Warszawa+ 17°C
Moskwa+ 16°C
Na żywo
    Agnieszka Wołk-Łaniewska

    Doktryna szoku a la PiS

    © Zdjęcie : Igor Motowiłow
    Opinie
    Krótki link
    Agnieszka Wołk-Łaniewska
    698628

    Bezczelność działań nowej władzy PiS i skandaliczność jej wypowiedzi nie odbywa się „bez względu na opozycję", a wręcz przeciwnie: jest formą prowokacji, pracą na rzecz wyimpasowania takiego właśnie efektu. Permanentny lament opozycji może być na rękę władzy.

    Koniec roku — i początek nowej politycznej epoki — upłynął wielu Polakom pod znakiem szoku. Przyzwyczajeni do miękkiej bezczelności Platformy Obywatelskiej, która swoje akty zawłaszczania państwa przeprowadzała ze znaczną dbałością o pozory, przecieramy oczy ze zdumienia.

    Nie ma dnia, żeby władza PiS czymś nas nie zaskoczyła. Jak nie paraliżuje Trybunału Konstytucyjnego, gwałcąc przy tym konstytucję, to likwiduje służbę cywilną; jak nie przejmuje prokuratury, to ogłasza chęć podsłuchiwania wszystkich i wszędzie; jak prezes Kaczyński akurat nie napada „najgorszego sortu Polaków", to minister Macierewicz napada — po nocy — na polską placówkę NATO. Wśród krytyków nowych porządków rozpowszechnia się opinia, że Polską „rządzą osoby niezrównoważone". Czy aby na pewno?

    A może jednak — wbrew pozorom — w tym szaleństwie jest metoda?

    Być może bezczelność działań nowej władzy PiS i skandaliczność jej wypowiedzi nie odbywa się „bez względu na opozycję", a wręcz przeciwnie: jest formą prowokacji, pracą na rzecz wyimpasowania takiego właśnie efektu. Permanentny lament opozycji może być na rękę władzy. I to co najmniej w trzech wymiarach.

    Pierwszy jest prosty: im więcej wrzasku, tym mniej słuchaczy. Oczywiście, każdy poszczególny akt zawłaszczania Polski przez PiS jest oburzający i zasługuje na głębokie potępienie. Aliści do kupy stawiają one opozycję w pozycji żony pijaka: każda awantura ma swój powód, ale generalnie wychodzi na to, że baba jest jędzą i drze mordę bez przerwy.

    Jeśli po każdej inicjatywie i wypowiedzi nowej władzy opozycja biegnie do mediów rwać włosy z głowy, niezaangażowani po żadnej ze stron widzowie, tak zwana milcząca większość, myśli sobie: „a ci znowu to samo"… A przecież to właśnie o akceptację tej milczącej większości idzie walka: oddani pisowcy i antypisowcy są już tak okopani na swoich pozycjach, że nic nie zmieni ich opinii.

    Drugi wymiar korzyści władzy z opozycyjnej histerii jest taki, iż to zmęczenie „zwykłego człowieka" powoduje, że w powodzi mniejszych skandali łatwo ukryć większy. Jeśli codziennie jesteśmy bombardowani informacjami o takich czy innych nieprawidłowościach — przestajemy uważnie słuchać. I możemy przeoczyć wiadomość, która nas naprawdę dotyczy.

    To, co PiS zrobił z Trybunałem Konstytucyjnym jest oburzające z etycznego punktu widzenia, ale nie ma bezpośredniego wpływu na losy poszczególnych obywateli. Zyska go — kiedy władza zechce odebrać nam jakieś osobiste, gwarantowane konstytucją swobody i nie będzie instytucji, zdolnej  to zablokować. Ale — kto wie — być może wtedy, w powodzi innych afer, zwykli obywatele nie zwrócą na to uwagi?

    I wreszcie — po trzecie — ta otwarta wrogość między władzą i opozycją cementuje obóz władzy. To dość groteskowa wizja — partia, która ma na własność prezydenta, premiera, rząd, Sejm i senat raczej nie wygląda wiarygodnie w postaci „oblężonej twierdzy", ale najwyraźniej tak właśnie się czuje.

    Dlatego nawet ci aktywiści PiS, którzy z początku zdawali się niechętni polityce konfrontacji — jak choćby premier Szydło — dziś są gotowi dla partii (czytaj Prezesa) umierać i zabijać, bo atmosfera rzeczywiście sprzyja myśleniu z gatunku „my albo oni". Zręczne działanie Jarosława Kaczyńskiego na odcinku podkręcania atmosfery umacnia jego pozycję i niezłomną lojalność jego oddziałów.

    Co z tego wynika? W krótkiej perspektywie — nic dobrego. Trudno sobie wyobrazić jakieś pokojowe rozwiązanie tego konfliktu. PiS będzie rządzić tak, jak rządzi, do następnych wyborów —  zapewne przez cztery lata, bo przy stabilnej większości i własnym prezydencie trudno sobie wyobrazić powody do skrócenia kadencji. Następne wybory zaś zapewne przegra, bo arogancja, którą wykazuje z takim entuzjazmem, wcześniej czy później zacznie działać na nerwy tej milczącej większości, która w tym roku zagłosowała przeciwko Platformie.

    Czy jednak muszą to być lata stracone? Czy możemy wyciągnąć z nich jakąś korzyść?

    Tak — jeśli uczciwie poszukamy przyczyn obecnego nieszczęścia, czyli samodzielnego zwycięstwa PiS. A to oznacza poważną rozmowę o kształcie systemu, budowanego w Polsce przez ostatnie ćwierć wieku.

    KOD i jego sprzymierzeńcy wychodzą na ulice w obronie demokracji liberalnej — czyli takiej, w której rządy demokratycznie wybranej większości są ograniczone prawami mniejszości i kontrolowane przez niezależne instytucje. I ta obrona jest, z natury swojej, bezkrytyczna; w wielotysięcznych demonstracjach nie ma miejsca na subtelności.

    Jednak trzeba też odnotować, że ponad połowa wyborców poparła partie, obiecujące obalenie obecnego porządku — PiS, Kukiz i Korwin zdobyli w sumie 51,15 proc. głosów. To wskazuje, że nie wszyscy Polacy są obecnym kształtem demokracji zachwyceni. Zamiast podskakiwać u boku Giertycha, warto by było poszukać odpowiedzi na pytanie: dlaczego.

    Europejscy socjaliści, komuniści, marksiści i inni odszczepieńcy od dawna utyskują, iż demokracja liberalna stała się dyktaturą burżuazji — gdzie to, kto wygrywa wybory, tak naprawdę nie ma znaczenia, bo i tak każda władza realizuje interesy elit, głównie finansowych, kosztem społeczeństwa. Czy też — jak ujmował to Karol Marks — że powszechne wybory to prawo ludu do zdecydowania, kto spośród klasy rządzącej będzie nie reprezentować jego interesów w parlamencie.

    Historia III RP — gdzie „lewicowy" SLD obniżał podatki dla przedsiębiorców, a „solidarny" PiS zlikwidował próg podatkowy dla najbogatszych — zdaje się potwierdzać tę tezę.

    Szkielet Kaczora Donalda
    © Sputnik . Jewgienia Nowożenina
    Myślę sobie, że następne lata będą należeć do siły politycznej, która to dostrzeże i  będzie umiała wyartykułować. Która — zamiast uprawiać wspólny lament ze słusznie skądinąd oburzoną elitą —  będzie potrafiła czujnie i trafnie punktować nielojalności władzy wobec antyelitarnych wyborców.

    Nie tracę nadziei, że będzie to lewica.

    Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji

    Zobacz również:

    Komitet Obrony Demokracji jako reakcja na decyzje PiS i Dudy
    Polska: Znów nadejdzie Rok Siedemnasty
    Tagi:
    Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, SLD, Beata Szydło, Jarosław Kaczyński, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz