10:43 25 Listopad 2017
Warszawa+ 6°C
Moskwa-6°C
Na żywo
    Jarosław Kaczyński

    Siwy jedzie do Mińska

    © AP Photo/ Alik Keplicz
    Opinie
    Krótki link
    Jakub Korejba
    4054961095

    Polski rząd rozpoczyna grę o Białoruś. Z jego strony stawką jest kardynalna zmiana orientacji tego kraju ale weteran geopolitycznych gier Aleksander Łukaszenka patrzy na warszawskich polityków jak na błądzące we mgle dzieci, które nie wyszły jeszcze z piaskownicy.

    Gdybym był Jarosławek Kaczyńskim, to imieniu polskiego rządu, ściskać rękę Łukaszence pojechałby nie Witold Waszczykowski ale Konstanty książę Radziwiłł. Z woli prezydenta Białorusi, nieświescy ordynaci (a przez nich także i inne gałęzie rodu, w tym także o ta, z której wywodzi się polski minister) są bowiem częścią oficjalnej polityki historycznej kraju — polityki, która w Europie Wschodniej nie ma sobie równych w dziedzinie pomysłowości, pluralizmu i skuteczności — jej najlepszym ucieleśnieniem jest jeden z wyznaczających standardy tożsamości międzynarodowej nowych pomników w Brześciu, na którym obok siebie stoją litewscy książęta, polescy chłopi, polscy arystokraci i radzieccy żołnierze.

    Briefing rzeczniczki rosyjskiego MSZ Marii Zacharowej
    © Sputnik. Walerij Melnikow
    W skrócie, sednem strategii budowy poczucia tożsamości narodowej na Białorusi jest to, że każdy wybitny, lub choćby trochę znany człowiek, który urodził się na jej terytorium uważany jest za Białorusina i (co dla wychowanych na małomiasteczkowym sentymentalizmie współczesnych Polaków na wyścigi wykluczających się pod byle pretekstem z polskości jest rzeczą chyba niebywałą) jako takiemu należy mu się cześć, chwała i pamięć, bez dzielenia włosa na czworo w kwestii tego jaka krew płynęła w jego żyłach, jakim językiem mówił i do jakiej partii należał. Dlatego właśnie bohaterami narodowymi współczesnej Białorusi są na równych prawach Kościuszko, Mickiewicz, Ogiński, Orzeszkowa, Dzierżyński czy właśnie kniaziowie z Miru i Ołyki. Dla Łukaszenki żywy i „nastojaszczy" Radziwiłł byłby więc jak Anna Andersówna dla Kaczyńskiego — nie tylko elementem mitologizacji i legitymizacji własnej władzy ale także umacniania ideologiczno — symbolicznych podstaw państwowości.

    I nie chodzi tu tylko o puste gesty, ale o dobry grunt pod całkiem realne interesy, ponieważ korzystna atmosfera w stosunkach z Białorusią jest nam w tej chwili wyjątkowo potrzebna — stosunki ze wschodnim sąsiadem są bowiem jedną z niewielu realnie ważnych dziedzin, których naszej dyplomacji jeszcze nie udało się zepsuć. Białoruś ma nam naprawdę sporo do zaoferowania — w Mińsku leżą pieczołowicie chronione materialne i niematerialne dobra, które dostaną się temu, kto będzie chciał i umiał szczerze zrozumieć interesy tego państwa, potrzeby jego mieszkańców i wolę prezydenta.

    Problem polega na tym, iż obecna wizyta nie jest wyrazem tego zrozumienia, fundamentalnej zmiany polskiego patrzenia na partnerów ze Wschodu, ale przejawem całkowicie instrumentalnego traktowania kawałka terytorium między Brześciem i Orszą. Wygląda na to, iż na Szucha, zamiast przysiąść do odrabiania lekcji nieudanych inicjatyw poprzednich rządów, postanowili zamknąć się w stereotypach, powielić schematy i wpaść w te same, prowadzące donikąd koleiny stawiając cele niemożliwe do realizacji.

    Po pierwsze, cel krótkoterminowy — demonstracja mocy i efektywności polskiej dyplomacji. Przed planowanym jako najważniejsze międzynarodowe wydarzenie tej kadencji rządu i prezydenta szczytem NATO, polska dyplomacja na gwałt potrzebuje jakiegokolwiek sukcesu, którym można by pochwalić się przed dostojnymi gośćmi udowadniając, że potrafimy nie tylko skarżyć się na sąsiadów, uprzednio psując z nimi stosunki i żebrać o pomoc wobec zagrożeń, które sami stworzyliśmy, ale także wziąć sprawy w swoje ręce i w jakikolwiek wymierny sposób (odnosząc zwycięstwa realne, a nie moralne, w których celujemy) wpłynąć na rzeczywistość międzynarodową.

    Po drugie, cel średnioterminowy — wykorzystanie Białorusi jako zamiennika i pośrednika popsutych stosunków z Rosją. Ponieważ z jednej strony Polska konsekwentnie utrzymuje linię na izolację Rosji od Europy, wykorzystując do tego aktywną stymulację kryzysu ukraińskiego i związanych z nim sankcji, a z drugiej rosyjski rynek zapewnia pracę i dochód dziesiątkom tysięcy ludzi (ergo wyborców), potrzebuje pasera, który za odpowiedną opłatą zalegalizuje interesy prowadzone w świetle istniejących ograniczeń nielegalnie. Jako, że jak najdłuższe utrzymanie sankcji wobec Rosji stało się elementem polskiej racji stanu, Waszczykowski będzie prawdopodobnie starał się przekonać Łukszaenkę, iż legalizowanie i obsługiwanie polskiego i szerzej, europejskiego, handlu z Rosją będzie dla niego świetnym interesem.

    Po trzecie cel długoterminowy — realizacja dawnych marzeń i niespełnionych geopolitycznych wizji. Polska dyplomacja, uznając chwilowe gospodarcze i polityczne komplikacje Rosji w stosunkach z Zachodem, uznała, iż nadszedł moment, aby wyimpasować Moskwie z rąk białoruską kartę. W swej geopolitycznej naiwności i dyplomatycznym woluntaryzmie Warszawa uznała, iż za cenę obietnicy kredytów i zaproszenia Aleksandra Grigorjewicza na europejskie salony (nota bene: kto, jak kto, ale Kaczyński powinien wiedzieć, iż Łukaszenka nie jest Tuskiem i nie łasi się na bezwartościowe świecidełka) rozerwie on lub istotnie zmiękczy doskonale funkcjonujący sojusz z Rosją i zmieni wektor integracji z eurazjatyckiego na europejski tak, jak dwa lata temu uczynił to Kijów.

    Z punktu widzenia Łukaszenki, pan na Kiejdanach i Nieświeżu to dużo ciekawszy partner do rozmów niż wnuk listonosza z Wołkowyska — jako symbol nie tylko szacunku dla osoby i polityki prezydenta, ale także i ostatecznego zerwania z patrzeniem na Białoruś jako niedo — państwo limitrof zamieszkane przez „tutejszych" wymagające i łaknące polskiego misjonarstwa. I gdyby polskim politykom wystarczyło wiedzy i wyobraźni, to zdobyliby się na ten i wiele innych gestów prawdziwej życzliwości i przyjaźni, które mogłyby choć trochę rozmrozić nasze od ćwierćwiecza absurdalnie chłodne stosunki.

    Swojego czasu ironicznym podsumowaniem nieudanych prób poprawienia stosunków z Rosją stała się piosenka „Łysy jedzie do Moskwy". Oby poprawianie stosunków z Białorusią w wykonaniu obecnego rządu nie stało się kanwą dla podobnego wykwitu ludowej twórczości wyśmiewającej niezgrabny styl i skrajną nieefektywność polskiej dyplomacji.

    Jakub Korejba, polski publicysta

    Poglądy wyrażone w artykule są prywatnymi opiniami autora i mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Wyrok sądu: Sawczenko jest winna śmierci rosyjskich dziennikarzy
    Korea Północna przeprowadziła ćwiczenia rakietowe na wybrzeżu Morza Japońskiego
    Komisja Wenecka zaleca Ukrainie zmianę ustawy o lustracji
    Tagi:
    Orzeszkowa, Kościuszko, Mickiewicz, Jarosław Kaczyński, Alaksander Łukaszenko, Białoruś, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz