08:09 22 Listopad 2019
Minister obrony Poslki Antoni Macierewicz

Antuś Pan

© AP Photo / Markus Schreiber
Opinie
Krótki link
Autor
61195
Subskrybuj nas na

Antoni nas wszystkich oszukał. Przez cała lata podejrzewaliśmy, że jego nietypowa osobowość nosi w sobie ślad ponurych zaburzeń o naturze paranoicznej - że jest człowiekiem nieufnym, bezradosnym, zawziętym, podejrzliwym. A tymczasem to wszystko nieprawda: Antoni Macierewicz cierpi na syndrom Piotrusia Pana.

Minister Obrony Narodowej RP należy do mężczyzn, którzy konsekwentnie odmawiają stania się dorosłym.

Agnieszka Wołk-Łaniewska
© Zdjęcie : Igor Motowiłow
Oszustwo jest o tyle przebiegłe, że Antoni Macierewicz zdecydowanie różni się od większości swoich towarzyszy niedoli. Prawda, podobnie jak przeciętny posiadacz kompleksu Piotrusia Pana, żyje w świecie fantazji, nadając otaczającej go rzeczywistości i swojej w nim roli egocentryczne, chłopięce znaczenie, odpychając od siebie wiadomości nieprzyjemne i żywiąc przekonanie, że ewentualnymi konsekwencjami swoich czynów nie warto się przejmować, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto go wydobędzie z kłopotów.

Ale — w odróżnieniu od Antoniego Macierewicza — przeciętny Piotruś Pan to  mężczyzna czarujący, z reguły urodziwy, wyposażony w potężną dawkę chłopięcego wdzięku. Jego niezdolność do przystosowania się do wymogów dorosłego życia potrafi być całymi latami maskowana przez kobiety, które ulegają jego urokowi, spełniają wszystkie jego życzenia i usiłują mniej czy bardziej udatnie chronić go przed skutkami własnej nieodpowiedzialności. W przypadku Antoniego Macierewicza tę rolę odgrywa, dość zaskakująco, partia. A jak partia, to znaczy prezes. Który zdaje się realizować jego wszystkie marzenia.

Znacie to powiedzenie, że mężczyźni nigdy nie dorastają, tylko ich zabawki stają się większe?

To oczywiście niesprawiedliwe uogólnienie — na świecie jest wielu dojrzałych mężczyzn, podobnie zresztą jak wiele niedojrzałych kobiet — ale czy można sobie wyobrazić zabawkę większą niż 53-tysięczna armia podwórkowa zbudowana kosztem 3,6 miliarda złotych?

Batalion „Sicz”
© Sputnik . Alexandr Maksimenko
W zasadzie należałoby powiedzieć „zwołana", metodą „kto się bawi, palec pod budkę". Ta forma rekrutacji znakomicie sprawdza się przy budowie armii podwórkowej, co wie każdy chłopiec, który w dzieciństwie marzył, żeby jego armia była największa i miała najlepsze zabawki — a który nie marzył? Marzenia te są kompletnie niewinne — w końcu żołnierze Antka z Placu Broni, którzy ganiają między trzepakiem i śmietnikiem krzycząc „ta-ta-ta-ta!" ryzykują w najgorszym razie bolącym gardłem i paroma dniami nieobecności w szkole (no, chyba, że ktoś ma nieszczęście być Nemeczkiem).

Trochę gorzej, gdy „niewygórowane" — zgodnie ze słowami ppłk Grzegorza Kwaśniaka, pełnomocnika Macierewicza ds. utworzenia obrony terytorialnej — wymogi zdrowotne oraz 16 dni przeszkolenia wojskowego wystarczają do zostania członkiem formacji, która ma — tym razem wedle słów samego Macierewicza — stawić czoło specnazowi.

„Formułowane tutaj były zarzuty, jakobym ja narażał nieukształtowanych, niewykształconych, niewyćwiczonych ludzi na kontakt ze Specnazem. No albo ktoś nie rozumie, albo ktoś nie chce wiedzieć, co się dookoła Polski dzieje, albo po prostu bezczelnie kłamie" — mówił twardo minister Macierewicz podczas sejmowej debaty o utworzeniu WOT, ale już w następnym zdaniu potwierdzał, iż te zarzuty są absolutnie trafne: „Obecna forma agresji, jaką przyjęła Federacja Rosyjska, zaczyna się od ataku specnazu w postaci tzw. zielonych ludzików — ale wszyscy, którzy tym się zajmują, wiedzą, że chodzi o specnaz — który to atak nakierowany jest nie na jednostki operacyjne, tylko właśnie nakierowany jest na te miejsca, gdzie jednostki operacyjne nie występują. Na tym polega rzeczywistość. I albo będziemy zdolni przeciwstawić im ludzi wyszkolonych i dobrze uzbrojonych w nowoczesną broń, która (…) będzie udostępniona właśnie Wojskom Obrony Terytorialnej (…); przeciwstawić im wojska, które dzięki wyszkoleniu, i dzięki uzbrojeniu będą zdolne stawić im czoła — albo będziemy wobec tych hybrydowych działań po prostu bezradni".

Egzamin na prawo noszenia krapowego beretu
© Sputnik . Andrei Aleksandrov
Minister obrony Polski Antoni Macierewicz
© AFP 2019 / Thierry Charlier
Ok, uporządkujmy: „wyszkolenie" planowane dla WOT to najpierw co drugi weekend przez 4 miesiące, a potem 10 dni obozu letniego i jeden weekend w miesiącu od jesieni do wiosny. I oczywiście im bardziej „nowoczesną" broń minister Macierewicz da facetom (i kobitkom), którzy będą przygotowywać się do walki rzadziej, niż jeżdżą na grzyby — tym bardziej bezsilni będą oni wobec rosyjskich wojsk specjalnych i tym więcej radości трофейное оружие sprawi niezaproszonym gościom.

I teraz powiem coś, co może Was zaskoczy: nie sądzę, żeby Antoni Macierewicz tego nie wiedział. I nie sądzę, żeby było mu to obojętne.

Nie sądzę, żeby był pozbawionym sumienia psychopatą, gotowym bez zmrużenia oka rzucić na rzeź „patriotyczną młodzież" napompowaną między innymi przez niego XIX-wiecznymi ideałami.

Żyjemy w XXI wieku i nawet wyjątkowo archaiczni nacjonaliści mają świadomość tego, że każde życie ludzkie jest cenne i że wysyłanie do walki „mięsa armatniego", choćby samo chciało, jest po prostu nie do przyjęcia. Macierewicz wie, że żadnej wojny nie będzie — i że cała jego armia podwórkowa to tylko zabawa w wojnę; że kiedy zbuduje sobie nowe, własne wojsko, wreszcie pokaże tym wszystkim, którzy w latach 50. na Marymoncie nie wtykali palca pod jego budkę i nie padali na ziemię, kiedy mierzył do nich z brzozowej gałęzi i wołał „ta-ta-ta-ta!"

Wystarczy zresztą przyjrzeć się procesowi rozwoju pomysłu wojsk terytorialnych, żeby dostrzec, jak bardzo jest niepoważny. Najpierw miały one liczyć 34 tysiące ludzi, potem pojawiła się liczba 46 tysięcy, aby w Sejmie ni stąd ni zowąd wzrosnąć do 50 tysięcy, a ostatnio Antoni dorzucił jeszcze trójkę. Ta dziecięca zachłanność wskazuje najlepiej, że nie jest to żaden strategiczny projekt, dopracowywany przez lata w oparciu o twarde dane i rozmowy z fachowcami, tylko realizacja chłopięcego marzenia, które z każdym dniem nabiera rozmachu.

I kiedy się nad tym zastanowimy, uświadomimy sobie, że tego typu chłopięce zachowania stanowią trwały element osobowości szefa polskiej obronności. Ta radosna spontaniczność i młodzieńcza świeżość spojrzenia na świat — jaka przez ludzi starych i zgorzkniałych nazywana bywa infantylizmem — tłumaczy wszystkie jego występy dotychczas niewytłumaczalne. Minister Obrony Rzeczpospolitej Polskiej ogłosił, że dwa państwa, które formalnie są naszymi sojusznikami — Francja i Egipt - spiskowały, żeby z wielką stratą, za 1 dolara, sprzedać Rosji dwa okręty desantowe Mistral. Powiedział to nie dysponując żadnymi dowodami, którymi mógłby poprzeć tak bulwersującą tezę — na zapytanie poselskie, skąd minister posiadał takie wiadomości, MON odparł, iż „z niejawnych źródeł". I wszyscy spekulowali, czemu miała służyć ta wypowiedź, kogo Macierewicz chciał sprowokować, jaka przebiegła za kalkulacja a tym stała. A tymczasem on to po prostu gdzieś to usłyszał i chlapnął, bo go roznosiło — jakby chodziło o to, że Zenek dostał od dziadka beemkę, a Rysiek przeleciał czirliderkę. To nius za dobry, żeby go zachować dla siebie.

A pamiętne parówki, pękające jak Tupolew, puszki po browarze i Red Bullu, sztuczna mgła zrzucona z rosyjskiego samolotu i „piiiii bziuuu" — nie macie wrażenia, że to wszystko jest po prostu infantylne?

Antoni Macierewicz pozwalał, żeby tego typu występy naznaczyły prowadzone przez niego ciało sejmowe, mające wyjaśnić przyczyny narodowej tragedii, nie dlatego, że tragedię lekceważy, nie ma szacunku do ofiar, czy że chce z kogoś zakpić. Antoni Macierewicz po prostu nie posiada tego wyczucia, które mówi nam, co jest poważne, a co niepoważne; co uchodzi, a co nie; co ma walor perswazyjny, a co naszej pozycji w sporze szkodzi — bo to cecha, której nabieramy wraz z dorosłością. A zanim to nastąpi, porywani młodzieńczym entuzjazmem, usiłujemy skłonić słuchaczy, żeby spojrzeli na świat naszymi oczami, nie zastanawiając się nad tym, jak śmiesznie możemy wyglądać w ich oczach.

Dokładnie ten sam mechanizm towarzyszył nieszczęsnemu raportowi z rozwiązania WSI. Sprawa jest oczywiście poważna, bo poważnie osłabiła polski potencjał wywiadowczy, przeciągnęła nazwiska wielu uczciwych i zasłużonych oficerów przez błoto, kosztowała skarb państwa ponad milion złotych w odszkodowaniach dla niesłusznie pomówionych. Ale jest też kompletnie groteskowa — pamiętacie na przykład wykrycie groźnego spisku pod kryptonimem „Rolowisko"?

Komisja Weryfikacyjna powzięła również informacje w sprawie patologicznego układu związanego z realizowanymi przez WP inwestycjami i usługami budowlanymi. Informacje uzyskiwane przez oddział WSI w Bydgoszczy wskazywały, że w regionie tym regularnie odbywały się spotkania z udziałem wysokich oficerów WP, polityków, przedstawicieli lokalnego biznesu i aparatu władzy. Spotkania te określono mianem „ROLOWISKA" (z dopiskiem roku w którym odbyły się). Spotkania mają swój regulamin, a nawet i hymn. (….) Sprawa ta zapewne długo jeszcze nie zostałaby wykryta, gdyby nie informacje uzyskane podczas wysłuchania przed Komisją. Żołnierze zgłaszający informację posiadali wiedzę szczątkową, gdyż obowiązywał ich zakaz prowadzenia tej sprawy. Ale to ta właśnie wiedza pozwoliła Komisji na odnalezienie akt prowadzonych przez jednostkę oddaloną zresztą od miejsca wydarzeń o ponad 300 km"…

Mniejsza o to, iż dwuletnie śledztwo Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Poznaniu nie wykryło w bydgoskim wojsku żadnych nieprawidłowości i zakończyło się umorzeniem sprawy w związku z „brakiem czynu zabronionego" — istotniejsze, czym tak naprawdę była owa patologiczna grupa zorganizowana do tego stopnia, żeby posiadać regulamin i hymn. A była to otóż gromada wojskowych emerytów z kwatermistrzostwa, którzy trzy razy do roku spotykali się na działce u płk. Adolfa Roli, żeby obalić flaszkę i powspominać dawne czasy.

Prezydent Polski Andrzej Dudа zwraca się do parlamentu po ceremonii zaprzysiężenia w Warszawie
© REUTERS / Slawomir Kaminski/Agencja Gazeta
Pełna nazwa organizacji brzmiała: Stowarzyszenie Najwyższej Nieodpowiedzialności „Rolowisko", regulamin zobowiązywał członków do „bycia nieodpowiedzialnym w żartach, dowcipach i ogólnej zabawie", a hymn zaczynał się od słów „Bądź wzorowym kwaterunkowym, pij, gdy pada, pij, gdy wypada, lub gdy wspomnieć kogoś chcesz".

Co nie było trudne do ustalenia — odkryła to dziennikarka lokalnej gazety z Bydgoszczy — więc doprawdy nie sposób zrozumieć, dlaczego takich ustaleń nie poczynił autor raportu o likwidacji WSI, zanim wesołą emerycką kompanię i jej półlitry zaliczył do najgroźniejszych patologii okresu transformacji. No, chyba, że autorów tak się podniecił swoim ekscytującym odkryciem, że na chłodne przeanalizowanie utrzymanych wiadomości zabrakło mu już krwi w mózgu.

I ten sam mechanizm zdaje się towarzyszyć Antoniemu Macierewiczowi i jego politycznym aktywnościom od lat.

Agnieszka Wołk-Łaniewska
© Zdjęcie : Leonid Swiridow
Nieszczęsna „lista Macierewicza" z 1992 roku już na pierwszy rzut oka powinna była wzbudzić wątpliwości („Osiatyński kryptonim Osiatyński") i gdyby Antoni porozmawiał o tym z kimkolwiek, kto się znał na resortowej archiwizacji, to bez trudu dowiedziałby się, że spis zawiera nazwiska wszystkich posłów, którzy figurują w archiwach: tyleż agentów, co tych, którzy odmówili współpracy, a także osób inwigilowanych. Nie zrobił tego, bo zachował się jak jedenastolatek, który dostał piątkę z klasówki i leci do matki pochwalić się sukcesem, niepomny, iż ona najprawdopodobniej rozpozna, że to nie jego pismo.

We wspomnieniach Jarosława Kaczyńskiego znajdujemy uroczą scenę z 1980 roku. Antoni Macierewicz ukrywał się wtedy u sąsiadów z tego samego bloku, ale za to w kiblu. „Przychodzę do niego, nie pali się tam światło. Żona Macierewicza, Hanka, wprowadza mnie do łazienki. Antek siedzi w zamkniętej łazience na sedesie. Podekscytowany krzyczy: — Niech mnie rozstrzelają. A żona: — Dobrze, rozstrzelają cię, ale na razie siedzisz na klozecie".

No i jak można brać na serio faceta, którego nie traktuje poważnie jego własna żona?

Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Obrońmy wschodnią flankę przed NATO
Agnieszka Wołk-Łaniewska: Czip w mózgu Marka Belki
Październikowe baby Dobrej Zmiany
Optyka NATO. Aha.
Radek Sikorski się dąsa: Europa to żona z klasą
Agnieszka Wołk-Łaniewska: Terror nieudaczników
Trzy razy „P": Polska, Putin, Piskorski
Tagi:
Obrona terytorialna, katastrofa, samolot, wojna hybrydowa, prokuratura, MON, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, Prawo i Sprawiedliwość, Antoni Macierewicz, Jarosław Kaczyński, Smoleńsk, Egipt, Francja, Rosja, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz