09:31 23 Wrzesień 2017
Warszawa+ 14°C
Moskwa+ 8°C
Na żywo
    Malbork

    „Armii Czerwonej zawdzięczam wolność". Przeciwnicy dekomunizacji zabierają głos

    © Sputnik. Władimir Fedorenko
    Opinie
    Krótki link
    Anna Sokołowa
    84270113011

    Na blogu Gazety Obywatelskiej ukazał się wpis poświęcony tematowi dekomunizacji przestrzeni publicznej w Polsce. Jest to wypowiedź mieszkanki okolic Malborka, która jako jedna z nielicznych przybyła na spotkanie zorganizowane przez władze miasta w celu konsultacji społecznych odnośnie zmiany nazw ulic.

    Chodzi o dwie ulice w Malborku — ul. Wincentego Pstrowskiego i ul. 17 Marca. I o ile z pierwszą z nich nie ma problemu, gdyż nazwisko to znalazło się na czarnej liście IPN-u, więc „nie ma co dyskutować", jak pisze pani Alicja, o tyle z ul. 17 Marca jest poważniejszy kłopot…

    „Nazwa powszechnie kojarzy się z ostatecznym wyzwoleniem Malborka spod władzy niemieckiej, które podobno miało miejsce 17 Marca 1945 roku. Nazwa ta nie podoba się obecnie rządzącej partii Prawo i Sprawiedliwość, która uważa, że należy wymazać z przestrzeni publicznej wszystkie nazwy i fakty związane z tym, że Polska w 1945 roku była wyzwalana spod niemieckiej okupacji przez żołnierzy Armii Czerwonej. A mnie, jako wyborcy PiS od 2005 roku, nie podoba się takie postępowanie rządzącej partii w dziedzinie polityki historycznej" — pisze pani Alicja.

    I wyjaśnia, że przyszła na spotkanie w sprawie dekomunizacji w imieniu swojej matki, której wiek nie pozwala uczestniczyć w tego typu wydarzeniach, jednak sumienie nie pozwala nie zabrać głosu w tak ważnej dla niej sprawie.

    Fragment listu pani Alicji.

    Tak się bowiem składa, że moja matka została w 1945 roku wyzwolona z niemieckiej niewoli przez Armię Czerwoną. Dziwię się, że partia PiS nie bierze pod uwagę, iż mogą być tacy Polacy (i to całkiem dobrzy Polacy-katolicy!), którzy zawdzięczają Armii Czerwonej życie i wolność. Moja matka jesienią 1942 roku, w czasie niemieckiej okupacji Polski, została wraz ze swoją matką i starszym rodzeństwem wysiedlona z domu przez Niemców i wysłana na roboty przymusowe do Prus. Od 1942 roku do stycznia 1945 roku przebywała w okolicy Malborka, dokładnie w Birkenfelde (obecnie Grzymała). Była tam zmuszona do niewolniczej pracy u właściciela majątku, niejakiego Artura Radtkego. To był bardzo zły i niebezpieczny człowiek, który wszędzie chodził z wielkim kijem i  bił nim kogo popadnie. Wszyscy Polacy okropnie się go bali. Kiedy moja matka trafiła do Birkenfelde, była jeszcze dzieckiem, miała zaledwie 12 lat.

    Życie na robotach przymusowych było straszne. Polacy byli traktowani przez Niemców jak podludzie. Byli niewolnikami zależnymi od woli swoich panów. Czekała ich tylko praca ponad  siły, głód, upokorzenia, poniewierka i godzina policyjna. Brakowało jedzenia, ubrań, butów i środków czystości. Niemcy oznakowali robotników przymusowych jak bydło. Polacy musieli nosić literę „P" naszytą na ubranie, a za jej brak były surowe kary. Takie życie w niewoli prowadziła moja matka przez prawie trzy lata.

    W styczniu 1945 roku, kiedy zbliżał się front radziecki, Niemcy uciekali przed nim w panice na zachód. Tak samo uciekał Artur Radtke z Birkenfelde ze swoimi niewolnikami. Jednak Armia Czerwona go ubiegła. Radzieccy żołnierze przyszli wcześniej, niż się spodziewał, i zastrzelili go w czasie tej ucieczki, gdzieś przy drodze w okolicy Dąbrówki Malborskiej. Zaraz potem okazało się, że śmierć Radtkego była wyzwoleniem dla jego niewolników. Dzięki temu, i tylko dzięki temu, polscy robotnicy przymusowi nagle stali się wolnymi ludźmi. Moja mama także stała się wtedy wolna. Wtedy właśnie skończyła się dla niej wojna. Gdyby Radtke nie został zabity, pewnie zmusiłby swoich niewolników do długiej, koszmarnej wędrówki na zachód, gdzieś do Niemiec".

    Wiele osób sięga po argument, że Armia Czerwona po wejściu do Polski dokonywała zbrodniczych czynów na polskich cywilach. Mama pani Alicji ma inne wspomnienia.

    „Frontowi żołnierze radzieccy w Prusach zabijali Niemców, ale nie robili krzywdy Polakom ani innych Słowianom. Machnęli tylko ręką i powiedzieli: „uchoditie domoj". W styczniu 1945 roku moja mama wraz z grupą Polaków wyruszyła pieszo z Prus do domu pod Toruń. Szli miesiąc, ale w końcu doszli. Tym sposobem skończyła się niemiecka niewola mojej mamy."

    Moja matka twierdzi, że gdyby nie przyszli Rosjanie, to dalszy los Polaków na tych robotach przymusowych byłby straszny. Niemcy bowiem przeznaczyli nas do likwidacji. Najpierw chcieli się uporać z Żydami, a w drugiej kolejności mieli zabrać się za likwidację Polaków.

    Jak mówi pani Alicja, jej mama należy do grona osób, które mają wielki dług wdzięczności dla Armii Czerwonej, a obecność elementów upamiętniających wyzwolenie Polski spod hitlerowskiej władzy jest kwestią niepodlegającą dyskusji. Szczególnie jeśli chodzi o ulicę 17 marca, „datę, kiedy Polska znów stała się Polską".

    „Bądźmy szczerzy, gdyby nie Armia Czerwona, to Ziemie Odzyskane, w tym także Malbork, nigdy nie wróciłyby do Polski. Nie byłoby tutaj żadnych polskich mieszkańców i żadnej polskiej władzy, w tym także władzy partii Prawo i Sprawiedliwość, która teraz, lekką ręką, chce usuwać wszystkie wspomnienia o tamtych wydarzeniach." — mówi pani Alicja, apelując w imieniu swoim i swojej mamy, do władz Malborka o to, by pozostawili ulicę 17 Marca w takiej postaci, w jakiej istniała do tej pory. Tym bardziej że pojawił się absurdalny pomysł pozostawienia nazwy, ale zmienienia jej symboliki.

    „Pomysł władz miasta, by zmienić nazwę ulicy 17 Marca na 17 Marca z nowym uzasadnieniem (że to jakoby data upamiętnienia Konstytucji Polski z 1935 roku), jest absurdalny, a nawet wręcz groteskowy. Jest to wprawdzie bardzo sprytne posunięcie, dzięki któremu mieszkańcy tej ulicy oraz znajdujące się tam instytucje nie będą musiały zmieniać dokumentów, pieczątek czy szyldów, ale nie ma to nic wspólnego z prawdą historyczną." — kończy pani Alicja.

    Korespondentka Sputnika skontaktowała się z autorką powyższego listu.

    — Jak sobie Pani wyobraża Polskę „zdekomunizowaną", czyli wyczyszczoną z wszelkich nawiązań „radzieckich"?

    — W ogóle sobie nie wyobrażam, nie zastanawiałam się nad tym. Wcześniej dość naiwnie sądziłam, że ta dekomunizacja Polski będzie polegała na tym, że usunie się z przestrzeni publicznej wszystkie pomniki katów narodu polskiego, czyli przede wszystkim Lenina i Dzierżyńskiego. Myślałam też, że zostaną zmienione nazwy ulic upamiętniające Lenina, Dzierżyńskiego czy jakichś polskich komunistów wysługujących się Sowietom.

    Malborski czołg, który ma zniknąć z miasta w rezultacie dekomunizacji
    © Zdjęcie: A.Ł.
    Malborski czołg, który ma zniknąć z miasta w rezultacie dekomunizacji

    Natomiast jeśli chodzi o kwestię upamiętniania faktu historycznego, że to właśnie Armia Czerwona w 1945 roku pogoniła Niemców aż do Berlina, to nie zawsze tak jest, jak to się wydaje twórcom tej naszej ustawy dekomunizacyjnej. Z jednej strony twórcy ustawy dekomunizacyjnej mają rację i wejście Sowietów do Polski w 1945 roku było faktycznie zamianą jednej okupacji na drugą, ale z drugiej strony byli też tacy Polacy jak moja matka, którzy w tamtym czasie znajdowali się w niemieckiej niewoli i rosyjscy żołnierze naprawdę przynieśli im wolność. Dlatego uważam, że każdy taki przypadek zmiany nazwy ulicy upamiętniającej wyzwolenie jakiegoś miasta od Niemców trzeba rozpatrywać indywidualnie. Zwłaszcza jeśli dotyczy to miejscowości położonych na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Z tego, co wiem, w moim mieście Malborku i w okolicy Rosjanie wyzwolili nie tylko dużą liczbę polskich, ukraińskich i rosyjskich robotników przymusowych, ale także pewną grupę jeńców alianckich ze Stalagu XX B. To byli chorzy jeńcy, pacjenci szpitala dla jeńców stalagu, z którymi pozostał angielski lekarz, brygadier Anthony Crook. Ten Anglik opisał te wydarzenia w książce „Barbed-Wire Doctor. Memoirs of Brigadier Crook".

    Pomnik na cześć żołnierzy radzieckich przy ul. Sikorskiego, Malbork
    © Zdjęcie: A.Ł.
    Pomnik na cześć żołnierzy radzieckich przy ul. Sikorskiego, Malbork

    — Jak Pani myśli, dlaczego na tym spotkaniu była Pani „jedną z nielicznych"? Czy ludziom ten problem jest obojętny? Czy może popierają dążenia PiS-u?

    — Polacy nie są narodem, który chętnie i licznie uczestniczy w tzw. konsultacjach społecznych. Na takich spotkaniach, nieważne, czego dotyczących, zawsze są pustki. Przychodzą na nie zwykle jakieś jednostki najbardziej zainteresowane tematem. Albo nie przychodzi nikt. Ludziom szkoda czasu na czcze dyskusje z urzędnikami i nie wierzą w wartość takich konsultacji. Inna sprawa, że być może problem dekomunizacji faktycznie jest obojętny mieszkańcom naszego miasta. Jakieś bardziej gorące dyskusje na ten temat toczą się raczej w internecie niż w rzeczywistości. Natomiast poparcie dla PiS z pewnością jest w narodzie polskim, o czym najlepiej świadczą wyniki ostatnich wyborów prezydenckich, a także do Sejmu i Senatu. Ja sama jestem wyborcą PiS od 2005 roku. Najbardziej popieram politykę społeczną tej partii, choć nie zawsze zgadzam się z jej polityką zagraniczną i historyczną. I jeśli się nie zgadzam, tak jak w tym wypadku, to staram się to wyartykułować.

    Zobacz również:

    Dekomunizacja po polsku
    Będzie dekomunizacja Powązek. Usuną „groby zdrajców”
    „Rozliczy ich historia, która jest cierpliwa, ale sprawiedliwa..."
    Tagi:
    dekomunizacja, II wojna światowa, Prawo i Sprawiedliwość, Armia Czerwona, Malbork, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz