13:00 24 Czerwiec 2019
Mi-26

Pierwszy września: Dżihad biało-niebiesko-czerwony

© Sputnik . Alexander Vilf
Opinie
Krótki link
Pola Powierza
111332

Polska nie doczeka, aż Wujek Sam wzmocni wschodnią flankę. To koniec, wojna totalna puka już do wrót Warszawy, skąd nastąpi dalsza ekspansja na cały świat, a imię najeźdźcy - Putin. Przynajmniej jeśli wierzyć polskim mediom.

Pierwszy września to dzień dla Polski znamienny, kojarzący się ze wszystkim, co najgorsze.

Donald Tusk
© AFP 2019 / EMMANUEL DUNAND
Powiedzenie o polskich dzieciach, które tego dnia nie będą mogły pójść do szkoły, na stałe weszło już do kanonu polskich idiomów i jest po dziś dzień wykorzystywane w bieżącej walce politycznej. Odkąd Donald Tusk użył tego porównania w 2014 r. dla zilustrowania tezy, że bezpieczeństwo nie jest dane żadnemu państwu raz na zawsze —  politycy prawicy co i raz wieszczą, że historia się powtórzy.

W ostatnim czasie nastąpiło apogeum straszenia napaścią — tym razem rosyjską. Słyszymy zewsząd, że okupant praktycznie już po nas idzie, za nic mając waszyngtońskie gwarancje dane Warszawie — i powybija nas do nogi w ciągu tygodnia. W mediach życzliwi nam Amerykanie skwapliwie podsycają atmosferę paniki. A wiadomo, że jak Amerykanie mówią, że Rosja w natarciu — to znaczy, że należy albo na gwałt się zbroić, albo kopać sobie schron.

Blady strach padł na Polskę od momentu, gdy po raz pierwszy w internecie zacytowano Marka Schneidera, byłego analityka nuklearnego Pentagonu, który stwierdził, że „Rosjanie przygotowują się na wielką wojnę i zakładają, że będzie to konflikt nuklearny". I to wystarczyło, żeby panika zapanowała w każdym możliwym zakątku polskiego internetu.

Znajomi z Facebooka już przestali mnie pytać, czy nie boję się trzeciej wojny światowej, zakładając najwidoczniej, że mam w Moskwie jakieś wtyki. Mniej więcej od miesiąca odpowiadam niewzruszenie, że jeden jedyny raz przestraszyłam się takiej zapowiedzi — kilka lat temu. Padła ona z ust Władimira Żyrinowskiego, a ja wówczas nie wiedziałam, kim jest Władimir Żyrinowski.

W każdym razie panikują portale społecznościowe i informacyjno-plotkarskie, od Wirtualnej Polski po ultrakatolicką Frondę. Wieszczą wybuch wojny i podbój krajów bałtyckich oraz Polski w ciągu tygodnia. I tak szczęśliwie wieszczą od końca lipca.

Trudno powiedzieć, kto konkretnie zaczął, grunt, że straszenie wojną rozlewa się po polskich serwisach aż do dziś, a teksty przybierają coraz bardziej histeryczne tytuły — na przykład Fronda 17 sierpnia doszła do wniosku, że „Rosja albo się rozpadnie, albo rozpocznie wojnę!". „Rosja zbroi się do III wojny światowej" — wtóruje jej portal niezależna.pl (prawicowa witryna równie prawicowego, prorządowego periodyku „Gazeta Polska").

O samym Marku Schneiderze wiadomo niewiele. Doktorat robił w latach 70. Specjalistą Pentagonu w wydziale bezpieczeństwa jest od 2004 r. Wiadomo, że podczas rozpadu ZSRR włączał się w negocjacje postsowieckich republik, których losy przez chwilę jeszcze się ważyły. Przebywał wtedy w Genewie. Zadziwiający jest natomiast fakt, że będąc zanurzonym w europejskiej rzeczywistości lat 90., nadal podtrzymuje mitologię antagonizmów pomiędzy dobrym Zachodem a złym postsowieckim imperium, które szczerzy kły. „W przeciwieństwie do Zachodu Kreml nie waha się używać arsenału jądrowego jako straszaka i narzędzia nacisku".

Radosław Sikorski
© AFP 2019 / Attila Kisbenedek
Wnioski o nuklearnych zbrojeniach, mających oznaczać starcie cywilizacji, wyciągnięto na podstawie informacji (również zaczerpniętych z ministerialnego raportu Schneidera), jakoby w Moskwie i jej bezpośrednim pobliżu budowano bunkry dla elit polityczno-wojskowych na wypadek konfliktu atomowego. Nie wiem kto, będąc przy zdrowych zmysłach, odczytałby taką informację jako sygnał do zbrojeń — są to bowiem standardy, które spełniać w XXI wieku powinny każde jako-tako zmodernizowane siły zbrojne. W zasadzie nie wiadomo, ile dokładnie bunkrów powstaje, gdzie się budują, jakie jest ich przeznaczenie. W świat idzie info, że Władimir Putin za chwilę schowa się wraz z rodziną i dworem do mysiej dziury, a reszcie świata zafunduje nuklearny dżihad.

„Nawet w czasach jelcynowskiej smuty w latach 90., gdy po rozpadzie sowieckiego imperium Rosja chwiała się w posadach, a armia ulegała rozkładowi, jedyną rzeczą, o jaką dbała Moskwa, było zabezpieczenie posiadanego potencjału nuklearnego. Broń jądrowa zapewniała słabnącemu państwu status mocarstwa i była w oczach Rosjan gwarancją bezpieczeństwa, bo niwelowała militarną przewagę NATO (a przede wszystkim USA).

Ma to swoje odzwierciedlenie w aktualnie obowiązującej doktrynie wojskowej Rosji, która zakłada użycie broni nuklearnej w odpowiedzi nie tylko na analogiczny atak, ale również na agresję z użyciem wyłącznie konwencjonalnych środków rażenia. Historia zatoczyła koło, bo w czasie zimnej wojny to kraje NATO przewidywały możliwość użycia głowic atomowych do powstrzymania przeważających wojsk Układu Warszawskiego" — pisze Wirtualna Polska na potwierdzenie słów amerykańskiego eksperta i brzmi to naprawdę groźnie — przez pierwsze 3 sekundy, zanim czytelnik zorientuje się, że podaje mu się oczywistości podlane sosem sensacji i lęku.

Ale Polacy to kupują.

Płac Niepodległości w Kijowie
© Sputnik . Andrej Stenin
Walonki z symbolami Rosji
© Sputnik . Aleksej Daniczew
Zwłaszcza że — i tu mamy kolejnego „amerykańskiego eksperta", tym razem w czynnej służbie i światowych strukturach: „były zastępca komendanta głównego Sił Zbrojnych NATO, amerykański generał Richard Schirreff powiedział polskiemu tygodnikowi "Wprost", że Putin może okazać zbrojną agresję w stosunku do krajów bałtyckich i Polski. Według Schirreffa, gdyby tak się stało, to wojska NATO mogą skutecznie pomóc krajom-członkom tylko kilka miesięcy później. Amerykański generał ostrzegł, że jeśli NATO spróbowałoby odpowiedzieć na rosyjską agresję, wtedy Putin wypuściłby taktyczne rakiety na jedną z natowskich stolic, na Berlin lub na Warszawę" — to z kolei portal wschodnik.pl.

Podobną panikę można odczytać z wywodów na kresy.pl — portalu nie raz już zapowiadającego końce świata, starcia cywilizacji, inwazje islamistów, masonów, neobolszeików i zupełnie nowy Katyń.

To jeszcze ciekawszy model percepcji gróźb i alarmów natowskiego oficjela przez polskich internautów. Pierwsze wypowiedzi Richarda Schireffa o wojnie NATO-Rosja „w ciągu najbliższego roku" pojawiły się w angielskojęzycznych portalach w maju, informację podał dalej portal prawy.pl. Ale w maju jakoś nikt nie myślał tak namiętnie się zbroić. Teraz informacja wybuchła z nową siłą i wszyscy krzyczą o możliwym konflikcie zbrojnym już w 2017. „Zdaniem Shirreffa atak na Estonię, Litwę czy Łotwę jest bardzo prawdopodobny i Zachód powinien teraz działać w celu odsunięcia groźby potencjalnej katastrofy. Były zastępca dowódcy wojsk NATO nie ma najmniejszych wątpliwości, że biorąc pod uwagę sposób myślenia oraz zdolności władz Rosji, a także możliwości defensywne, jeżeli już dojdzie do konfliktu zbrojnego, to z użyciem głowic atomowych" — bójcie się!

Żeby nie było nudno, Rosja zaatakuje — jak twierdzi Pentagon, a za nim polskie media — jeszcze z innej strony. „Według danych amerykańskiego ministerstwa obrony w ośmiu punktach wzdłuż wschodniej granicy Rosji z Ukrainą w gotowości bojowej jest około 40 tysięcy żołnierzy, czołgi, wozy opancerzone oraz lotnictwo. — To może być mobilizacja przed inwazją na Ukrainę — sugerują urzędnicy Pentagonu. Jak twierdzą Amerykanie, przy granicy Rosji z Ukrainą w najbliższych dniach mają zostać przeprowadzone ćwiczenia wojskowe, które mogą zostać użyte jako przykrywka do ataku na Ukrainę. Taki manewr został zastosowany przez rosyjską armię podczas aneksji Krymu w marcu 2014 roku" — to z Polski The Times, która w stosownym momencie odsyła do cytatu ze znanego nam eksperta… Marka Schneidera: „Wszystko wskazuje na to, że inwazja Rosji na Ukrainę wkrótce nastąpi" — potwierdza analityk.

Polska obchodzi Święto niepodległości
© AP Photo / Alik Keplicz
Artykuł jest datowany na koniec sierpnia. Tak więc informacje o ofensywie nuklearnej zatoczyły koło i zjadły swój własny ogon.

Lądem, morzem, niebem, a może bombą atomową — komuś bardzo zależy na tym, żeby wokół Rosji zbudować poczucie ciągłego zagrożenia na wschodniej flance. NATO najpierw przez długi czas zajmowało się Bliskim Wschodem, teraz, nie chcąc przyznać się do klęski, szuka wrogów, mających kwestionować istnienie Sojuszu.

To jedyna droga do odwrócenia uwagi świata do serii dojmujących porażek w Iraku i Afganistanie.

To również próba desperackiej legitymizacji coraz większej obecności Stanów w środku i na wschodzie Europy.

A polskie media zawsze chętnie złapią łakomy kąsek w postaci straszaka wojną, zwłaszcza że dziś rusza nabór do projektu życia ministra Macierewicza — jednostek obrony terytorialnej. Bo polski minister zamiast stawiać na sensową politykę zagraniczną i układać się z sąsiadami, woli rozdawać pryszczatym nastolatkom kije i proporczyki z Żołnierzami Wyklętymi.

Przecież zamiast iść pierwszego września do szkoły, lepiej, aby poszli sobie postrzelać.

Pola Powierza, polska publicystka, Warszawa

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Macierewicz: Polacy czekali na tę chwilę przez 70 lat
Ukraina: wojna w kurniku
Rusofobia daje radość z życia
Trzecia wojna, cybernetyczna
Macierewicz: Albo Smoleńsk, albo wojska nie będzie
Rusofobia MADE IN POLAND. Część I
Klincewicz: rusofobia została podniesiona w Polsce do rangi polityki państwowej
Tagi:
Żołnierze Wyklęci, Gazeta Polska, Układ Warszawski, Facebook, Pentagon, NATO, Mark Schneider, Władmir Żyrinowski, Antoni Macierewicz, Donald Tusk, Władimir Putin, Genewa, Europa Wschodnia, Berlin, ZSRR, Afganistan, Estonia, Łotwa, Krym, Litwa, Europa, USA, Rosja, Ukraina, Moskwa, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz