19:10 19 Wrzesień 2017
Warszawa+ 17°C
Moskwa+ 12°C
Na żywo
    Agnieszka Wołk-Łaniewska

    Październikowe baby Dobrej Zmiany

    © Zdjęcie: Leonid Swiridow
    Opinie
    Krótki link
    Agnieszka Wołk-Łaniewska
    93690807

    Jak Kościołowi w Polsce robi się lepiej, to polskim kobietom robi się gorzej. I to, wbrew pozorom, nie jest kolejna refleksja na temat Dobrej Zmiany, tylko intrygująco uniwersalna nauka z Października '56.

    Kościół katolicki był niewątpliwie olbrzymim beneficjentem gomułkowskiej odwilży — na konferencji  zorganizowanej przez tygodnik „Przegląd" z okazji sześćdziesięciolecia Października mówił o tym prof. Andrzej Friszke. Wypuszczenie Wyszyńskiego, rezygnacja władz z narzucania kandydatów na biskupów i anulowanie przez Biuro Polityczne dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych, podpisane w grudniu „małe porozumienie", wzorowane na konkordacie z 1935 roku — a w zamian poparcie prymasa dla wyborów rozpisanych na 20 stycznia 1957 —  wyznaczają swoisty miodowy miesiąc partii i Kościoła.

    Jarosław Kaczynski sciska rękę Beaty Szydło po jej mianowaniu na stanowisko premiera, Warszawa 9 listopada 2015
    © AFP 2017/ Janek Skarzynski
    Ceremonia otwarcia Muzeum ZSRR w Rosyjskim Centrum Wystawowym w Moskwie
    © Sputnik. Konstantin Rodikov
    Czułość skończyła się latem '57, kiedy PZPR dostrzegła, że poluzowanie gorsetu spowodowało daleko idące rozpasanie. Procesje, pielgrzymki, zgromadzenia religijne,  niejednokrotnie organizowane z pomocą administracji lokalnej, żywy odzew społeczny i poczucie zagrożenia wywołane przez tę konserwatywną ofensywę w obozie pezetpeerowskim skłoniły władze do stopniowego zaostrzania kursu, aż do pełnego rozkwitu wojny ideologicznej — jednak sytuacja nigdy już nie powróci do stanu sprzed Października. Partia już nigdy nie podejmie próby podporządkowania Kościoła władzy państwowej, uzna istnienie niezależnego Kościoła jako elementu rzeczywistości niezawisłej Polski — to wiedza dość powszechna, niedostępna jedynie historykom z IPN.

    Znacznie mniej znany jest wpływ gomułkowskiej odwilży na los polskich kobiet. Z grubsza rzecz biorąc wiemy — jeśli oczywiście nie należymy do sekty „obrońców życia" — że w 56 roku zliberalizowana została ustawa antyaborcyjna, co zwolennicy prawa wyboru chętnie przypisują „zrywaniu ze stalinizmem". Prawda jest bardziej skomplikowana: nowelizację przegłosowano na kwietniowej sesji Sejmu, czyli nie tylko przed październikiem ale i przed czerwcem, a jej motywacją były nie tyle prawa kobiet, co zerwanie z fikcją prawną i wydobycie masowo uprawianej aborcji z teoretycznego podziemia (teoretycznego, bo nikt nikogo za aborcję nie ścigał). Zdaniem „Trybuny Ludu" z tamtego czasu, w Polsce przeprowadzano rocznie 300 tysięcy aborcji, co oznaczało, że „najmniej 600 tys. osób rocznie (lekarzy i pacjentek) formalnie popełnia przestępstwo — co jest publiczną tajemnicą, oznacza tolerowanie fikcji, jest przejawem zakłamania w życiu społecznym".

    W tym kontekście wpisywanie liberalnego prawa aborcyjnego na listę „zdobyczy Października", jakkolwiek poręczne dyskursywnie, jest pewnym nadużyciem. Tym bardziej, że we wszystkich innych wymiarach przemiany okazały się dla polskich kobiet mało szczęśliwe. Niezwykle interesująco — a także pouczająco — mówiła o tym badaczka genederu w PRLu, dr Agnieszka Mrozik z IBL PAN w referacie zatytułowanym uprzejmie „Co Październik dał i odebrał kobietom".

    Uprzejmie — bo w istocie rzeczy zyski z odwilży z perspektywy feministycznej zdają się dość symboliczne. W ramach ogólnego konsensusu, że już „można narzekać" pojawił się w dyskursie publicznym temat niskich zarobków i złych warunków pracy kobiet, niedorozwoju systemu żłobków i przedszkoli, a pisma kobiece zaczęły drukować listy czytelniczek, narzekających na słaby udział mężów w obowiązkach domowych. Znacznie bardziej doniosłe — tak naprawdę widoczne do dzisiaj — były skutki negatywne.

    Magdalena Ogórek, kandydatka SLD na prezydenta Polski
    © AFP 2017/ JANEK SKARZYNSKI
    Korespondent Międzynarodowej Agencji Informacyjnej „Rossija Siegodnia Leonid Swiridow
    © East News/ Tomasz Urbanek
    Odwilżowe myślenie było przesycone konserwatyzmem — ocenia dr Mrozik. „Zrzucanie radzieckiego jarzma" i „powrót do normalności" oznaczał restytucję zburzonego „porządku naturalnego", powrót do tradycyjnych relacji płciowych. Rozpoczęło się zdejmowanie kobiet z traktorów. Autentyczna równość robotnic i robotników z pierwszych lat budowy socjalizmu (Agnieszka Mrozik użyła nawet wyrażenia „zdobycze stalinizmu", ale nie wiem, czy mogę je zacytować, bo jeszcze dziewczynę wsadzą za propagowanie ustroju totalitarnego) została uznana za przejaw błędów i wypaczeń, z którymi należy zerwać jak najszybciej.

    Praca kobiet w sztandarowych inwestycjach stalinizmu przestała być powodem do chwały — „robotnice" z równoprawnych członkiń wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, grupy trzymającej władzę w ramach dyktatury proletariatu, spadły do roli ofiar niesprawiedliwości dziejowej. Męska większość w zakładach pracy — także, smutno przyznać, w związkach zawodowych — zaangażowała się w swoistą akcję propagandową mającą na celu  zrażenie kobiet do pracy zawodowej, a partia to tolerowała w dość naiwnej próbie podlizania się klasie robotniczej, zdominowanej jednak przez mężczyzn. Praca kobiet — dotychczas przedstawiana jako forma emancypacji, element budowy nowego ładu społecznego — nagle okazała się efektem przymusu ekonomicznego. Jeden z postulatów Czerwca brzmiał: „Dajcie nam podwyżkę, żeby nasze żony nie musimy pracować". Traktorzystki, górniczki i murarki zniknęły w okładek czasopism, na których pojawiły się żony i  matki ze szczęśliwym przychówkiem. 

    Zmianie obyczajowej towarzyszyły zmiany prawne: całkowity zakaz zatrudniania kobiet pod ziemią, rosnąca lista zawodów niedostępnych, ograniczenia w pracy nocnej. Powstał — zwalczany w pierwszych latach powojennych — podział na zawody męskie i kobiece. Te drugie — praca biurowa, przemysł lekki — były znacznie gorzej płatne, co spowodowało radykalny wzrost dysproporcji dochodów. Gomułkowska odwilż spowodowała rezygnację państwa z promowania pełnowymiarowej pracy zawodowej kobiet, rozwój wynalazków takich jak pół etatu czy chałupnictwo. Wiele kobiet — zwłaszcza mężatek i matek — po prostu zwolniono.

    Agnieszka Mrozik zwraca też uwagę na zmiany jeśli nie na szczytach władzy, to niedaleko pod szczytem. Do 56 roku sporo kobiet pełniło funkcje wicedyrektorów, kierowników w instytucjach publicznych, departamentach ministerstw, redakcjach, instytucjach naukowych. Na fali odwilży zniknęły — trudno dziś stwierdzić na pewno, czy ta czystka wymierzona była w „stalinistki", Żydówki czy może w sposób szczególny uderzała w kobiety. Ale efekt był wyraźny: za Gomułki nie było ani jednej kierowniczki wydziału w KC. Rola kobiet i w społeczeństwie, i w aparacie partyjnym przeżyła gwałtowny regres.

    Wszystkie te zmiany, cały klimat odwilży podszyty był — twierdzi Mrozik — seksizmem, a nawet mizoginią. Można było odnieść wrażenie, że kobiety, zaangażowane w budowę Polski Ludowej, podpadały pod dwie kategorie: albo „upiorne babochłopy" wykonujące ciężką pracę fizyczną, które Tyrmand w swoim dzienniku roku nazwał „karykaturami kobiecości" — albo „cioty rewolucji".  To drugie z kolei mogły być albo  śmieszne i groteskowe — albo groźne i „krwawe"; oskarżano je albo o oziębłość, albo wręcz przeciwnie, o rozwiązłość. Pojęcie „ciotki rewolucji" jako symbolu stalinizmu wpisuje się doskonale w wojnę płci — mówi Mrozik — wszystkie chwyty seksistowskie były dozwolone, a nawet zalecane: obiektem ataków był wygląd kobiet, poglądy, upodobania seksualne, intelekt. W tej kwestii — zauważa badaczka — mężczyźni różnych generacji podają sobie ręce. Figura „ciotki rewolucji" przetrwała zmianę ustroju i do dziś jest używana do dyscyplinowania kobiet — ostatnio „ciotka antypisowskiej rewolucji" prawicowa prasa okrzyknęła Krystynę Jandę, w związku z jej zaangażowaniem w Czarny Protest.

    Nawiasem mówiąc, ideologiczna i mentalna bliskość okresu gomułkowskiego i Dobrej Zmiany na tym się nie kończy. Pomijając oczywiste — swoistą paralelę między Biurem Politycznym KC PZPR i Radą Polityczną PiS, umiejscowienie właściwego ośrodka władzy w kraju poza rządem, quasi-dyktatorską pozycję szefa partii wobec konstytucyjnych organów państwa — warto zwrócić uwagę na mniej znany element powtarzalności w postaci „partii w partii".

    Jerzy Urban, Redaktor Naczelny NIE
    © AP Photo/ Czarek Sokolowski
    Mówił o tym na rocznicowej konferencji prof. Andrzej Werblan, który skądinąd jest osobą szczególnie do tego predestynowaną, bo jako 32-letni członek KC brał udział w VIII Plenum i w tajnym głosowaniu oddał głos na Gomułkę. Otóż w PZPR istniało wówczas coś, co prof. Werblan nazwał, nie bez złośliwości, „zakonem KPP": grupa polityków wywodzących się z Komunistycznej Partii Polski, która stanowiła rdzeń organizacji i sprawowała rzeczywistą kontrolę nad partią, a zatem i państwem. KPP, jak pamiętamy, działała w warunkach ekstremalnych na wszystkich frontach: II RP  ją zdelegalizowała, Komintern rozwiązał, a Stalin wymordował jej kierownictwo — co stworzyło wśród pozostałych przy życiu działaczy swoiste kombatanckie przymierze krwi. Trudno oprzeć się analogii z obecnie rządzącym Polską „zakonem PC": zaufanymi towarzyszami Jarosława Kaczyńskiego z czasów budowy Porozumienia Centrum. Formacji, którą Kaczyński nazywa w swojej książce „Porozumieniem przeciw monowładzy". W jego dość specyficznej wizji III RP jako wielkiego spisku elit przeciw prawdziwym patriotom — przynależność do PC jest zapewne aktem heroicznego oddania sprawie, porównywalnym z działalnością w KPP w czasie sanacyjnych represji i stalinowskich czystek.

    Wśród czynników, które sprawiły, że przemiany Października  stały się możliwe — Andrzej Werblan wymienił zbiorową odpowiedzialność „zakonu KPP": jego gotowość do zrozumienia sytuacji, dokonania zwrotu, podzielenia się władzą. Gotowość, która po latach rządzenia za pomocą terroru wcale nie była taka oczywista.

    Oczywiście — co zaznaczam z całą mocą, nie tylko żeby uniknąć więzienia za znieważanie konstytucyjnych organów RP, ale także z intelektualnej uczciwości — Dobra Zmiana w żaden sposób nie daje się porównać do stalinizmu: nikogo nie morduje, póki co nawet nikogo nie  wsadziła (choć to ostatnie zapewne wkrótce się zmieni). Ale sposób myślenia Prawa i Sprawiedliwości o sprawowaniu władzy, owe przekonanie, że „my wiemy lepiej, co jest dobre dla narodu" — jest typowy dla wszystkich podbudowanych ideologicznie dyktatur, krwawych i bezkrwawych, łamiących prawo z najwyższą brutalnością, piszących je od nowa na własne potrzeby, bądź tylko je naginających.

    Prof. Werblan korzeni Października '56 szuka w buncie zrodzonym w establishmencie, który dostrzegł, że sam prowadzi kraj w złym kierunku.

    Jak myślicie:  jaka jest szansa na podobną autorefleksję w elitach obecnej władzy?

    Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

    Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Szydło jeszcze może — przynajmniej teoretycznie
    Wywiad z wampirem. Jarosław Kaczyński dla Onet.pl
    Beata cofa się w czasie
    Wojna: Kaczyński kontra Wałęsa. „To mój brat kierował Solidarnością"
    „Beata, niestety, twój rząd obalą kobiety!"
    „Płaszcz Erdogana” dla Kaczyńskiego
    Tagi:
    Dobra Zmiana, kościół, kobiety, Przegląd, PAN, Trybuna Ludu, Prawo i Sprawiedliwość, Stalin, Jarosław Kaczyński, PRL, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz