13:09 21 Listopad 2017
Warszawa+ 0°C
Moskwa+ 0°C
Na żywo
    Odcinek głównego gazociągu Gazociąg Północny w niemieckim mieście Lubmin

    Piana z gazu

    © Sputnik. Grigoriy Sisoev
    Opinie
    Krótki link
    Jakub Korejba
    132030783

    Polska poskarżyła się do niemieckich instancji sądowych na to, że Rosja i Niemcy chcą zarabiać pieniądze na handlu gazem. Nie zazdroszczę sędziom, którzy rozpatrywać dziś będą tę sprawę: niezwykle trudno jest bowiem orzekać o stanie duchowym czy kondycji emocjonalnej, które decydują o postrzeganiu świata zewnętrznego jako źródła strachu i zagrożeń.

    Bezpieczeństwo, w tym także bezpieczeństwo energetyczne ma dwa aspekty: obiektywny (brak zagrożenia) i subiektywny (brak poczucia zagrożenia). I w stosunkach międzynarodowych, tak samo jak w życiu, oba te aspekty nie zawsze korelują między sobą. W zależności od układu elementów obiektywnie istniejących i subiektywnie odczuwanych możliwe są trzy sytuacje: brak zagrożenia i brak poczucia, istnienie zagrożenia i brak poczucia (jak w Polsce przed Wrześniem 1939 roku) oraz brak zagrożenia i istnienie poczucia. Kwestia obaw przed rozszerzeniem Nord Streamu bez wątpienia należy do tej trzeciej kategorii.

    Budowa Nord Stream
    © Sputnik. Igor Zarembo
    Od co najmniej kilku pokoleń, zarówno polscy politycy, jak i komentatorzy mówią o rzekomym geopolitycznym przeklęciu Polski, która „zmuszona jest” bytować w sąsiedztwie Niemiec i Rosji znękana ciągłymi wizjami złowieszczego sojuszu między tymi mocarstwami.

    W tychże kategoriach postrzegane są także i wspólne projekty gospodarcze naszych wschodnich i zachodnich sąsiadów. Każdy kolejny krok do zacieśnienia między nimi współpracy wywołuje falę histerii i dyskusje o tym, iż przyjaźń Moskwy i Berlina jest „immanentnie” szkodliwa dla interesów Polski, a w długofalowej perspektywie zabójcza dla naszej suwerenności czy nawet niepodległego bytu.

    Problem polega na tym, iż Rosja, Niemcy i ich interesy są istotną częścią obiektywnie otaczającej nas rzeczywistości i ignorowanie ich (lub tym bardziej sabotowanie) zawsze przynosi nam skutki bardziej katastrofalne, niż rezultaty ich wzajemnych „knowań”. Jeżeli jednak spróbować wychwycić w działaniach naszych władz elementy inne niż emocjonalne, to podnoszenie szumu wokół bałtyckiej rury ma następujące cele:

    Na poziomie europejskim Polska stara się ostatecznie storpedować próby włączenia Rosji w jakiekolwiek formaty współpracy, opierając się na dogmacie, iż im mniej rosyjskiego komponentu w europejskiej polityce, gospodarce i kulturze tym lepiej. Jest to więc kurs ideologicznie umotywowany i nieliczące się z kosztami totalne izolowanie gracza, który jest niepożądany nie na podstawie tych czy innych postępków, ale z założenia.

    Na poziomie regionalnym, Polska stara się grać rolę lidera, co w istniejących okolicznościach automatycznie oznacza konieczność nie tylko niedopuszczenia do wzrostu, ale uszczuplenia wpływów Rosji i Niemiec, tak, aby wreszcie „coś tu od nas zależało”. I w tym kontekście storpedowanie (lub choćby jego próby) sztandarowego projektu rozpatrywane jest jako istotna propagandowa wygrana demonstrująca, iż Polska stała się niezależnym od mocarstw ośrodkiem podejmowania decyzji, których realizacja sięga dalej niż skrzyżowanie na którym Aleje Ujazdowskie przechodzą w Belwederską.

    I wreszcie na poziomie krajowym – w największym skrócie – podsycanie antyrosyjskich i antyniemieckich emocji było, jest i będzie skuteczną socjotechniką pozwalającą odwrócić uwagę społeczeństwa od spraw wewnętrznych i przy pomocy patriotycznego wzmożenia zmobilizować naród do konsolidacji wokół władzy rzekomo broniącej go od wrogów zewnętrznych.

    Szczyt Partnerstwa Wschodniego
    © REUTERS/ Guido Bergmann/Bundesregierung
    Podsumowując, należy zadać tradycyjne dla naszego kręgu kulturowego pytanie: co robić? Ponieważ w Polsce nie wie tego nikt, co widać po chaotycznych działaniach władz i przykrywającym pustkę koncepcyjną biciu piany przez ekspertów, odpowiedzią na nie powinno być zapożyczenie z kręgu kultury anglosaskiej. Jak mówią Amerykanie: if you can’t beat them – join them. Jeżeli nie możemy przeciwstawić się zacieśnieniu współpracy między państwami skazanymi na sojusz, a siłą historycznego zbiegu okoliczności (lub, w zależności od interpretacji siła tytanicznej woli i heroicznych zmagań narodu z tymi zbiegami) znajdujemy się między nimi, to jedynym racjonalnym z punktu widzenia naszych interesów wyjściem jest przyłączenie się do nich.

    Dokładnie tak, jak proponowali nam w 2002 roku, zanim ze złością na polski bałagan, brak decyzyjności i emocjonalność machnęli ręką i postanowili zakopać miliardy dolarów pod dnem Bałtyku, tylko po to, żeby kupić sobie pewność, iż nikt w krajach tranzytowych któregoś pięknego dnia nie postanowi w imię „imponderabiliów” rozerwać „osi Moskwa – Berlin”.

    Dlatego – głośno myślę, bo nie sądzę, iż w obecnej sytuacji polskie władze uznają to za korzystne, przeciwnie, wydaje się, iż prowokowanie awantur jest nie tylko środkiem, ale i celem samym w sobie, a Naczelnik Państwa znany jest przecież z zamiłowania do zarządzania chaosem –  zamiast podnosić jazgot w niemieckim sądzie, może warto byłoby przeznaczyć adwokackie honoraria na bilety lotnicze dla posłańców (lub po prostu przypiąć chorągiewki do beemek i pofatygować się na plac Smoleński i Werderscher Markt), którzy w ciszy berlińskich i moskiewskich gabinetów wyjaśniliby naszym sąsiadom o co nam chodzi i na jakich warunkach można się dogadać. Bo niezależnie od pozycji Polski, druga nitka Nord Stream i tak powstanie – wystarczy poczytać publikowane dawno temu i od nikogo nieskrywane niemieckie i rosyjskie dokumenty programowe dotyczące strategicznych kierunków rozwoju energetyki: pasują do siebie jak Bolek do Lolka i szczekanie polskiego Reksia nic w tej kwestii nie zmieni.

    Zobacz również:

    Polska naciska na gaz
    Tagi:
    Nord Stream, Nord Stream-2, Gazociąg Północny, Gazprom, Świnoujście, Szczecin, Hamburg, Niemcy, Rosja, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz