02:23 24 Październik 2017
Warszawa+ 6°C
Moskwa-1°C
Na żywo
    Maciej Wiśniowski

    Mój i Wasz 22 czerwca 1941 roku

    © Zdjęcie: Igor Motowiłow
    Opinie
    Krótki link
    Maciej Wiśniowski
    3719891043

    Kiedy moi rosyjscy przyjaciele pytają mnie dzisiaj, czy Polacy pamiętają o rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku, to odpowiadam im wprost i zgodnie z prawdą: nie pamiętają. Dzieje się tak z kilku powodów.

    Po pierwsze dlatego, że dla Polaków datą rozpoczęcia II wojny światowej jest 1 września 1939 roku, kiedy padły pierwsze wystrzały z pancernika „Schleswig Holstein" na Westerplatte i zginęły pierwsi cywilni obywatele Polski podczas bombardowania Wielunia przez Luftwaffe. I to nie powinno nikogo dziwić, bo jest naturalną konsekwencją polskiej historii. Po drugie, trzeba pamiętać, że 17 września 1939 roku na teren Polski weszły radzieckie wojska na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow i trudno wtedy, i długo po tym oczekiwać, że Polacy byli tym faktem zachwyceni, więc atak Niemców na ZSRR postrzegali jako walkę dwóch wrogów, mało ich obchodzącą. Odpowiedź zatem na pytanie, czy jest w Polsce ktoś, kto pamięta 22 czerwca 1941 roku brzmi: tak, ja pamiętam. Przede wszystkim dzięki ojcu. Jego 22 czerwca 1941 roku na zawsze pozostanie w mojej głowie. 

    Maciej Wiśniowski
    © Zdjęcie: Igor Motowiłow
    W tej mojej pamięci odbija się cała skomplikowana polsko-rosyjska historia. Ojciec miał wszelkie podstawy, by pielęgnować w sobie antyrosyjskie uprzedzenia. Syn wiejskiego nauczyciela, wychowany w duchu patriotycznym, którego ważną częścią był niechętny stosunek do Rosji, opowiadał mi jak bardzo nienawidził Rosjan, kiedy 17 września weszli do ich wsi. Potem uciekał razem z swym ojcem przez zboże, kiedy w poszukiwaniu polskiego nauczyciela przyszli funkcjonariusze NKWD. A potem jakoś przyschło i kiedy już można było wrócić, w ich domu mieszkał radziecki oficer, bodajże kapitan. I mój ojciec pamiętał, że ten prosty, głęboko dobry człowiek odnosił się do nich z sympatią, próbował dyskutować i przekonywać do komunizmu używając argumentów, których nauczył się pewnie z „Krótkiego kursu WKP(b)" albo z jakichś wojskowych szkoleń ideologicznych. Ale nie było w nim agresywnego fanatyzmu, tylko głębokie przekonanie, że jak Polacy zobaczą, jak wiele dobrego przyniesie im radziecki ustrój, to sami się do niego przekonają. Przez prawie dwa lata ojciec był poddanym radzieckim, uczył się w radzieckiej szkole i żył. Aż do 22 czerwca 1941 roku.

    Historię, którą teraz opowiem, mój ojciec, Jerzy Wiśniowski, opowiadał mi, kiedy był już korespondentem organu partii komunistycznej „Trybuny Ludu" w Moskwie. Mówił, że było to może 23 czerwca, może dzień później. Wyszedł na drogę przed ich domem, a przez całą jej szerokość, na wschód, płynęła rzeka uciekających przed wojną ludzi. Kto z walizeczką, kto z wozem, kto z dzieckiem na ręku, kto z krową. Ocean przerażonych, śmiertelnie zmęczonych ludzi parł na wschód, byle dalej od bombardowań i śmierci. I w tę masę wdarła się nagle jakaś dysharmonia. To przeciw kierunkowi ucieczki parł przez ciżbę malutki oddział, 7 czy 9 ludzi. Prowadził ich młodziutki lejtnant. Ojciec opowiadał mi, że jego uwagę zwrócił niski żołnierzyk ze skośnymi oczami, może Kazach, może Uzbek, który idąc na końcu oddziału z całkowicie nieruchomą twarzą wyciągnął bagnet i próbował palcem, czy jego czubek jest dostatecznie ostry, by zabijać. I tak mojemu ojcu zostało to pod oczami: garstka żołnierzy i ten jeden, dotykający z fatalizmem ostrza swojego bagnetu. I poszli. Pewnie już tam zostali na wieki.

    Mężczyzna podczas akcji protestacyjnej w San Salvadorze
    © REUTERS/ Jose Cabezas
    Walonki z symbolami Rosji
    © Sputnik. Aleksej Daniczew
    Mówiłem, że Polacy atak Niemiec na Związek Radziecki postrzegali jak wojnę dwóch wrogich im państw. Ojciec nie był wyjątkiem. Do momentu, kiedy kilka dni po zajęciu ich wsi przez Niemców razem ze swym ojcem i innymi 40 mężczyznami nie stał pod murem kościoła z podniesionymi rękami, mając naprzeciwko swojej twarzy lufy dwóch karabinów maszynowych, gotowych do otwarcia ognia. Ktoś zabił niemieckiego żołnierza i jeżeli do wieczora by się nie zgłosił, to wszyscy mieli być rozstrzelani. Tak zarządził niemiecki oficer. Stali tak z podniesionym rękoma cały dzień, żegnając się z życiem. Po kilku godzinach mojego ojca wyciągnął z tłumu gotowych na śmierć mężczyzn wyciągnął ubrany w mundur Wehrmachtu Polak ze Śląska, kopnął w tyłek i śląską gwarą wykrzyczał, żeby wynosił się do domu. Po kilku kolejnych godzinach puszczono i resztę zakładników. Widać sprawcę znaleźli. 

    Wtedy nikt jeszcze nie miał wątpliwości, po czyjej stronie będzie zwycięstwo. Niemieccy żołnierze, pachnący dobrą wodą kolońską, dobrze odżywieni, pewni siebie, z dobrą bronią, na tle radzieckich żołnierzy tamtego czasu stanowili ogromny kontrast. Biła z nich siła i pewność zwycięstwa.

    Zakład karny w Nowosybirsku
    © Sputnik. Aleksander Kriażew
    Potem, kiedy już ojciec poszedł do lasu, do partyzantki Armii Krajowej i strzelał do Niemców jak umiał, to po 1942 roku czekali na Armię Czerwoną. Tą samą, której tak nienawidził w 1939 roku. Czekali, bo wiedzieli, że przyniosą wolność od pewnej śmierci, którą gotowali im Niemcy. I przyszli, a jego oddział został rozbrojony i ojciec, wtedy przecież 16 letni chłopak, opowiadał mi, jak frontowi żołnierze radzieccy, dawali mu jeść i mówili, odbierając karabin, że wojna nie dla niego i żeby szedł do matki. I przepuścili przez linię fontu, pewnie naruszając jakiś tam regulamin.
    Potem jeszcze ojciec przeżył stalinowskie czasy, kiedy każdego dnia, wychodząc z domu, nie wiedział czy wróci, bo aresztowania tych, którzy byli w AK, były na porządku dziennym. A jeszcze potem, po latach stalinizmu, poszedł się uczyć i wstąpił do partii. Został dziennikarzem, uczciwym, jak u nas się mówi z pogardą, komuchem. Niedawno minie 10 lat, kiedy umarł.

    Kiedy niedługo przed śmiercią pytałem go, czy warto było zaangażować się w socjalistyczną Polskę, kiedy już widział jej upadek i powrót kapitalizmu, odpowiadał, że warto. Nigdy nie narzucał mi poglądów. Ale kiedy razem przyjechaliśmy do Moskwy w 1981 roku, przez 5 lat pobytu w ZSRR zobaczyłem jak bardzo szanował wasz kraj. Bez uniżoności, ale z przekonaniem, że trzeba wam okazywać szacunek a nasze narody powinny być sobie bliskie. Pewnie u podstaw tego przekonania leżał ten obrazek z czerwca 1941 roku, kiedy radzieccy żołnierze szli na pewną śmierć, bo uważali, że taki jest ich obowiązek.

    Maciej Wiśniowski, redaktor naczelny, gazeta internetowa www.strajk.eu

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Między Waszczykowskim i Fellinim
    Ambasador Rosji w Polsce: prawa rosyjskiego dziennikarza Swiridowa zostały złamane
    Waszczykowski: Rosja ... państwem leżącym za Ukrainą
    Swiridow a sprawa polska
    Spotkanie Waszczykowski-Andriejew: klucze są w drugiej kieszeni
    Waszczykowski: Najwięcej obaw budzi Rosja
    Nauki ze Swiridowa: „bezpieczeństwo jest najważniejsze”
    Polska zakazała dziennikarzowi Leonidowi Swiridowowi wjazdu do Schengen do 2020 roku
    Tagi:
    II wojna światowa, Trybuna Ludu, NKWD, Armia Czerwona, Armia Krajowa, Jerzy Wiśniowski, Związek Radziecki, Niemcy, Rosja, Moskwa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz