Widgets Magazine
19:34 21 Październik 2019
Majdan Niezależności w Kijowie

„Polski Lwów!": Oddać Polsce Zachodnią Ukrainę

© Sputnik . Andrei Stenin
Opinie
Krótki link
Autor
5016633
Subskrybuj nas na

Przeczytałem niedawno całkiem poważne rozważania jednego z ukraińskich działaczy lewicowych, bardzo przez mnie szanowanego za odwagę i bezkompromisowość, czy zachodnia Ukraina powinna zostać przyłączona do Polski. Stanowczo za ciężki bagaż.

Szczerze mówiąc, Wasilij Volga, bo o nim tu mowa, używa słów „oddać Polsce Zachodnią Ukrainę", co nieźle charakteryzuje stan umysłów niektórych przedstawicieli ukraińskich elit. Bo oddaje się coś, co nie jest nasze własne.

Maciej Wiśniowski
© Zdjęcie : Igor Motowiłow
Czy niemal 70 lat to za mało, by utrwalić w sobie przekonanie, że kształt polsko-ukraińskich granic nie jest wart zmian? Według tego rozumowania zachodnia Ukraina, Lwów, Równe, Iwano Frankowsk nigdy tak naprawdę nie były ukraińskie, tylko polskie? To interesujące pytania, choć szczerze mówiąc, bardziej do Ukraińców kierowane niż do kogokolwiek innego.

Zostawmy na boku, że pretekstem do rozważań ukraińskiego polityka była dość niemądra, delikatnie rzecz ujmując, wspólna uchwała polskiego i ukraińskiego parlamentu, która początek drugiej wojny światowej wyznacza podpisaniem paktu Ribbentrop- Mołotow, przecząca nie tylko podstawowej wiedzy historycznej, ale i elementarnej logice.

Warto pamiętać, że mówienie o przyłączeniu zachodnich regionów Ukrainy do Polski pojawiło się w gruncie rzeczy już w końcu 2014 roku, kiedy stało się jasne, że „rewolucja godności" zaczęta na Majdanie w towarzystwie gromkich haseł o wolności, prawach człowieka i wielkiej, bogatej Ukrainie nie realizuje ani jednej ze swych obietnic, natomiast poziom życia ludzi leci na łeb, na szyję. To wtedy właśnie po raz pierwszy usłyszałem od moich ukraińskich przyjaciół ponure dość żarty, że „lepiej byłoby oddać się pod polski protektorat, niż wspierać kijowska władzę".

Dalej szły już konkrety: zachodnia Ukraina do Polski, wschodnia do Rosji a centralna niech sobie żyje jak chce, mówili. Nie traktowałem tego poważnie, bo to nie oni mówili, a ich frustracja zrodzona klęską Majdanu, od którego tak wiele oczekiwali. Potem jednak to tu, to tam pojawiały się głosy na ten temat. Nie tylko zresztą na Ukrainie, ale i w Polsce.

Dobrze zatem, porozmawiajmy o tym.

Myli się ten, co twierdzi, że nie ma dziś chętnych na taki układ w Polsce. Ależ są: od kompletnych prymitywów, drących się przy lada okazji; „Polski Lwów!", do intelektualistów, mierzących pozycję państwa ilością terytorium. Nie ma ich zbyt wielu, choć są czasami krzykliwi jak kawki.

Nie chcą zrozumieć kilku podstawowych prawd.

Pierwsza prawda to ta, że nie rozumieją, że brać tak utęsknione terytorium, historycznie na dodatek jeszcze uzasadnione, owszem, można, tylko problem w tym, że na tym terytorium żyją ludzie. Ukraińcy mianowicie. Wzięcie zatem Lwowa i innych niegdyś polskich miast jest nęcące, ale co zrobić z ludźmi?

Trzeba im coś dać: pracę, opiekę zdrowotną, infrastrukturę i jakieś perspektywy, czyli wszystko to, czego Ukraina im teraz nie daje. To prawda, u nas też z tym nietęgo, ale na tle ukraińskiej gospodarki wyglądamy jak kwitnące mocarstwo ekonomiczne. Jednak może być dla nas za dużo do udźwignięcia — taka masa ludzi, oczekująca pomocy od nowego gospodarza. A jak gospodarz nie zapewni, to co? To mogą poczuć się rozczarowani i co gorsza rozczarowanie to zechcieć wyrazić w sposób niekoniecznie cywilizowany i przez to gwałtowny. Tym bardziej, że mają niedobre doświadczenia w upominaniu się o swoje prawa w państwie ukraińskim.

Wiedzą doskonale, że jeżeli nie wezmą siłą tego, co im się należy (albo im się wydaje, że należy), to nikt sam z siebie im niczego nie da. Mało tego, nauczeni gorzkimi doświadczeniami widzą niemal codziennie, że ich państwo cofa się jedynie przed siłą, to czemu inne miałby zachowywać się inaczej? Społeczną rzadziej, bo cóż może niechby nawet największa grupa rozsierdzonych obywateli, której jedyną bronią jest krzyk i skandowanie haseł. Czasem kamienie. Za to przed grupą uzbrojonych obywateli, aaaa, to zupełnie co innego, wtedy państwo cofa się chętnie. Ostatnie 2 lata Ukraińcy widzieli po wielokroć, jak uzbrojone grupy, nie podporządkowane przez długi czas żadnym państwowym strukturom, używały tej broni równie chętnie w konfliktach zbrojnych, jak i przeciw własnym obywatelom, stosując na dodatek jeszcze tortury i nielegalne więzienia. No i przeciw strukturom państwa — przeciwko policji, sądom, rządowi, ba, samemu prezydentowi.  I za każdym razem skutecznie. Czego więc można oczekiwać po tak wyedukowanych ludziach, którzy nagle znaleźliby się w nowej sytuacji, ale ze starymi i bardzo anarchistycznymi przyzwyczajeniami?

Naprawdę chcemy brać sobie na głowę ten bagaż?

Nadieżda Sawczenko
© REUTERS / Jonathan Ernst
Druga prawda dotyczy tego, że Ukraina zachodnia, na którą chętnie tak się oblizują nasi „mocarstwowi" aktywiści, była i jest centrum ukraińskiego nacjonalizmu. Tego najgorszego, od Doncowa, Szuchewycza i Bandery.

Nie przyjmuję argumentów, że minęło tak wiele czasu od Rzezi Wołyńskiej, że sprawę należy zostawić historykom. Należy, to prawda, ale nie da się tego zrobić bez dokładnej autoanalizy tej tragedii przez stronę ukraińską. Musi ona przyjąć, że to ukraiński skrajny nacjonalizm był sprawcą śmierci ponad 120 tysięcy Polaków.

Używając psychologicznej terminologii, Ukraińcy powinni „przepracować" to w sobie i zrobić wszystko, by nie wracać do tej strasznej ideologii. W przeciwnym wypadku nie uda się żaden dialog i nie będzie można zostawić tej sprawy historykom, bo ryzykujmy, że będzie można gadać tylko z takimi „historykami" jak Wołodymyr Wiatrowycz, szef ukraińskiego IPN, który w ogóle neguje Rzeź Wołyńską. Musimy więc dobrze się zastanowić, czy kiedy myślimy o powiększeniu polskiego terytorium o zachodnią Ukrainę, to wiemy na co się porywamy.

Trzecia prawda jest dość bolesna. Chcemy wziąć sobie „dawne polskie terytoria na Zachodniej Ukrainie"?

To znaczy, że w tym samym momencie podważamy cały powojenny porządek, ustalony na konferencji jałtańskiej. Tak, wiem, to była bardzo brzydka konferencja, kiedy Zachód nas podobno „sprzedał" Stalinowi, a Wschód nas ujarzmił i „okupował". Doprawdy? Musimy być więc konsekwentni: podważamy czy skreślamy pojałtańskie ustalenia na wschodzie, to podważajmy je również na zachodzie. Niemcy z przyjemnością wezmą od nas Ziemie Zachodnie, Wrocław, Poznań, Dolny Śląsk…

Czy naprawdę jest ktoś, kto liczy, że kiedy dokonywałoby się takie przetasowanie terytorialne w Europie Środkowej i Wschodniej, Niemcy kulturalnie zrzekli by się swoich roszczeń? Wątpię.

Co gorsza, nie byłoby nikogo, kto by się za nami ujął w takim momencie. Kiedyś można było bez pudła liczyć na Związek Radziecki, a teraz wątpię, by Rosja kiwnęła choć palcem, bo niby z jakiego powodu? I dla kogo? Dla kraju, którego politycy nie zasną spokojnie, jeśli choć raz dziennie nie obrażą Rosji i jej mieszkańców? Żarty.

Czwarta prawda  to ta, że w takim momencie runie cała ideologiczna otoczka, którą dzisiejsze polskie elity karmią pospólstwo: że popierając niepodległą Ukrainę, działają na korzyść Polski, bo osłabiają Rosję.

Kłamią akurat, bo Giedroyć nigdy nie pragnął wrogich stosunków z Rosją, przeciwnie, w dobrych stosunkach z tym krajem upatrywał przyszłości Polski. Kiedy komuś wyciągnęłaby się ręka po zachodnią Ukrainę, musiałby zapomnieć o dobrych stosunkach z ukraińskim narodem. Zawsze znaleźliby sie tam ludzie, którzy, nie bez racji, uznaliby to za formę nowej polskiej okupacji, podobną do tej, którą Polska zafundowała im przed II wojną światową.

Chcemy mieć w kraju o nowym kształcie buzujący społeczny kocioł, który w każdym momencie może wybuchnąć?

Donald Tusk
© AP Photo / Alik Keplicz
Piąta prawda jest dość przykra dla nas, ale znieśmy ją mężnie.

Już teraz dokładnie widać, jak Polacy w swej większości odnoszą się do ukraińskich pracowników, którzy u nas w kraju szukają ucieczki przed biedą. Jaki polscy pracodawcy stosują chamski i bezwzględny wyzysk, jak oszukują bezbronnych ludzi na każdym kroku, jakie fatalne, półniewolnicze warunki pracy im stwarzają. Wierzycie, że to by się zmieniło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Nie, byłoby tak jak teraz — z jednej strony ksenofobia i słabo lub wcale nieskrywana pogarda, a drugiej rosnące poczucie krzywdy, przeradzające się w agresję.

To z pewnością nie są wszystkie, ale najważniejsze powody, dla których rozmyślania o przyłączeniu czy jakkolwiek to nazwiemy, zachodniej Ukrainy do Polski uważam ze całkowicie pozbawione sensu.

Marceli Szpaczyński, polski publicysta, Warszawa

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Waszczykowski: Rosja ... państwem leżącym za Ukrainą
Kolejny polityczny "sukces" ABW. Ale jaja!
Deszczycia: na Ukrainie jest wychwalany Bandera na złość Rosji, a nie Polski
Książka „Bandera i Ja" w polskiej szkole
ABW strzela w tył głowy. Bez sądu i śledztwa
Bandera będzie miał swoje ulice w Kijowie
ABW: "Był" sobie cudzoziemiec
Między Waszczykowskim i Fellinim
Bandera byłby zadowolony
Tagi:
pakt Ribbentrop- Mołotow, II Wojna Światowa, Instytut Pamięci Narodowej, Wasilij Volga, Roman Szuchewycz, Stepan Bandera, Jerzy Giedroyc, Poznań, Europa Wschodnia, Wołyń, Lwów, Wrocław, Niemcy, USA, Rosja, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz