06:40 06 Grudzień 2019
Majdan w Kijowie

Ukraina-2016: Desant naszych "najlepszych" ludzi

© Sputnik . Andrei Stenin
Opinie
Krótki link
Autor
9591
Subskrybuj nas na

PiS i PO uważają wspólnie, że najlepszym spoiwem narodów polskiego i ukraińskiego jest rusofobia. I w imię tego można zezwalać na wszystko: nacjonalizm, elementy faszyzmu, rasizm i ksenofobię. Nie rozumieją, jak łatwo może im to się wymknąć spod kontroli. Mówiąc szczerze, chyba już się wymknęło. Tak jak na Ukrainie.

Kolejny rok dobiega końca, czas na podsumowania. Nie zajmujmy się drobiazgami, przejdźmy do spraw naprawdę ważnych, a co może być ważniejszego, niż nasze stosunki z Ukrainą?

Prezydent Polski Andrzej Duda
© REUTERS / Stefan Wermuth
Petro Poroszenko
© Sputnik . Sergey Guneev
W gruncie rzeczy można zacząć od wizyty w grudniu 2015 roku prezydenta Dudy w Kijowie, bo jej reperkusje brzmiały jeszcze w styczniu. „Prezydent Duda zrobił dobre wrażenie" pisały polskie gazety i akurat co do prawdziwości tego zdania nie mam najmniejszych wątpliwości.

Dobre wrażenie jest tym, co prezydent Duda robi najlepiej. Dopóki nie otworzy ust. Potem już gorzej. Wówczas było tak samo.

Poparł dążenia Ukrainy do zakończenia konfliktu na wschodzie kraju. Nie powiedział których: czy porozumień mińskich, które jako warunek pokoju określają najpierw konieczność  wniesienia do ukraińskiej konstytucji zmian, których do tej pory władze Ukrainy nie wprowadziły? Czy może wygłaszanych przez niektórych kijowskich polityków zachęt do fizycznej likwidacji mieszkańców wschodnich prowincji Ukrainy?

Czy może, co najważniejsze, tworzenia wspólnego frontu przeciwko Rosji?

Potem już poszło z górki. Polscy twórcy „polityki" wschodniej zaczęli chórem po wizycie prezydenta Dudy przypominać sobie, że Polska powinna brać udział w obradach czwórki normandzkiej i to skandal, że tak ważne państwo nie jest tam obecne. Nie kojarząc jednocześnie, że może dlatego, że nikt tam nas nie zaprasza. Ciekawe dlaczego? Czy może dlatego, że wśród ludzi poważnych nie ma miejsca na oszalałych, kierowanych emocjami dyskutantów, którzy niczego konstruktywnego do dialogu nie wniosą, bo są do tego organicznie niezdolni?

Ale ten rok był w tym sensie nieco inny, że relacje między rządem PiS a ukraińskimi władzami znalazły się w nieco innym miejscu. Przede wszystkim dlatego, że PiS musiał spłacić swoje obietnice składane tym wyborcom, którzy żądali rozliczenia wreszcie Rzezi Wołyńskiej. Do tej pory bowiem rządy PO albo relatywizowały tę tragedię, albo próbowały ją po prostu przemilczeć, nie zwracając uwagi na to, że jest to rana, której nie dano szansy się zabliźnić.

PiS zaś obiecał przywrócenie, jeśli nie dziejowej sprawiedliwości, to przynajmniej próby nazwania zbrodni zbrodnią, a ludobójstwa ludobójstwem.

I z tej obietnicy musiał się rozliczyć. Dokonał tego, jak na tę formację, dość powściągliwie. Znalazło to wyraz w dwóch najważniejszych wydarzeniach. Pierwsza to lipcowa uchwała polskiego parlamentu o wołyńskiej tragedii, która po raz pierwszy jednoznacznie została nazwana ludobójstwem. Środowiska kresowe przyjęły to z ulgą i wdzięcznością, zaś środowiska związane z poprzednimi rządami z histerycznymi zapewnieniami, że uchwała ta cofa nas o całe lata w relacjach polsko-ukraińskich, jakby 10 lat temu było o wiele gorzej niż jest teraz.

Natomiast strona ukraińska przejawiła zupełne nieprzygotowanie do dyskusji o historii, reszta nie po raz pierwszy.

Pomijając indywidualne wypowiedzi poszczególnych polityków, historyków i dziennikarzy, warto posłuchać tego, jak zareagowały na to oficjalne ośrodki władzy. Ukraiński parlament natychmiast rozpoczął przygotowania do przyjęcia kontruchwały o polskim ludobójstwie na Kresach. Nie trzeba lepszego dowodu, że na razie ukraińskie elity przejawiają zupełny brak zdolności do refleksji nad bolesnymi okresami swojej historii.

Potem jeszcze był film Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń", który miał tę zaletę, że pojawiły się próby po ukraińskiej stronie choćby starań zrozumienia istoty sprawy. Nie było ich dużo, ale jednak się pojawiały. Czy to wystarczy do otwarcia pola do dialogu? Boje się, że nie, ale nie traćmy nadziei.

Kolejnym etapem polsko-ukraińskich relacji był desant naszych "najlepszych" ludzi na ukraińska przestrzeń gospodarczą. Najpierw zrzucony został Leszek Balcerowicz, który jak ordery obnosi fakt, że po jego terapii szokowej polskie społeczeństwo długo nie mogło się otrząsnąć z gigantycznego rozwarstwienia, strukturalnego bezrobocia i zwyczajnej biedy. Może ktoś myśli, że Balcerowicz pojechał na Ukrainę po latach refleksji i choćby częściowemu zweryfikowaniu swoich poglądów żywcem będących przejawem darwinizmu społecznego? Ależ skąd! Pierwsze, co pan Balcerowicz miał do powiedzenia, to komunikat, że emerytury są na Ukrainie za wysokie, podobnie jak wydatki socjalne państwa. Dajcie mu trochę czasu, a doprowadzi stosunki polsko-ukraińskie do poziomu, kiedy na dźwięk polskiej mowy ludzie będą spluwać z pogardą.

Maciej Wiśniowski
© Zdjęcie : Igor Motowiłow
Potem rzucono na front gospodarki ukraińskiej Wojciech Balczun, do tej pory zawiadujący PKP Cargo, z pewnymi sukcesami, ale kosztem interesów pracowniczych. Tutaj zaczął podobnie. Poza tym, że zmierzył się z mechanizmem gigantycznej korupcji politycznej i finansowej, więc fachowcy nie wróżą mu dużych sukcesów.

No i wreszcie nasz drogi minister Sławomir Nowak, z warunkowo umorzonym postępowaniem stawiającym pod znakiem zapytania jego osobistą uczciwość. Ten ma się zająć drogami ukraińskimi. Gratulujemy Ukraińcom nowych współpracowników. A tak naprawdę głęboko współczujemy.

Cały ten rok, nakładające się na siebie opisane wyżej wydarzenia w rezultacie przyniosły efekt odwrotny od oczekiwanego. Atmosfera między naszymi krajami pogorszyła się zauważalnie. I winą należy obarczyć obie strony. Ukraińcy, jako się rzekło, pokazali niezdolność do „nowego otwarcia" w naszych relacjach. Owszem, wymagałoby to od nich nieco wysiłku, trochę bolesnych zabiegów dotyczących własnej świadomości i oceny historii oraz dopuszczenia do własnej świadomości faktu, że nie wszystkie ich wybory dodają im splendoru i chwały. A mówiąc wprost, kompromitują ich w oczach społeczności międzynarodowej. Poza wyparciem ze zbiorowej świadomości ludobójstwa na Wołyniu, ich ewidentnym błędem jest stawka na budowanie swojej tożsamości narodowej na ludziach i symbolach, które kojarzą się nie z wolnym narodem a z pasmem zbrodni, ludobójstwa i zbrodni wojennych. Oczywiście, każdy naród jest wolny w wyborze swoich bohaterów. Jednak pozostałe narody, ze szczególnym uwzględnieniem ich bezpośrednich sąsiadów, mają takie samo prawo do oceny tychże ludzi, nazywając ich wtedy, kiedy na to zasługują, ideologami ludobójstwa czy udziału w Holokauście.

Tego też nie potrafią przyjąć do wiadomości, mało tego, próbują przy pomocy prawa ograniczyć próby jakiejkolwiek dyskusji na ten temat czym w istocie naruszają jedno z podstawowych praw człowieka, jakim  jest prawo wolności słowa. Atmosfera przyzwolenia na hasła skrajnych nacjonalistów znalazła swój wyraz w skandalicznym wystąpieniu ukraińskich parlamentarzystów, którzy po przemówieniu prezydenta Izraela, przypominającego o udziale ukraińskich formacji nacjonalistycznych w Holokauście, żądali od niego przeprosin i odwołania słów, będących przecież historycznym faktem.  Nie można tego potraktować jako margines życia politycznego na Ukrainie, bo jest to nurt, jeśli nie dominujący, to na pewno widoczny i wpływowy.

Donald Tusk
© AP Photo / Alik Keplicz
A my?

A my też nie mamy powodów do udawania, że jesteśmy niewinni. Już nie mówię o standardowych naruszeniach prawa wobec ukraińskich pracowników, ale o rosnącej również u nas atmosferze przyzwolenia na nacjonalistyczne chamstwo i agresję. Skoro jesteśmy przy Ukrainie, to wystarczy przypomnieć spalenie flagi ukraińskiej na Marszu Niepodległości 11 listopada w Warszawie i niedawne okrzyki w Przemyślu „Śmierć Ukraińcom".

Słabym usprawiedliwieniem, jeśli w ogóle można takie rzeczy usprawiedliwiać jest przywoływanie przykładów zachowań nazistowskich grup po ukraińskiej stronie. Do takich rzeczy nie ma prawa dochodzić w cywilizowanym państwie. Już dobiegają głosy, że w niektórych miastach Ukraińcy legalnie przebywający w naszym kraju boja się mówić w sowim języku. Tego chcemy? Na pewno?

PiS i PO uważają wspólnie, że najlepszym spoiwem narodów polskiego i ukraińskiego jest rusofobia. I w imię tego można zezwalać na wszystko: nacjonalizm, elementy faszyzmu, rasizm i ksenofobię. Nie rozumieją, jak łatwo może im to się wymknąć spod kontroli. Mówiąc szczerze, chyba już się wymknęło. Tak jak na Ukrainie.

Skoro piszę ten tekst do Sputnika, myślę, że można śmiało podsumować ostatni rok polsko-ukraińskich stosunków jednym zdaniem: „I smieszno, i straszno".

Marceli Szpaczyński, polski publicysta, Warszawa

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Wasza polityka wschodnia
Rusofobia MADE IN POLAND. Część II
Rosja domaga się w OBWE przejrzystego procesu ws. zakazu wjazdu do Polski dla Swiridowa
Waszczykowski: Rosja ... państwem leżącym za Ukrainą
„Polski Lwów!": Oddać Polsce Zachodnią Ukrainę
Rusofobia daje radość z życia
Tagi:
ksenofobia, rasizm, faszyzm, nacjonalizm, ludobójstwo, kino, rusofobia, Sputnik, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Wojciech Balczun, Sławomir Nowak, Leszek Balcerowicz, Wojciech Smarzowski, Andrzej Duda, Przemyśl, Kresy, Wołyń, Moskwa, Warszawa, Kijów, Rosja, Ukraina, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz