03:55 28 Wrzesień 2020
Opinie
Krótki link
26658
Subskrybuj nas na

Japonia wysoko ocenia stanowisko administracji amerykańskiego prezydenta, które nie wyklucza użycia siły wojskowej przeciwko Korei Północnej - oświadczył sekretarz generalny gabinetu ministrów Japonii Yoshihide Suga. Korea Południowa natomiast sprzeciwiła się atakowi uprzedzającemu na KRLD, tłumacząc, że grozi on także jej własnej ludności.

Amerykański lotniskowiec Carl Vinson
© REUTERS / U.S. Navy Photo by Mass Communication Specialist 3rd Class Tom Tonthat
Wydawałoby się, że rozmieszczenie amerykańskiej tarczy antyrakietowej na Półwyspie Koreańskim powinno było ugruntować poparcie Seulu dla każdego bezwzględnego ruchu Ameryki wobec Korei Północnej. A jednak stanowiska dwóch głównych sojuszników USA w regionie Azji i Pacyfiku okazały się sprzeczne, gdy zaczęto mówić o realnym użyciu siły wojskowej przeciwko KRLD.

Zdaniem eksperta wiodącego Ośrodka Badań nad Japonią Instytutu Dalekiego Wschodu RAN Wiktora Pawliatenko, wyjaśnić to można bardzo prosto: odległością. W przypadku uderzenia odwetowego Seul ryzykuje znaczniej więcej niż Japonia. Aby osiągnąć terytorium Korei Południowej północnokoreańskie rakiety muszą pokonać odległość zaledwie 60 km, podczas gdy do Japonii będą lecieć ponad 1000 km. Obawy Seulu są więc jak najbardziej uzasadnione. Przy tym rozbieżne stanowiska Tokio i Seulu w kwestii możliwych konsekwencji ataku uprzedzającego na KRLD pokazały, że trójstronny sojusz USA-Republika Korei-Japonia w regionie Azji i Pacyfiku nie jest aż tak monolitowy i są w nim słabe miejsca.

W kontekście zamętu informacyjnego wokół ataku rakietowego USA na Syrię, Trump chciałby oczywiście ugruntować swój wizerunek „stanowczego prezydenta" i nie przestaje badać, dokąd rozciągają się granice tego, co dozwolone na arenie międzynarodowej. I tak oto Trump mówi, że jego kraj gotów jest samodzielnie uporać się z problemem Korei Północnej i, jakby na poparcie swoich słów, wysyła w stronę KRLD grupę uderzeniową na czele z lotniskowcem „Carl Vinson". Ponadto, jak pisze The Wall Street Journal, Trump poprosił przewodniczącego ChRL Xi Jinpinga, by ten podał do wiadomości północnokoreańskiego kierownictwa, że Waszyngton ma na swoim wyposażeniu nie tylko lotniskowce.

Jeśli za rządów Obamy wsparcie Ameryki pozwalało Korei Południowej zwiększać siły wojskowe, nie grożąc nieprzewidywalnym i nieuzgodnionym z krajami sojuszniczymi atakiem na KRLD, to działań Trumpa praktycznie nie da się przewidzieć. W sytuacji gdy amerykański prezydent podejmie zdecydowane działania, to zdaniem dyrektora Ośrodka Badań Koreańskich Instytutu Dalekiego Wschodu RAN Aleksandra Żebina, mogą zakończyć się one katastrofą dla całego Półwyspu Koreańskiego: w Korei Południowej działa około 30 instalacji atomowych.

Nawet w przypadku użycia zwykłych bomb i pocisków może dojść do uszkodzenia kilku obiektów atomowych. Rezultat: 5-6 katastrof czarnobylskich na powierzchni 99 km2, która w jedno mgnienie może przekształcić się w miejsce, gdzie ludzie zwyczajnie nie będą mieli, gdzie żyć. Widać na tym przykładzie, jak bardzo zależy Amerykanom na tym, by ich sojusznikom dobrze się powodziło. Mając na uwadze niedawne wydarzenia w Syrii, podobnej awantury na Półwyspie Koreańskim nie da się wykluczyć.

Są jednak argumenty przemawiające za tym, że USA mimo wszystko nie dopuszczą pośpiechu względem Korei Północnej. Przy całym swoim awanturnictwie Pentagon nie może nie brać pod uwagę tego, że w przypadku uderzenia na Koreę Północną, amerykańskie tomahawki polecą bezpośrednio w stronę granic Rosji i Chin. A to już bardziej niebezpieczny scenariusz niż pokazowy atak na Syrię — zaznacza Aleksander Żebin.

„Rosja nie może biernie patrzeć, aż amerykańskie rakiety przez pomyłkę wlecą na jej terytorium. Będzie zmuszona zestrzeliwać je już nad terytorium Korei Północnej. Tym bardziej, że Amerykanie nie znają — i sami to przyznają — wszystkich miejsc, w których zlokalizowane są północnokoreańskie obiekty atomowe i wyrzutnie ich rakiet. KRLD ma dzisiaj nie tylko stacjonarne wyrzutnie, silosy rakietowe, ale też ruchome, na ciągnikach. Być może dlatego Amerykanie nie zdecydowali się dotąd na atak na Koreę Północną. W czasie wojny w Iraku amerykańskie pociski trafiały, czy to przez pomyłkę czy to umyślnie, na terytoria sąsiednich krajów. W każdym razie tam były one znajdowane. Z wojennego punktu widzenia, możliwe działania zbrojne USA w Korei Północnej, w pobliżu granicy z Rosją i Chinami, i do tego jeszcze przeciwko państwu uzbrojonemu w broń nuklearną, wydają się szaleństwem. I świadczą o skrajnym awanturnictwie obecnej amerykańskiej administracji.

Można odnieść wrażenie, że otoczenie Trumpa wykorzystuje jego brak doświadczenia w polityce zagranicznej, podpowiadając mu zbyt ryzykowne i niedyplomatyczne rozwiązania. Pozostaje nadzieja, że świadoma powyższych argumentów Ameryka ograniczy się wobec KRLD politycznym PR-em i stanowczymi słowami, a nie działaniami…

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Trump może sam rozwiązać problem KRLD bez pomocy Chin
Program rakietowy Korei Północnej wkracza w nowy etap
KRLD grozi „obróceniem w popiół” amerykańskich wojsk w razie agresji przeciwko niej
Tagi:
atak uprzedzający, Donald Trump, Xi Jinping, Japonia, Korea Północna, region Azji i Pacyfiku, Stany Zjednoczone
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz