Widgets Magazine
16:25 15 Wrzesień 2019
Plac Zamkowy w Warszawie

Jakby ktoś do duszy napaskudził

© Zdjęcie: Dennis Jarvis
Opinie
Krótki link
Autor Justyna Samolińska
27487
Subskrybuj nas na

Hajnówka. Kontrast pomiędzy miejscowymi - starszymi ludźmi z prowincji, a miejską młodzieżą z marszu jest uderzający i oczywisty. Przez myśl przemyka mi frazes o "młodych wykształconych z dużych ośrodków", tak absurdalny w tych okolicznościach.

Polska
© Sputnik . Filip Klimashevsky
Hajnówka wita dużym, nieczynnym dworcem kolejowym. Z Warszawy jest tylko jedno połączenie dziennie. Wokół dworca nie ma ani jednego kiosku czy sklepu, nie mówiąc o kawiarni. Idąc w stronę miasta mija się szereg zaniedbanych pawilonów, niektóre działają — światło świeci się u szewca, ale lumpeks i fryzjer straszą wyblakłymi szyldami, za brudną szybą widać mocno przykurzone sztuczne kwiaty. Budyneczki są pomazane, wszędzie podpisy, koślawe rysunki. Żadnej swastyki, napisu "white power". Przez trzy dni chodzenia po Hajnówce nigdzie nie widzę podobnych symboli. Hajnowszczanie kibicują Jagielloni Białystok, najbardziej bodaj powiązanym z nacjonalizmem i rasizmem klubem w Polsce, obok jej nazwy na murze nie rysują jednak krzyży celtyckich. Widać "Narodowa Hajnówka", współorganizator I Hajnowskiego Marszu Żołnierzy Wyklętych, nie jest tak prężną organizacją, za jaką pragnie uchodzić w mediach społecznościowych.

Żyjemy razem

Powiat hajnowski jest powiatem o najniższym przyroście naturalnym w Polsce, zjawisko to dotyczy też samej Hajnówki. W tej chwili mieszka tu 21 tys. ludzi, jednak liczba ta stale się zmniejsza — nowi hajnowianie się nie rodzą, starzy umierają, a młodzi uciekają.

— Z mojej klasy w liceum została jedna dziewczyna, jej matka ma tu firmę — mówi Maciek, 24 lata, mieszka w Warszawie. Jest z katolickiej rodziny, ale uczył się w liceum białoruskim. Jego mama, Anna, uczy w gimnazjum i, jak twierdzi, jej nauczycielska pensja to w Hajnówce niezłe kokosy.

— Nie dziwię się dzieciom, że wyjeżdżają. Żeby dostać pracę w urzędzie, trzeba mieć mocne plecy, dobre układy. Zakładów większość poupadała, no to gdzie iść? Do handlu albo na kelnerkę za 1000 zł? I też niewiele się tu dzieje, bardzo kiepsko jest z kulturą. Fatalny jest transport, sama pani wie pewnie, skoro tu pani pociągiem przyjechała — wzdycha.

Według spisu powszechnego z 2011 roku 26 proc. mieszkańców Hajnówki określa się jako Białorusini. Nie oddaje to jednak w żaden sposób występującego podziału, dla którego znacznie ważniejsza jest kwestia religijna niż narodowa — prawosławni stanowią ok. ¾ mieszkańców. — Na 20 dzieci w klasie troje chodzi na katechezę — mówi pani Anna. — Prawosławnych jest w mieście więcej, mają więcej stanowisk, są silniejsi. Jak się coś w mieście dzieje, to białoruskiego najczęściej. Nie dlatego, że jakoś nas jakoś dyskryminują, wykluczają, nie, są bardzo solidarni wobec siebie po prostu. U nas to — jak pani zresztą pewnie świetnie wie, jeden tylko drugiego gryzie, dokucza. A oni się potrafią zawsze ze sobą dogadać. Pytam, czy są jakieś napięcia pomiędzy katolikami a prawosławnymi. — Wie pani, w każdym mieście są jakieś napięcia. U nas są te różnice narodowe, wyznaniowe, zdarza się, że na poziomie miejskim, walki o wpływy jakieś, o pieniądze, takie napięcia się pojawiają. Ale między ludźmi nie. Ja mam wszystkie przyjaciółki prawosławne, koleżanki w szkole tak samo. I nigdy mnie nic nie spotkało niemiłego z ich strony, nigdy nie słyszałam, żeby ktoś się czuł jakoś szkalowany, źle traktowany, bo jest katolikiem. To nas tu jest mniej. Święta to się u nas obchodzi dwa razy — raz swoje, a raz się idzie do koleżanki najeść się ciasta i kawy napić.

Pani Annie nie podoba się marsz Żołnierzy Wyklętych. — Ja się nie interesuje polityką, historią. Nigdy wcześniej o "Burym" nie słyszałam. Ale nie rozumiem, po co to robić? Po co ferment siać? Przyjeżdżają do nas z innych miast te łyse chłopaki, nagle jesteśmy we wszystkich wiadomościach. Oni sobie pojadą, a my, wie pani, my tu zostajemy i musimy żyć ze sobą — mówi. Nie wierzy jednak, że może to wzbudzić realne niepokoje społeczne. — Tyle jest mieszanych małżeństw, tyle przyjaźni. Szanujemy się wzajemnie. Nie sądzę, żeby dało się nas skłócić.

Banda wyklęta

Zakład karny w Nowosybirsku
© Sputnik . Aleksander Kriażew
Dzień Żołnierzy Wyklętych — zbrojnych, biorących udział w walkach z UB, NKWD i milicją obywatelską po zakończeniu II wojny światowej — został uznany za święto narodowe w 2011 roku i natychmiast przechwycony przez środowiska nacjonalistyczne. W tym roku, ze względu na sympatie nacjonalistyczne nowej władzy, obchody są wyjątkowo huczne. Na sztandarach, obok Pileckiego, powiewają wizerunki Józefa "Ognia" Kurasia czy Edwarda "Żelaznego" Taraszkiewicza — bandytów, odpowiedzialnych za masowe pogromy ludności żydowskiej na Podkarpaciu i Lubelszyczyźnie. Pierwszy raz demonstracja odbywa się też w Hajnówce, gdzie czczono pamięć kapitana Romualda Rajsa, "Burego", odpowiedzialnego za pacyfikację wsi białoruskich.

Białorusini nie mogli liczyć na ochronę nowej władzy; działania „Burego" świetnie zgrywały się bowiem z planami ZSRR i Rządu Jedności Narodowej. We władzach powiatu zasiadali wówczas niemal wyłącznie Polacy, stanowili też oni znaczną większość lokalnych struktur PPR, a Białorusini nie byli w nich dobrze widziani. PRL miał być krajem jednorodnym etnicznie, ludność białoruska była "zachęcana" do upuszczenia swoich domów; silnie związani z ziemią i miejscem zamieszkania chłopi nie chcieli jednak wyjeżdżać. Idea "Polski dla Polaków" bliska była także narodowemu podziemiu antykomunistycznemu, bezbronni wieśniacy stanowili też łatwy cel grabieży — pod koniec wojny, a także po jej zakończeniu, byli akowcy i członkowie Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, do którego należał Rajs, regularnie napadali wsie, kradnąc jedzenie, odzież i alkohol. Płonące chaty i stodoły były zbyt dobrym narzędziem mobilizującym, żeby milicja miała „Buremu" przeszkadzać. Biedna, ciężko dotknięta II wojną światową wieś białoruska doświadczała więc podwójnej opresji — zarówno nowe władze jak i walcząca z nimi partyzantka próbowała wmówić im, że jej mieszkańcy nie są u siebie.

Do największych zbrodni "Burego" doszło na przełomie stycznia i lutego 1946 r. 28 stycznia oddział Rajsa porwał ponad 30 furmanów wraz z wozami z Łozic i innych miejscowości. W ciągu kilku następnych dni doszło do pacyfikacji okalających Hajnówkę wsi — Zaleszan, Końcowizny, Szpaków, Wólki Wygonowskiej i Zań, a ci furmani, którzy nie potrafili się przeżegnać po katolicku — zostali zamordowani, część z nich zastrzelono, resztę zabito obuchami siekier. W sumie z rąk partyzantów zginęło 79 osób, w tym dzieci, kobiety i starcy. Wiele innych zostało rannych, a mieszkańcy wsi stracili cały swój dobytek i dach nad głową w środku ostrej podlaskiej zimy.

Rajs został stracony w 1949 roku po pokazowym procesie, władza ludowa, która nie była skłonna do ochrony bezbronnych chłopów, wykorzystała pacyfikację wsi do uzasadnienia kary śmierci dla Rasja. Wyrok został uchylony w 1995 r., sąd uznał wówczas, że kapitan działał w sytuacji "stanu wyższej konieczności, zmuszającego do podejmowania działań nie zawsze jednoznacznych etycznie." Jednak w 2005 roku Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu orzekła, że pacyfikacja wsi zimą 1946 roku wypełnia znamiona ludobójstwa.

Rodzina Romualda Rajsa otrzymała w III RP odszkodowanie od państwa. Rodziny pomordowanych prawosławnych mieszkańców Zań czy Zaleszan — nigdy.

Ciąg dalszy nastąpi.
Justyna Samolińska, polska publicystka, gazeta internetowa strajk.eu

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy medialnej
Waszczykowski: Najwięcej obaw budzi Rosja
Nauki ze Swiridowa: „bezpieczeństwo jest najważniejsze”
Między Waszczykowskim i Fellinim
Waszczykowski: Rosja ... państwem leżącym za Ukrainą
Tagi:
II wojna światowa, Żołnierze wyklęci, PRL, Hajnówka, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz