22:36 15 Listopad 2018
Na żywo
    Donald Tusk

    KRYM ma się DOBRZE

    © AP Photo / Alik Keplicz
    Opinie
    Krótki link
    Marceli Szpaczyński
    462275

    Czy ktoś pamięta, jak dwa lata temu Krym wracał do Rosji? Ja wiem, że to niewłaściwie, z punktu widzenia Europejczyka, sformułowane pytanie. Powinienem napisać „okupacja Krymu" albo „aneksja". To określenia używane na europejskich salonach, dające przepustkę do wielkiego świata i szanowanego towarzystwa.

    A powrót Krymu… cóż, może i prawda, ale w tej sprawie na prawdzie raczej nikomu nie zależy.

    Krym, Chersonez Taurydzki
    © Sputnik . Vladimir Astapkovich
    Wróćmy jednak do kwestii pamięci wydarzeń sprzed dwóch lat. Z dzisiejszego punktu widzenia mogę się tylko lekko uśmiechać, wspominając reakcje polskich mediów. To było takie pomieszanie obaw i nadziei. Obaw, bo przez dłuższy czas nie wiadomo było co to za „zielone ludziki" i co zrobią za chwilę: czy zatrzymają się na chwile na półwyspie czy może pójdą dalej, aż na Kijów, co nie wydawało się niemożliwe. A jak pójdą na Kijów, to jednak wojna. A jak wojna, to mogło okazać się, że może i dotknąć Polski. A jak dotknie Polski, to może trzeba będzie w konflikcie zbrojnym uczestniczyć, skoro tak gromko zapowiadaliśmy, że Ukrainy nie porzucimy w biedzie. A gadać to jedno, ale wdrażać słowa w rzeczywistość, szczególnie kiedy może być nieprzyjemna, to zupełnie co innego. Odwaga tak, ale bez przesady.

    Nadzieja zaś miała zupełnie obrzydliwy charakter. Przyznajmy sami przed sobą, to była nadzieja na krwawy konflikt na Krymie. Że oto deptana ludność z miłości do Ukrainy chwyci za broń i zacznie się w Symferopolu i okolicach krwawa jatka. Jakże miło byłoby wtedy obserwować, jaki problem ma Rosja, jak walczy Ukraina i jak spełnia się marzenie polskich rusofobów — Rosja na długie lata, a może i na zawsze odepchnięta zostanie od Europy czyli cywilizowanego świata, jak lubimy o sobie myśleć.

    I nic z tych oczekiwań nie wyszło.

    Płac Niepodległości w Kijowie
    © Sputnik . Andrej Stenin
    „Zielone ludziki" zwane też grzecznymi uczestniczyły w starannie zaplanowanej i doskonale przygotowanej operacji wojskowo-politycznej. Weszli nie tam, gdzie trzeba było siłą łamać opór zbrojny czy jakikolwiek inny, ale tam, gdzie na nich czekano i witano jak zbawców. Tak, to było chyba jedno z największych zachodnich rozczarowań. Nikt nie rzucił kamieniem, butelką z benzyną, nikt nie strzelił. Mieszkańcy Krymu witali ich, jeśli nie z kwiatami, to z radością. I ulgą.

    Bo się bali Kijowa czy raczej tej budzącej się w nim skrajnie nacjonalistycznej fali. Co oni potrafią, pokazali już na samym Majdanie, podczas ataku na autokary koło Korsunia, bijąc ludzi na marszach ku czci dywizji SS Galizien. Zresztą, nie trzeba było czekać na konkrety, wystarczyło poczytać teoretyczne dokumenty ugrupowań, które nacjonalistyczną strukturę tworzyły: Dmytro Doncowa, program partii Swoboda, spis celów organizacji „Biały Młot", popatrzeć na portrety Stepana Bandery czy wreszcie posłuchać, co deputowani mieli do powiedzenia, kiedy dyskutowali nad projektem ustawy zakazującej używania języka rosyjskiego na Ukrainie.

    I kiedy ze strony Prawego Sektora padały obietnice, że pojadą do Symferopola „pociągi przyjaźni" pełne pasażerów z bejsbolami i bronią, mieszkańcy Krymu mieli pełne prawo oczekiwać, że to nie są czcze pogróżki. I dokonali swojego wyboru.

    Kiedy już stało się jasne, kim są i z czyjego rozkazu pojawiły się na Krymie „zielone ludziki" i kiedy stało się zupełnie jasne, że nie poleje się tam krew, a na podstawie referendum Rosja podjęła decyzję o włączeniu w swoje granice Krymu i Sewastopola, polskie media oszalały.

    Czego tam nie było: że Rosja udławi się Krymem, a konieczność gigantycznych inwestycji rozwali rosyjską gospodarkę (ciekawe, kto doprowadził Krym do tak dramatycznego stanu, że potrzeba było „gigantycznych inwestycji"). Że lada dzień należy, a nawet trzeba oczekiwać tam krwawego powstania gnębionej przez rosyjskie wojska okupacyjne ludności tatarskiej i ukraińskiej. Że w ciągu najbliższych jeśli nie tygodni, to miesięcy, kiedy w sklepach zabraknie towarów, a ceny poszybują na niebotyczne wysokości, nawet ci, którzy chcieli przyjścia Rosjan, zwrócą się przeciwko nim.

    Nic się takiego nie stało.

    Na Krymie z pewnością jest mnóstwo trudności. Moi znajomi informują mnie, że dolegliwości spowodowane wyłączeniami prądu (po ukraińskiej stronie wysadzono słupy linii przesyłowych) są odczuwalne, a część urzędników administracji uważa, że wciąż można kraść jak dawniej tylko pod nową władzą. Nie jest łatwo pokonywać biurokratyczne przeszkody, których namnożyło się nagle wiele. Tępi urzędnicy doprowadzają do szału, bo skoro miało być pięknie, to człowiek oczekuje, że stanie się to zaraz. Ale żaden z moich znajomych, sarkający na „ruskie porządki", nawet przez chwilę nie waha się, kiedy go pytam, czy chciałby wrócić na Ukrainę. Wszyscy co do jednego chcą pozostać w składzie Federacji Rosyjskiej. Bo tam, jak powiedział mi jeden z moich rozmówców, mają luksus, że mogą wściekać się, psioczyć i przeklinać publicznie nawet Putina i nikt im za to nic nie zrobi. Przeciwnie niż na Ukrainie. Zresztą nikt nie stawia żadnych przeszkód tym, którzy chcieliby przenieść się na terytorium Ukrainy wraz z całym dobytkiem. Tylko kolejek na granicy nie widać.

    Walonki z symbolami Rosji
    © Sputnik . Aleksej Daniczew
    Świat, Europa i Polska mają problem z Krymem. Może jego przyłączenie do Rosji było nieładne, ale po zdemolowaniu Jugosławii, zniszczeniu Bliskiego Wschodu i totalnym chaosie uchodźców, nie jest łatwo zarzucać Rosji naruszanie prawa międzynarodowego, skoro USA, NATO i Unia łamały go wielokrotnie.

    Minęły dwa lata i nic się nie dzieje. Rosja istnieje i ma się nienajgorzej. Krym też czuje się dobrze jako jej integralna część. Trzeba będzie prędzej czy później przyjąć do wiadomości, że tak już zostanie.

    Marceli Szpaczyński, polski publicysta, Warszawa

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Między Waszczykowskim i Fellinim
    List otwarty do BBN: Aresztujcie nas teraz!
    Rusofobia daje radość z życia
    Waszczykowski: Rosja nie rozumie, czym jest NATO
    Spotkanie Waszczykowski-Andriejew: klucze są w drugiej kieszeni
    Warszawa: Klincz rusofobii
    Waszczykowski: Rosja ... państwem leżącym za Ukrainą
    Tagi:
    Symferopol, Sewastopol, Swoboda, Prawy Sektor, NATO, Bliski Wschód, UE, Krym, Europa, USA, Rosja, Ukraina, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz