie cele były złe: niemal codziennie ustawiali się z raportami w kolejkę do sułtańskich komnat w pałacu Ak Saray aby zameldować o tym, jak bardzo tureckim interesom szkodzą działania Rosjan: poparcie dla Assada, którego Ankara od czterech lat bezskutecznie próbuje obalić, dobre kontakty ze sprzymierzonymi w walce z Daeszem a wrogimi Turcji Kurdami i te wywołujące przykry ścisk w gardłach obwieszonych medalami wodzów imperialnej armii przeloty budzących grozę rosyjskich bombowców. Nie chcąc ryzykować buntu wśród armijnej wierchuszki, Erdogan musiał, jeśli nie samemu podjąć decyzję o ostrzale, to co najmniej odwrócić oczy i dać wojskowym carte blanche (a następnie, po dokonaniu aktu zapewnić „kryszę") na „pokazanie Rosji jej miejsca" i ugruntowanie prestiżu armii w społeczeństwie.

Po trzecie wreszcie, należy pamiętać o wpływie, jaki na wyemancypowanego proletariusza z dzielnicy Kasimpasza (to taka stambulska Praga) i wiecowego populistę (Erdogan to taki turecki Schetyna, też lubi grać w piłkę) ma dystyngowany światowiec i wyrafinowany dyplomata, profesor Ahmet Davutoglu, którego sułtan Redżep uczynił swoim wielkim wezyrem. Będąc jeszcze szefem dyplomacji, obecny premier skierował turecką politykę zagraniczną na tory koncepcji neoosmańskiej, której zręby zawarł w swojej programowej książce „Głębia strategiczna". Davutoglu dowodzi w niej, iż w związku z tym, że drzwi do Europy są przed Turcją zatrzaśnięte i sytuacja ta nie zmieni się w dającej się prognozować perspektywie, a aktywacja projektu „Wielkiego Turanu" jest (z różnych powodów) nierealistyczna, jedyną możliwość powrotu Turcji do roli wielkiego mocarstwa jest uzyskanie wpływów na terenie byłego imperium otomańskiego. Jak napisał, tak i zrobił, na pierwszy ogień biorąc pogrążoną w (umiejętnie stymulowanej z Ankary) wojnie domowej Syrię, sprytnie używając do własnych celów szalejących na jej terytorium grup islamistów na czele z Daeszem (celowo nie piszę „Państwa Islamskiego", bo to nie państwo, a z islamem ma tyle wspólnego co Milicja Obywatelska z obywatelami). I dlatego właśnie rosyjskie wsparcie dla syryjskiego rządu jest z punktu widzenia Ankary krokiem niedopuszczalnym: to nie tylko czynnik mogący zmienić układ sił w syryjskiej wojnie domowej, ale także zagrożenie dla długofalowych planów zaprowadzenia w regionie Pax Ottomanica.

Wszystkie te czynniki powodują, iż z punktu widzenia utrzymania i rozszerzenia władzy wewnątrz państwa, mobilizacji elity i społeczeństwa, a także wypełnienia ideologicznych pryncypiów, działania takie, jak instrumentalizacja Daeszu i powietrzna egzekucja rosyjskiego pilota wydają się nie tylko dopuszczalne, ale jak najbardziej pożądane i wręcz wyczekane. Tym bardziej, że, jak pokazuje reakcja (tzn. brak reakcji) państw NATO, zachodnie demokracje mają na głowie ważniejsze rzeczy niż walka z terroryzmem i przestrzeganie międzynarodowego prawa. Tak oto Redżep Erdogan wszedł do historii jako autor pierwszej w dziejach podniebnej konfrontacji między NATO i Rosją. Ciekawe, czy ostatniej?

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Erdogan: użycie S-400 przeciwko tureckim myśliwcom będzie agresją
Erdogan oskarżył rząd al-Asada o kupno ropy naftowej od PI
Erdogan omówił z Putinem wizytę al-Asada w Moskwie
Do mediów trafiło zdjęcie i wypowiedź terrorysty strzelającego do dowódcy Su-24
Tagi:
zestrzelenie Su-24, Daesh (Państwo Islamskie), Recep Tayyip Erdogan, Turcja
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz