06:24 09 Grudzień 2019
Premier Węgier Viktor Orban i prezydent Rosji Władimir Putin

Moskiewski pogrzeb Wyszehradu

© Sputnik . Aleksey Nikolskyi
Opinie
Krótki link
Autor
511232
Subskrybuj nas na

Wiktor Orban pojechał do Moskwy bo wie, iż tam jest prawdziwa władza, prawdziwe pieniądze i prawdziwy prestiż. Jego wizyta to nie tylko spektakularny gest Kozakiewicza w stronę Brukseli ale przejaw głębszych przemian w geopolitycznej orientacji Europy Wschodniej.

Trudno powiedzieć w jakim stopniu na zachowanie premiera Węgier wpływa aspekt psychologiczny i czysto ludzki wymiar emocjonalny. Wszak, trudno oczekiwać od człowieka, iż poniżany, wyzywany, szykanowany i represjonowany finansowo (zarówno w wymiarze osobistym, jak i co gorsza narodowym) przez kolegów z rzekomo najbardziej eleganckiego i cywilizowanego klubu państw na świecie, odruchowo szuka partnerów, którzy nie mieszają się do spraw wewnętrznych jego państwa i nie mówią jego narodowi jak ma głosować, żeby zasłużyć na uśmiechy i poklepywania po ramieniu.

Czysto po ludzku, zarówno Orbanowi, jak i stojącej za nim murem większości Węgrów z pewnością jest przyjemnie, kiedy prezydent Rosji nie tylko wykłada na stół lukratywne kontrakty, daje zniżkę na gaz i niedrogo sprzedaje dobrą broń, ale ma także parę ciepłych słów na temat przyjaźni obu państw, wspólnoty wartości i dobrych perspektyw współpracy. Każdemu chce się być prymusem i Orban nie jest tu wyjątkiem — sam, wbrew opozycji wewnętrznej i zewnętrznej doprowadził do tego, iż w tradycyjnie rusofobicznym regionie ma on dziś najlepsze stosunki z Moskwą i musiałby zamienić się na rozum z…którymś z polskich polityków, aby nie skorzystać z wypracowanej przez lata unikalnej pozycji.

Tym bardziej, iż wszystko wskazuje na to, że obdarzony fenomenalną intuicją polityczną premier Węgier dobrze czuje nie tylko nastroje we własnym narodzie, ale także powoli następującą bardziej głeboką zmianę geopolitycznych trendów w regionie i całej Europie. Oprócz trudnych do uchwycenia i zmierzenia czynników osobistych, Orban miał dla wizyty w Moskwie bardzo konkretne powody:

Ekonomiczny. I nie chodzi tylko o dziesięć miliardów euro, które na absolutnie nieosiągalnych na Zachodzie warunkach pożyczy Węgrom Rosja. Orban długo dobijał się tych pieniędzy w różnych międzynarodowych instytucjach i nie dano mu ich nie tylko dlatego, że państwa zachodnie mają coraz mniej gotówki i coraz więcej własnych problemów, ale dlatego, iż nikt nie jest zainteresowany budowaniem przez Budapeszt samodzielnych mocy energetycznych — nie po to przez ćwierć wieku w pocie czoła zamykano w Europie Wschodniej wszelkie konkurencyjne wobec Zachodu zakłady, aby teraz pozwolić jednemu z państw na suwerenność w tak kluczowej sferze jak energetyka.

Proszę spojrzeć na elektrownię w Paksie z punktu widzenia przemysłowców z Zagłębia Ruhry i Lotaryngii: przecież to tylko pierwszy klocek domina, który pociągnie za sobą kolejne: uniezależnienie od zachodnich koncernów energetycznych, przejęcie regulowania dostaw i cen energii przez rząd w Budapeszcie, który będzie mógł sobie dotować narodowych wytwórców i na przykład zbudować fabryki konkurencyjne wobec francuskich i niemieckich i w efekcie reindustrializacja Węgier, co w połączeniu z niższymi kosztami pracy i większą innowacyjnością doprowadzi na przykład do tego, że kupno Ikarusa będzie bardziej opłacalne niż Mercedesa. Zgroza, prawda?

Geopolityczny. Rosja była, jest i będzie częścią europejskiej układanki niezależnie od tego kto i z jakimi poglądami rządził będzie na Kremlu. Ignorowanie tego faktu, wbrew elementarnej logice i zdrowemu rozsądkowi wcale nie takie rzadkie wśród „oświeconych" elit Europy i prowadzi do wydarzeń takich jak Rozbiory Polski czy Wrzesień 1939 roku. Z punktu widzenia Wiktora Orbana, którego być może nie pojąć naszym rozkochanym w taniej bohaterszczyźnie (kończącej się na moście w Zaleszczykach) sarmackim przywódcom, prowadzenie polityki antagonizującej wielkie, bogate i wpływowe mocarstwo w imię sprzedawanego nam przez kijowskich cwaniaczków mirażu wpływów na Ukrainie jest nie tylko absurdem, ale zdradą interesów narodowych. Po to Węgrzy wybrali go premierem, aby państwo stało się bogatsze, bezpieczniejsze i silniejsze, a to nie jest możliwe bez dobrych stosunków z bogatymi, groźnymi i silnymi.

Ideologiczny. Jest coraz bardziej oczywiste, iż podczas naszego życia przyjdzie nam przeżyć krach projektu europejskiego w formie hołubionej przez ostatnie ćwierćwiecze przez nakręcaną franko — germańskimi pieniędzmi europejską propagandę i omamione jej działaniem elity. Rozpad UE i okres przejściowy przed zbudowaniem jakiejś nowej formy współpracy (w świecie globalnym powrót do państw narodowych w ich klasycznej postaci wydaje się w Europie niemożliwy) związany będzie nie tylko z gigantycznymi kosztami finansowymi, kryzysem bezpieczeństwa, a może i wojnami, ale także z kryzysem wartości: nagle okaże się (w wielu krajach i sferach już się okazało), iż bożek integracji europejskiej, którego lepili nam fałszywi prorocy z Brukseli oraz miejscowi faryzeusze i uczeni w PISMie nie tylko nie dał nam zbawienia, ale wywiódł na straszliwe manowce. I aby pozbierać się po tej traumie, nie stracić państwa i narodu, potrzebni będą wodzowie. Jeśli nie staną się nimi umiarkowani eurorealiści tacy jak Putin i Orban, to w kolejce już czekają chętni spod brunatnych, czerwonych i zielonych sztandarów, których aż ręce świerzbią, żeby wziąć w nie władze nad Europą.

Niemal jednoczesny szczyt państw V4 w Pradze i wizyta Orbana w Moskwie dobitnie pokazują, iż stworzony ćwierć wieku temu format konsultacji państw naszego regionu wyczerpał swoją formułę — węgierski premier bez ceregieli dał do zrozumienia to, co wiedzą wszyscy, czyli, że ani UE ani tym bardziej V4 nie mają odpowiedzi na nurtujące jego i jego wyborców pytania — wysłuchawszy napuszonej gadaniny środkowoeuropejskich kolegów wsiadł w samolot i poleciał tam, gdzie załatwia się realne sprawy czyli do Moskwy. Spotkania Grupy Wyszehradzkiej nie są warte paliwa lotniczego zużytego w celu ich odbycia: ta grupa nie posiada żadnego pozytywnego porządku dziennego i służy tylko do konstatacji faktu, iż wszystkie zgnojone do roli wewnętrznej peryferii UE państwa członkowskie mają podobne problemy i nikt nie wie jak je rozwiązać.

Nikt, oprócz Orbana, który jako jedyny powiedział głośno to, co wszyscy inni szepczą sobie w kuluarach: europejski król jest nagi — nie odzienie, nie nakarmi i nie da schronienia. Bruksela jako Czwarty Rzym wali się w gruzy i dlatego trzeba jak najszybciej dogadać się z Trzecim.

Poglądy wyrażone w artykule są prywatnymi opiniami autora i mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Orban: UE nie może pozwolić sobie na to, by nie współpracować z "dynamitem gospodarki"
Orban: bez Rosji węgierski przemysł jest ubezwłasnowolniony
Orban: Węgry wybudują szpital w Syrii
Tagi:
elektrownia atomowa, Unia Europejska, Viktor Orban, Władimir Putin, Paks, Europa Wschodnia, Węgry, Rosja, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz