03:52 21 Listopad 2017
Warszawa+ 0°C
Moskwa+ 1°C
Na żywo
    Pomnik Braterstwa Broni w Warszawie

    Betonu walka z betonem

    © Zdjęcie: Cezary Piwowarski
    Opinie
    Krótki link
    Jakub Korejba
    262906703

    Zapowiedź usunięcia 500 radzieckich pomników to dowód, iż rząd postanowił prowadzić politykę zagraniczną na zasadzie „przeciwko wszystkim". Tragiczna historia fatalnych polskich pomyłek zaprawdę lubi się powtarzać.

    Stwierdzenie, iż Polska posiada skomplikowane i niebezpieczne położenie geopolityczne jest truizmem i po doświadczeniach rozbiorów, okupacji i wojen wydawało się, iż na stałe wrosło w świadomość naszych elit politycznych. Margines błędów, na które może pozwolić sobie polskie państwo w swych stosunkach z zagranica jest naprawdę skrajnie niewielki — nie jesteśmy Rosją z jej bezkresnymi przestrzeniami głębi strategicznej czy chronioną przez wody Kanału Brytanią i naprawdę (w przeciwieństwie do mocarstw z którymi lubimy się porównywać) musimy brać pod uwagę starą dobrą geografię — jeden fałszywy ruch i nasze państwo narażone jest na zniknięcie a naród na poniewierkę.

    Elementarz polskiej geopolityki wydaje się oczywisty i dlatego tym bardziej dziwi postępowanie rządu, który wzorem swych sarmackich i sanacyjnych ojców duchowych postanowił rozpocząć grę wbrew regułom: niezwykle niebezpieczną licytację ze skrajnie małą szansą na wygraną. Otóż, w ciągu pół roku, sternikom nawy państwowej udało się wywołać konflikty niemal ze wszystkimi poważniejszymi partnerami, obrazić niemal wszystkich realnych i potencjalnych sojuszników i nie zdobyć ani jednego stronnika (tak, tak, wiem, ale: primo — przy swoim osamotnieniu Orban sam rwał się do płomiennych deklaracji o osi Warszawa — Budapeszt; secundo — naddunajski ogryzek od Korony Arpadów naprawdę niewiele zmienia w równowadze sił, nawet na poziomie regionalnym).

    Idąc na wojnę jednocześnie z Brukselą, Berlinem, międzynarodową banksterką, amerykańską prasą, wewnętrznymi i zewnętrznymi grupami nacisku, Kaczyński i jego kukiełki naprawdę powinni byli zrobić wszystko, aby zadbać o zabezpieczenie pewnego tyłu na Wschodzie — takie po prostu są żelazne reguły międzynarodowej gry, a kto ich nie zna lub lekceważy, ten przegrywa. Sprawa tym bardziej przykra, iż z tonu rosyjskiej prasy i wypowiedzi tamtejszych polityków (a właściwie taktownego i wiele mówiącego braku wypowiedzi) przez kilka miesięcy po wyborach w Polsce wyczytać można było szczerą i nieprzymuszoną wolę do przeprowadzenia nowego otwarcia — machnięcia ręką na ekscesy poprzedniej ekipy i oparcia stosunków na pragmatycznej współpracy tam, gdzie to tylko możliwe. I, co wydawało by się, niebywałe w naszych stosunkach, w miarę coraz mocniejszego kopania i opluwania polskich władz przez zachodnich liberastów, margines rosyjskiej dobrej woli wydawał się rosnąć, dając Polsce szansę na rozerwanie zaciskającej się pętli izolacji.

    Polskie władze postanowiły jednak odrzucić wyciągniętą do zgody rękę Rosji, grzebiąc szanse na pojednanie (lub choćby na pragmatyczną wzajemną neutralność) w najbardziej ostentacyjny sposób — zapowiadając masowy wandalizm radzieckich pomników pod hasłem oczyszczenia przestrzeni publicznej ze śladów „okupacji".

    Taki, kompletnie niezrozumiały z punktu widzenia pragmatyki stosunków międzynarodowych, gest wydaje się mieć podłoże emocjonalne. Wszystko wskazuje na to, iż Jarosław Kaczyński i jego wywodzący się z „zakonu PC" stronnicy od ćwierćwiecza noszą w sobie imperatyw zakończenia rewolucji, która po 1989 roku wymknęła im się z rąk, czy, wedle innej interpretacji, została im ukradziona.

    To przecież bracia Kaczyńscy najpierw byli współautorami planu wygaszania PRL-u, a następnie wymyślili Wałęsę jako męża stanu (do walki z Michnikiem i Geremkiem, ale to już inna historia) i to właśnie dzięki ich sprawności politycznej i przebiegłości został on prezydentem. I, kiedy już mający być instrumentem w rękach inteligentów z Żoliborza cwany elektryk wprowadził się do Belwederu, wykiwał swoje zaplecze, obalił rząd Olszewskiego i oddał władze w ręce tych, których Kaczyński chciał trzymać jak najdalej od wpływu na sprawy państwa. W jego optyce, gdzieś właśnie około 1992 roku zaczęła się kontrrewolucja, która uniemożliwiła Polsce stanie się normalnym państwem — w sensie materialnym (np. w kwestii kształtu i przebiegu prywatyzacji i wynikającego z niej niesprawiedliwego podziału zasobów w społeczeństwie), ale jeszcze bardziej w sensie duchowym — nie mogąc zrzucić z siebie kolonialnych kompleksów (z czego np. wynikały patologie przy negocjowaniu warunków naszego uczestnictwa w NATO i UE).

    I właśnie w zrzuceniu tego historycznego garbu widzi on najważniejszy cel rządzenia państwem po wygranych wyborach. A ponieważ z Berlinem, Brukselą i Waszyngtonem nie pójdzie łatwo, postanowił zacząć od tego, czego, jak się wydawało nikt nie będzie bronił: „pomników okupacji", „kamieni milowych imperium" i „instrumentów codziennego gwałtu przez oczy" dając Polakom do zrozumienia, iż najpierw odzyska dla narodu skwery i cmentarze, a potem resztę państwa przywracając tym samym historyczną sprawiedliwość.

    A może nie? A może Jarosław Kaczyński i pisowcy tylko pozują na dogłębnie przejętych własną pryncypialnością ideowych rewolucjonistów? Może za decyzją o wyburzeniu pomników nie stoją historyczne resentymenty ale na chłodno obmyślona polityczna intryga? Bo — to tylko hipoteza — może w tej sprawie tak naprawdę chodzi o to, iż do czasu szczytu NATO w Warszawie zostało mało czasu, a temperatura antyrosyjskiej furii wydaje się opadać i trzeba szybko ją podgrzać prowokując skandal? Bo przecież zdaje sobie on sprawę (a jeżeli nie, to powinien mieć od tego ekspertów — ciekawe czym zajmuje się personel ambasady w Moskwie), iż dziedzictwo Zwycięstwa jest właśnie tą kwestią, w której Rosja nigdy nie ustąpi — jądrem pamięci historycznej, fundamentem narodowej tożsamości, międzynarodowym brandem — świętością po prostu. I, że opluwanie Zwycięstwa traktowane jest tam jak zamach na rosyjską państwowość gorszy niż czołgi i rakiety.

    Nie mam odpowiedzi. Nie wiem co stało za decyzją o rozpoczęciu wojny z radzieckimi pomnikami. Znając polską historię i rozumiejąc logikę stosunków międzynarodowych wiem natomiast jakie będą jej skutki i na samą myśl o nich już cierpnie mi skóra.

    Jakub Korejba, publicysta

    Poglądy wyrażone w artykule są prywatnymi opiniami autora i mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Instytut Pamięci Narodowej. Pamięci, czy też jej zaniku?
    Gra „Kursk”: przygoda, horror czy świętokradztwo?
    Tagi:
    Instytut Pamięci Narodowej, pomnik, rocznica zakończenia II wojny światowej, II wojna światowa, Związek Radziecki, Rosja, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz