12:21 24 Styczeń 2018
Warszawa-1°C
Moskwa-6°C
Na żywo
    Agnieszka Wołk-Łaniewska

    Agnieszka Wołk-Łaniewska: Czip w mózgu Marka Belki

    © Zdjęcie: Leonid Swiridow
    Opinie
    Krótki link
    Agnieszka Wołk-Łaniewska
    391072

    Skutki wymyślonej przez Miltona Friedmana ekonomii dla bogatych stały się oczywiste już nie tylko dla tak wybitnych umysłów ekonomicznych jak Marek Belka, ale także dla ulicy. Wyrażają się w istnieniu społeczeństwa formuły 1:99 - 1 procent najbogatszych ludzi na ziemi ma tyle majątku, co pozostałe 99 procent ludzkości.

    Lektura (przyznaję, spóźniona) „Selfie" Marka Belki utwierdziła mnie w przekonaniu, że fundacja Fulbrighta prowadzi tajny program wszczepiania czipów w mózgi swoich stypendystów.

    Agnieszka Wołk-Łaniewska
    © Zdjęcie: Igor Motowiłow
    Każdy wielbiciel literatury science-fiction wie, że czipy w mózgu służą do kontroli zachowań; w tym konkretnych przypadku, do wyłączania postaw krytycznych wobec USA. Najsłynniejszą ofiarą fulbrightowego programu chipowego w Polsce jest Leszek Balcerowicz, który pozostaje kamiennie wierny amerykańskiej myśli gospodarczej — zwanej ogólnie reaganomiką — na długo po porzuceniu tych koncepcji przez Amerykę. Podobny kult promowanego w latach 80. w USA bezbrzeżnie wolnego rynku prezentuje upiorna Henryka Bochniarz. Bezkrytycznymi entuzjastami odwiecznej przyjaźni amerykańsko-polskiej — co niestety oznaczało twardą obronę amerykańskich interesów w polskiej polityce zagranicznej — byli szefowie MSZ w lewicowych rządach, Dariusz Rosati i Włodzimierz Cimoszewicz. Ten ostatni posunął się zresztą tak daleko, że oboje dzieci wysłał do Stanów, sądząc najwyraźniej, że to szczególnie dobre miejsce do kształtowania osobowości i morale młodych ludzi. O skutkach wychowania w kulcie sukcesu bez względu na cenę, Włodzimierz Cimoszewicz przekonał się w zeszłym roku, gdy jego syn Tomasz bez zażenowania wjechał na tatusiowym nazwisku do Sejmu z listy PO — wbrew publicznie wygłaszanym przez tatusia protestom. Nawet wielbiona przez mnie Monika Płatek potrafi ni stąd ni zowąd wdać się w diatrybę na temat znakomitości amerykańskiego systemu prawnego, czy też — o zgrozo — społecznego.

    Jedynym facetem, który wyłamuje się z tej zasady jest prof. Kołodko — w jego przypadku, jak podejrzewam, implantacja czipa doprowadziła do zwarcia, które zaowocowało nieposłuszeństwem wobec amerykańskich władców umysłów,  ale także swego rodzaju, hm, ekscentrycznością.

    Marek Belka, jak się zdaje, potrafił w znacznym stopniu złagodzić działanie czipa — ale tak do końca go nie wyłączył. Tam, gdzie w swojej książce pisze o sprawach drogich Ameryce — wykazuje dziwaczną powierzchowność opinii, a także zgoła nietypową dla siebie egzaltację; mocno zaskakujące u osoby znanej z inteligencji nie tylko wybitnej,  ale także dość cynicznej. Te osobliwe zmiany osobowości utwierdzają mnie ostatecznie w przekonaniu, że czipy Fulbrighta istnieją.

    Prof. Belka pisze na przykład z całkowitym nabożeństwem o Miltonie Friedmanie. Ja rozumiem, że dla młodego naukowca za żelaznej kurtyny wizyta w domu noblisty — mało tego: noblisty, który stanowił temat jego pracy doktorskiej — była wielkim przeżyciem. Ale to było, na miłość boga nieistniejącego, w 1979 roku. Od tego czasu skutki wymyślonej przez Friedmana ekonomii dla bogatych stały się oczywiste już nie tylko dla tak wybitnych umysłów ekonomicznych jak Belka, ale także dla ulicy. Wyrażają się w istnieniu społeczeństwa formuły 1:99 — 1 procent najbogatszych ludzi na ziemi ma tyle majątku, co pozostałe 99 procent ludzkości. Marek Belka najwyraźniej nie jest entuzjastą takiego rozwiązania: w wielu miejscach swojej książki pisze o nadmiernych nierównościach, bardzo krytycznie wyraża  się o podatku liniowym, przypomina, że to on — jako doradca Kwaśniewskiego — skłonił prezydenta do zawetowania balcerowiczowskiej reformy liniowej, zwraca uwagę, że jednym z największych problemów w rozwoju Polski są niskie płace. Jak zatem udaje mu się pogodzić to z kultem Miltona Friedmana, będącego ojcem ekonomii, która tak niesprawiedliwy i dysfunkcjonalny świat uczyniła nie tylko możliwym, ale i pożądanym — trudno zgadnąć, jeśli oczywiście wyłączyć działanie czipa.

    Jeszcze bardziej nieprzyjemna jest, dla mnie osobiście, obrona Arnolda Harbergera.  Harberger — prawa ręka Friedmana, jeden z ojców straszliwej szkoły ekonomii chicagowskiej, zwanej powszechnie „Chicago Boys" — „zasłynął z tego, że był doradcą rządu Pinocheta. Interesujące" — pisze Belka i wyznam szczerze, że słowo „interesujące" w tym kontekście wydaje mi się z lekka dziwaczne.

    „Albert Speer zasłynął z tego, że był ministrem uzbrojenia i amunicji u Hitlera. Interesujące"? Niby tak, ale kiedy mówimy o facecie, który swe niewątpliwie kompetencje zainwestował we współpracę z jednym z największych zbrodniarzy XX wieku, pomagając i kibicując mu w popełnianiu zbrodni, słowo „interesujące" wydaje mi się — wybaczcie pewną pensjonarskość — niestosowne. Belka zresztą nie ma żadnych wątpliwości w ocenie Pinocheta — pisze o „zbrodniach dyktatora" — ale równocześnie najwyraźniej usprawiedliwia swoich młodzieńczych idoli, którzy tego zbrodniczego dyktatora wspierali.

    Friedman, na przykład — wbrew temu, o co go „posądzano" — „zaledwie był wtedy w Chile z pięciodniowym cyklem wykładów. Popierał politykę dyktatora, gospodarczą oczywiście, ale nigdy nie  doradzał dyktatorowi". Cóż. Popieranie polityki faceta, który obalił swego demokratycznie wybranego poprzednika w krwawym zamachu stanu, masowo morduje i torturuje opozycję — zasługuje, jak sądzę, na pewne zmarszczenie brwi. Tym bardziej, że owa polityka gospodarcza — totalna prywatyzacja, w tym banków i systemu emerytalnego, likwidacja płacy minimalnej, umów zbiorowych i sądów pracy, masowe zwolnienia, zwiększenie liczby godzin pracy do 12 dziennie i  transfer zysków z wszystkich tych działań do najbogatszych — byłaby niemożliwa bez terroru. Co przyznawała sama junta. „System dyktatorski zapewnił trwałość rządów; dał działaniom władzom stopień skuteczności niemożliwy do osiągnięcia w systemie demokratycznym; i umożliwił zastosowanie opracowanego przez ekspertów modelu niezależnie na reakcji społecznych na jego wprowadzanie" — mówił Sergio de Castro, jeden z architektów polityki gospodarczej Pinocheta, minister finansów i ekonomii z czasów junty. A szef Banku Centralnego, Pablo Baraona — obydwaj należeli do studentów Friedmana, czyli Chicago Boys — dodawał: „Fakt, iż ponad 90 procent społeczeństwa jest przeciwne naszej polityce — to najlepszy dowód, że ona działa".

    Arnold Harberger — oficjalny doradca Pinocheta — nawet w czasach swojej świetności budził w USA spore kontrowersje, a jego tłumaczenia się ze współpracy z faszyzującym reżimem („Ludzie, którzy krytykują tę postawę ze względu na rzekome lekceważenie dla kwestii pozaekonomicznych zazwyczaj mają na myśli rzeczy takie jak moralność, demokracja i sprawiedliwość") budziły agresję. „Jest ekonomicznym geniuszem i moralnym imbecylem" — powiedział o Harbergerze jeden z naukowców HIID, prestiżowego Harvard Institute of International Development — „Nazwanie jego logiki szczeniacką byłoby obelgą dla szczeniaków. On nie jest nawet makiaweliczny — jest po prostu tępy". Propozycja powierzenia mu dyrekcji HIIP wywołała na najważniejszej amerykańskiej uczelni bunt tak potężny, że Harberger postanowił pozostać w Chicago.

    Marek Belka, w swej dziwacznej próbie obrony tej wyjątkowo ponurej postaci, usiłuje przekonać czytelników, że Harberger miał jednak dobre serce, bo „udzielił schronienia" żonie i córce Salvadore Allende — „miał zatem większą od innych świadomość zbrodni dyktatora, a jednak wspierał go we wprowadzaniu polityki gospodarczej pożytecznej dla Chile i obywateli".  W efekcie owej pożytecznej polityki gospodarczej, odsetek ludności Chile żyjącej poniżej granicy ubóstwa wzrósł z 17 do 48 procent, bezrobocie wynosiło 20-30 procent, płace realne spadły o 40 procent.

    221 tysięcy chilijskich dzieci — dane rządowe z czasów junty — cierpiało na niedożywienie. I Chile płaci ze te eksperymenty do dziś: pozostaje krajem o największej nierówności w OECD; 20 procent najbogatszych zagarnia 57 procent dochodów, podczas gdy do 20 procent najbiedniejszych trafia zaledwie 4 procent; współczynnik Giniego wynosi 0,52 (w Polsce, gdzie słusznie narzekamy na nierówności, jest to 0,38). To wszystko Marek Belka wie milion razy lepiej ode mnie — a jednak bez wahania nazywa politykę gospodarcza Pinocheta „pożyteczną dla obywateli". Czip, czip.

    Podobnie ekstrawagancka jest jego postawa wobec wojny w Iraku i jego własnego w niej udziału. Owszem, używa słowa „okupacja" i surowo krytykuje USA za popełnione tam błędy: niezrozumienie i olewanie irackiej kultury i mentalności; próbę budowy państwa na wzór USA bez oglądania się na irackie społeczeństwo; likwidację struktur państwa i radykalizację zbrojnej opozycji poprzez aroganckie rozpędzenie nie tylko wojska i policji podległych reżimowi Saddama, ale także walczących z nim formacji partyzanckich; brutalne zachowanie amerykańskiej armii wobec cywilów. „Czy interwencja w Iraku per saldo była udana? Nie. Nie była. Odpowiadam bez wątpliwości, bo dziś na świecie nikt już ich nie ma" — pisze odważnie szef ds. polityki gospodarczej amerykańskiej okupacji Iraku. Ale zaraz dodaje, że pytanie, czy interwencja była słuszna, rodzi dylemat, bo stwierdzenie, że USA weszły do Iraku pod kłamliwym pretekstem o broni masowego rażenia — to „uproszony zero-jedynkowy ciąg logiczny", albowiem „Saddam miał broń masowego rażenia, czemu dał okrutny dowód w wiosce Halabija w marcu 1988 roku". Mniejsza o to, że rok 1988 od wejścia USA do Iraku dzieli 13 lat brutalnego embarga, które zamordowało tam wszelki przemysł i postęp techniczny, niezbędny do wytwarzania nowoczesnej broni — szczególnie ujmuje mnie w ustach Belki słowo „okrutny". Drugi argument, którego Belka używa na usprawiedliwienie napaści na Irak — to stwierdzenie członkini rządu tymczasowego, Aqili al-Hashimi, która zapytana czy Saddam miał broń masowego rażenia „odpowiedziała, lekko zdziwiona: — Wiesz Mark, dla nas to nie ma specjalnego znaczenia. Dla nas bronią masowego rażenia był sam Saddam Husajn". I znów — czy Marek Belka naprawdę wierzy, że chęć wyzwolenia ludu irackiego spod Saddamowej niewoli odgrywała jakąkolwiek rolę w działaniach George'a W. Busha — od którego zresztą, hospody pomyłuj, „po prostu biło ciepło". Jak rozumiem, fulbrightowskie czipy mają specjalny program nastawiony na wykrywanie temperatury ciała aktualnego prezydenta USA.

    A najzabawniejsze jest to, że jeśli pominąć USApologetykę — książka Belki jest taka jak sam Belka: błyskotliwa, wdzięcznie wredna, czarująco cyniczna i bardzo, ale to bardzo inteligenta.

    Co to czip robi z człowieka.

    Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa
    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Europa daje dupy
    Agnieszka Wołk-Łaniewska: Terror nieudaczników
    Rosja zakupuje coraz więcej obligacji skarbowych USA
    Trzy razy „P": Polska, Putin, Piskorski
    Radek Sikorski się dąsa: Europa to żona z klasą
    Nord Stream 2: Niemcy dają Gazpromowi zielone światło
    Bloomberg: rubel staje się jedną z najlepszych walut na tworzących się rynkach
    Optyka NATO. Aha.
    Tagi:
    książka, Milton Friedman, Monika Płatek, Dariusz Rosati, Henryka Bochniarz, Marek Belka, Grzegorz Kołodko, Leszek Balcerowicz, Saddam Husajn, Włodzimierz Cimoszewicz, Chile, Chicago, Irak, USA, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz