12:27 22 Lipiec 2018
Na żywo
    Na miejscu katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, Dzień trzeci.

    Na wraku Tupolewa trotylu nie było

    © Sputnik . Ilya Pitalev
    Opinie
    Krótki link
    Leonid Sigan
    18461

    Rozmowa korespondenta radia Sputnik Leonida Sigana z zastępcą redaktora naczelnego „Przeglądu Lotniczego”, lotnikiem Michałem Setlakiem.

     — W środę w „Gazecie Polskiej" ukazał się artykuł Doroty Kani, że polski wywiad wiedział o zamienionych ciałach i trotylu na wraku Tupolewa. I polskie władze nie zrobiły nic z tymi informacjami, bo ponoć ich głównym celem była dobra współpraca z Władimirem Putinem, bez względu na fakty. Jak Pan sądzi, dlaczego ta sprawa wróciła nie tylko do niektórych mediów, rzędu „Gazety Polskiej", ale i do prokuratury? I właśnie teraz?

    — W tym momencie mamy taką sytuację, że prokuratura jest pod wpływem tych samych środowisk, do których należy „Gazeta Polska", zatem nie ma w tym nic dziwnego. Jeśli zaś chodzi o rzekome ślady trotylu na wraku, to ta sprawa była bardzo szczegółowo badana przez Naczelną Prokuraturę Wojskową. Badali to specjaliści, o ile dobrze pamiętam, z Laboratorium Kryminalistycznego Policji.

    Zostały bardzo szczegółowo przebadane szczątki samolotu w Smoleńsku, jak również przedmioty należące do osób, które znajdowały się na pokładzie. Zostały pobrane próbki — te próbki były przebadane w Polsce w laboratorium przy użyciu najbardziej zaawansowanych metod. Stwierdzono, że na szczątkach samolotu i przedmiotach pochodzących z samolotu nie ma śladów żadnych materiałów wybuchowych, ani substancji powstających w trakcie eksplozji. Nie ma również śladów działania samej eksplozji. Jest, więc, to sprawa sprawdzona bardzo dokładnie i zamknięta. Oczywiście można to badać ponownie i prawdopodobnie chodzi właśnie o to, by narobić szumu wokół tej sytuacji, żeby stworzyć wrażenie, że nic nie zostało zbadane, wszystko jest otwarte, że nic nie wiadomo.

     — Jak Pan sądzi, czy ekshumacje mają z tym jakiś związek?

    — To jest część tego samego zjawiska. Chodzi o to, żeby stworzyć w społeczeństwie opinię, że sprawa jest nadal otwarta, że w dalszym ciągu należy poszukiwać wątku zamachowego.

     — Może pamięta Pan publikację w „Rzeczpospolitej" pióra Cezarego Gmyza pod tytułem: "Trotyl na wraku Tupolewa" z 2010 roku. Narobił wówczas dużo szumu. Otóż okazuje się, że redaktor Gmyz nie chciał pisać o trotylu, a tytuł wymusił ówczesny zastępca naczelnego Andrzej Talaga. Zresztą ten pan znowu publikuje swoje artykuły w „Rzeczpospolitej", lecz jako doradca firm zbrojeniowych. Po co ten temat znowu wraca do opinii publicznej?

    Donald Tusk
    © Sputnik . Aleksiej Drużynin
     — Chodzi o to, by umocnić wśród zwolenników teorii spiskowej przekonanie, że sprawa jest w dalszym ciągu otwarta i trzeba ją badać. Tudzież, ewentualnie wzbudzić wśród osób, które nie są przekonane co do przyczyn i przebiegu wypadku, wrażenie, że jeszcze w dalszym ciągu nic nie wiadomo, i że coś w tych teoriach spiskowych jest. Jeżeli chodzi o artykuł pana Gmyza, no to tutaj niestety mamy do czynienia z ignorancją dziennikarza, z tym jak potraktował informację o wynikach badań przesiewowych. To takie badania z pomocą, których wskazuje się pewne materiały, dowody, do dalszego badania w celu ich weryfikacji. Wyniki tych badań wykazały, że pewne przedmioty z wraku, z miejsca wypadku mogą zawierać ślady substancji wybuchowych.

    Natomiast takie badanie są prowadzone metodą bardzo czułą, ale mało dokładną i dlatego należy je przebadać laboratoryjnie, już metodami bardziej precyzyjnymi. To zostało zrobione, o czym już mówiłem, badania były przeprowadzone w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym Policji i wskazania tych prób przesiewowych zostały zweryfikowane negatywnie. Czyli biegli stwierdzili, że na szczątkach samolotu i przedmiotach z miejsca katastrofy nie ma śladów żadnych substancji wybuchowych, ani śladów działania wybuchu.

    Zobacz również:

    Nie będzie Smoleńska w Berlinie
    Waszczykowski "odnalazł" maile smoleńskie. Tak samo sensacyjne jak "taśmy" Macierewicza
    „Smoleńsk” zbyt niebezpieczny, by trafić do niemieckich kin
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz