22:37 25 Wrzesień 2020
Opinie
Krótki link
Autor
3911413
Subskrybuj nas na

Polski wiceminister jedzie do Moskwy na spotkanie zapoznawcze. Wiele bym dał, żeby zobaczyć, co ma w teczce, bo ot tego, co Prezes kazał mu powiedzieć i na ile umiejętnie zdoła to zrobić, zależy nie tylko przyszłość stosunków polsko – rosyjskich ale powodzenie całej strategii zewnętrznej Kaczyńskiego.

Nowa władza w Polsce doskonale zdaje sobie sprawę, iż istniejące wokół naszego kraju realia geopolityczne, czasem określane jako „przekleństwo" położenia między Niemcami i Rosją zachowują swoją treść, niezależnie od zmieniających się form w rodzaju utworzenia UE czy rozpadu Imperium Rosyjskiego i dezintegracji ZSRR. Nowością w myśleniu o położeniu Polski jest jednak, pierwszy raz od ćwierć wieku jasno wyartykułowane na poziomie najwyższych władz przekonanie, iż w obecnej sytuacji, to nie (po inercji tradycyjnie uważana za potencjalnego agresora) Rosja stanowi zagrożenie dla naszych interesów. Od czasu transformacji ustrojowej, Polska bowiem sukcesywnie zwiększała swoją niezależność od wschodniego sąsiada, jednocześnie tracąc kolejne atrybuty suwerenności na rzecz przebranych w szaty międzynarodowych korporacji (które rzekomo nie mają narodowości) czy wspólnotowych (a więc działających, powtarzano nam, na rzecz i w interesach „całej Europy") Niemiec. W rezultacie, pod koniec rządów Tuska, który z kapitulacji wobec Berlina przewrotnie uczynił wartość samą w sobie i aksjomat polskiej polityki zagranicznej okazało się, iż ekonomicznie, finansowo, handlowo, strategicznie, ideologicznie i właściwie w każdej innej dziedzinie polityka Warszawy jest tylko funkcją interesów Berlina.

Sytuacja taka ma zapewne swoje plusy z punktu widzenia platformerskich luminarzy, którzy przez osiem lat pełnili nad Wisłą rolę kolonialnych sierżantów. Stanowiska dyrektorów państwowych przedsiębiorstw, posłów, ministrów czy nawet premiera były dla nich odskocznia do realizacji „prawdziwych" marzeń i ambicji w stolicach, które w ich mniemaniu są tego warte i wśród ludzi, którym zgodnie z ich systemem wartości nie wstyd podawać ręki. W tym kontekście, zarówno formalne jak i ciche przekazywanie kolejnych pełnomocnictw do Brukseli, zamykanie polskich stoczni i kopalń, przyjmowanie zarzynających naszą gospodarkę w imię niemieckiego dobrobytu dyrektyw, podwyższanie wieku emerytalnego czy grabienie składek były logicznymi krokami w imię „prawdziwego" interesu własnego i swojej wspólnoty, a, że prowadziły do moralnego i fizycznego wyniszczenia miejscowych aborygenów… Cóż, trawestując klasyka, która za taką właśnie działalność załapała się na tłustą komisarską synekurę: sorry, taką mamy elitę.

Tyle, ze nie całą. Bo przy wszystkich swoich wadach, Kaczyński i jego siermiężni pomagierzy w źle skrojonych garniturach mają z punktu widzenia zwykłych Polaków jedną istotna przewagę nad mówiąc z rosyjska, glamurną tusowką Tuska i jego postmodernistycznych metropolityków: nie mają żadnych, ale to absolutnie żadnych szans na jakąkolwiek karierę poza Polską, i dlatego, jeżeli chcą cokolwiek osiągnąć to muszą zrobić to tu, teraz i w interesach tych, którzy będą ich ewentualnie wybierać w następnych wyborach. A pierwszym krokiem do tego jest odebranie Berlinowi i Brukseli prawa decydowania o tym, jak ma wyglądać życie kolonialnych dzikusów w Priwislinskom Kraju, za który mają nas towarzysze Juncker, Schulz i reszta europejskich übermenszów, nie wyłączając niestety chyba także i „prezydenta Europy".

Kaczyński i jego ludzie wiedzą, że bez odbudowania suwerenności Polski, nie mają szansy utrzymania się przy władzy: ich, w odróżnieniu od Tuska czy Petru nikt nie naznaczy tu namiestnikami Eurorzeszy. Muszą więc, od pierwszego dnia rządów walczyć o możliwość wcielenia w życie każdej ustawy czy rozporządzenia, przy czym nie tylko z tracącymi władze niemieckimi bankierami i przemysłowcami, ale także i z wychowaną na ich grantach miejscową kreolską „elitą" w spółkach, ministerstwach, gazetach i partiach.

Cymes polega na tym, iż otwierając walkę od razu na kilku frontach: berlińskim, brukselskim i wewnętrznym, Sanator z Żoliborza potrzebuje spokoju na Wschodzie. I dlatego nie ma wyjścia i musi wyciszyć własne i swoich przybocznych kompleksy, sentymenty i stereotypy (co zresztą już ma miejsce: kto słyszał, żeby od wyborów, którykolwiek pisowiec choć raz napluł na Rosję?) i dojść z Moskwą do porozumienia na poziomie, który da mu czas i wytchnienie do walki na innych frontach wojny o polską suwerenność.

I po to właśnie Marek Ziółkowski (swoją drogą, człowiek, który jak mało kto na Szucha zna poradziecki Wschód — to właśnie on powinien już dawno być ambasadorem w Moskwie, a zesłanie go przez Sikorskiego do Afryki było po prostu godzącym w interesy narodowe aktem niegospodarności zasobami ludzkimi) jedzie na plac Smoleński. Jego zadaniem nie jest udowadnianie Moskwie, iż Kaczyński nagle pokochał Rosję i przyznawanie się w miłości, tylko przedstawienie bardzo konkretnej, do bólu realistycznej koncepcji kompromisu: propozycja oparcia stosunków nie na gestach, deklaracjach, emocjach czy ideologii, ale na pragmatycznym podejściu do tego, jakie korzyści można odnieść i, co może ważniejsze, jakich strat można uniknąć w takiej, a nie innej sytuacji, która złożyła się między naszymi krajami.

Paradoksalnie, właśnie złożenie Rosjanom konkretnej, pragmatycznej propozycji może pchnąć całość naszych znajdujących się w impasie stosunków do przodu. Odnoszę bowiem ostatnio wrażenie, iż w swojej przewrotności, historia sprawiła, iż kierownictwo Polski i Rosji nadaje dziś na bardzo podobnych falach i wyznaje bliskie wartości. Oczywiście, ani Ziółkowski, ani Titow nie powiedzą tego publicznie na konferencji prasowej. Mam jednak wielką nadzieję, iż, kiedy siądą tête-à-tête, spojrzą sobie w oczy i rozpoczną rozmowę, to znajdą w sobie partnerów na miarę przełomu, którego tak bardzo potrzebują oba nasze zmęczone wzajemną szarpaniną narody.    

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Nowa akcja PiS: prawda o Polsce w sponsorowanych artykułach w zachodnich mediach
Ekspert: Klucz od polsko-rosyjskich stosunków leży w zmianie „kursu na zemstę”
Stratfor: za 10 lat Polska silniejsza i bardziej wpływowa niż Niemcy
Tagi:
Marek Ziółkowski, Jarosław Kaczyński, Donald Tusk, Bruksela, Berlin, ZSRR, Europa, Niemcy, Rosja, Moskwa, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz