15:32 25 Wrzesień 2017
Warszawa+ 15°C
Moskwa+ 15°C
Na żywo
    Sewastopol Krym nasz

    „Krymnasz" i koniec. Żadnych negocjacji, dyskusji, targów

    © Sputnik. Sergey Malgavko
    Opinie
    Krótki link
    Marceli Szpaczyński
    6337051095

    Ta jednoznaczna postawa Rosji świadczy o dwóch sprawach: że sankcje nie działają, a po drugie, że czuje się wyjątkowo pewna siebie, swojej siły i słuszności swojego postępowania.

    Trzy lata temu znakomita większość mieszkańców Krymu (96,57 proc.) w ogólnym referendum wypowiedziała się za przyłączeniem półwyspu do Rosji. Nie mogło to zdziwić nikogo, kto choć trochę orientował się w realiach  ukraińskiej i rosyjskiej rzeczywistości na tych terenach ostatnich 24 lat.

    Donald Tusk
    © AP Photo/ Alik Keplicz
    Prawda, 2014 rok nie sprzyjał wstrzemięźliwości w działaniach i ocenach jakichkolwiek wydarzeń na terenach państwa ukraińskiego, które wstrząsane było wówczas konwulsjami przewrotu państwowego dokonanego pod kuratelą Unii Europejskiej i USA.

    Można przytoczyć milion argumentów przeciwko dogłębnie skorumpowanej administracji Wiktora Janukowycza, która doprowadziła państwo ukraińskie do niesłychanej słabości, a społeczeństwo do biedy, przy towarzyszących tym zjawiskom arogancji i poczuciu całkowitej bezkarności.

    Problem polega na tym, że ci, którzy od dawna przygotowywali się do wykorzystania społecznego gniewu przeciwko władzy i stanęli na jego czele, potraktowali go instrumentalnie i zafundowali w kolejnych latach swoim rodakom taką gehennę, z której nie ma i chyba nie będzie dobrego dla Ukrainy wyjścia.

    Krym nie był wyjątkiem — odbijały się tu wszystkie procesy, których źródłem był kijowski Majdan z tą wszakże różnicą, że większość mieszkańców półwyspu była narodowości rosyjskiej, a przytłaczająca większość różnych narodowości mówiła i myślała po rosyjsku, a kulturowo utożsamiała się z Rosją, a nie Ukrainą.

    Zatem to, co na zachodniej Ukrainie przyjmowano jeśli nie z aplauzem, to przynajmniej bez sprzeciwu czyli nagły skok nastrojów skrajnie nacjonalistycznych, demonstrowaną jawnie wrogość do Rosji i historyczną narracja mającą swe źródła w ludobójczych formacjach wojskowych, na Krymie wywoływała strach i sprzeciw.

    Jak trafnie ujął to jeden z rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy: „Chcą nas pozbawić języka, historii i wiary".

    Nie trzeba wielkiego znawcy, by zorientować się, że to od setek lat powody najbardziej krwawych wojen na wszystkich kontynentach.

    Rozmawiałem z jednym z dziennikarzy, który przebywał na Krymie, kiedy „zielone ludziki" pojawiły się na ulicach Symferopola i innych strategicznych punktów półwyspu.

    Najbardziej w jego opowieści uderzyło mnie to, co później z niechęcia lub sympatią przyznawał cały świat — zupełnie niewojskowy charakter tej doskonale przygotowanej operacji.

    Ludzie w mundurach bez dystynkcji zachowywali się tak, jakby brali specjalne lekcje dobrego wychowania w szkołach dla szlachetnie urodzonych: wyrażali się dwornie, nie przejawiali agresji, pozwalali się chętnym fotografować się z nimi nie przymierzając jak turyści w Zakopanem z białymi misiami. Potem na Zachodzie nazwano to „wojną hybrydową", żeby choć trochę dodać czegoś negatywnego do opisu tego zjawiska. Krym — był doskonale zaplanowaną i przeprowadzoną operacją.

    Krym jest rosyjski od 3 lat i świat ma z tym ogromny problem.

    Trudno oprzeć się wrażeniu, że cały, miłujący pokój i prawa człowieka Zachód byłby dopiero wtedy zachwycony, gdyby półwysep pogrążył się w wojnie domowej, krwawej i okrutnej.

    Jasno byłyby wówczas określone strony — kto zły, kto dobry i komu należy pomagać, a kogo jednoznacznie potępiać.

    Oczywiście, Rosja jest teraz potępiana, ale czarno-biały podział na agresora i ofiary, najlepiej liczone w tysiącach, mocno ułatwiłby przekonanie swoich społeczeństw, że Rosja jest i będzie poza nawiasem prawdziwie cywilizowanych krajów.

    A tak… jak wytłumaczyć prostym ludziom, odbiorcom propagandy w UE, że podczas krymskiej operacji nie rozległ się ani jeden wystrzał, nikt nie rzucił choćby butelką z benzyną w stronę opancerzonych pojazdów „zielonych ludzików"?

    Czemu całe ukraińskie garnizony, z rozkazami, by strzelać do mitycznego „wroga" jednak walczyć nie chciały, poddawały się, opuszczały koszary, a część żołnierzy wracała na Ukrainę? Część, bo wielu decydowało się na pozostanie na Krymie i służbę dla półwyspu, ale już w szeregach armii rosyjskiej.

    Na przykładzie Krymu jak na dłoni widać podwójne standardy, stosowane w polityce Zachodu.

    Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill, prezydent USA Franklin Delano Roosevelt oraz przywódca ZSRR Józef Stalin, Konferencja jałtańska 4-11 lutego 1945
    © Sputnik. Fond RIA Novosti
    Referendum na Krymie, choć zorganizowane zgodnie ze wymogami, natychmiast zostało uznane na Zachodzie za nielegalne, bo miało miejsce pod lufami karabinów i z pewnością, jak chórem mówiły zachodnie środki masowego przekazu i politycy, zostało sfałszowane, choć na poparcie tej tezy nie przedstawiono żadnych przekonujących argumentów. A sondaże poważnych i wiarygodnych ośrodków badania opinii publicznej (Instytut im. Razumkowa, Gfk, UNDP) od lat wskazywały na to, że przyłączenia Krymu do Rosji chce większość mieszkańców Krymu.

    Ale tego nikt nie brał i nie bierze do dziś pod uwagę.

    Kiedy Zachód ogłaszał niepodległość Kosowa, wtedy naruszając wszelkie normy prawa międzynarodowego, stada prawników i polityków uzasadniały słuszność tej decyzji, choć wielu bardziej dalekowzrocznych analityków uprzedzało zwolenników tego rozwiązania, że właśnie otwierają puszkę Pandory. No i otworzyli, a kiedy zetknęli się z krymskim referendum, do którego przeprowadzenia trudno się w sposób istotny przyczepić, nagle zapominają o kosowskich przykładach.

    Co gorsza dla nich, Rosja w sprawie Krymu zajmuje nieodmiennie twardą pozycję. „Krymnasz" i koniec, żadnych negocjacji, dyskusji, targów, na które Zachód tak bardzo liczył przy okazji wprowadzania sankcji.

    Ta jednoznaczna postawa Rosji świadczy o dwóch sprawach: że sankcje nie działają, a po drugie, że czuje się wyjątkowo pewna siebie, swojej siły i słuszności swojego postępowania.

    Ten ostatni, emocjonalny argument zawiera w sobie element, którego Zachód nigdy właściwie nie uwzględniał w swoich rachubach wobec Rosji.

    Im zawsze się wydawało, że wszystko w światowej polityce jest formą handlu.

    My wam to, a wy nam to. Za ile? Za tyle. A kiedy zetknęli się z czymś, co w Rosji nazywają duchowością, stają bezradni.

    Krym jest jaskrawą emanacją tej bezradności.

    Marceli Szpaczyński, polski publicysta, Warszawa

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Gdzie Rzym, a gdzie Krym?
    Dobra Zmiana rusofoba Donalda Tuska
    Waszczykowski: oddać Krym, odstraszyć Rosję!
    Oczami Polaka — prawda o Krymie
    FSB zatrzymała uczestnika ukraińskiego batalionu próbującego dostać się na Krym
    Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Część III
    Trump ma nadzieję, że Rosja „zwróci Krym" Ukrainie
    Tagi:
    wiara, wróg, historia, język rosyjski, Majdan, referendum, FBI, Unia Europejska, Symferopol, Krym, Zachód, USA, Rosja, Kijów, Ukraina, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz