06:28 22 Listopad 2017
Warszawa+ 1°C
Moskwa0°C
Na żywo
    Jerzy Urban (NIE) i Leonid Swiridow (RIA Nowosti). Warszawa.

    Leonid S. jak Józef K. : Czyli Franz Kafka po polsku

    © Sputnik. Leonid Swiridow / Zdjęcie archiwalne
    Opinie
    Krótki link
    Jarosław Augustyniak
    303281582

    Swiridow - wróg publiczny RP numer 1. W Sądzie Wojewódzkim w Warszawie 10 listopada odbyła się rozprawa ze skargi rosyjskiego dziennikarza Rossiya Siegodnya, Leonida Swiridowa, na decyzję szefa Urzędu ds. Cudzoziemców pozbawiającą go statusu rezydenta UE.

    Przypomnijmy.

    Swiridow w końcu 2014 roku został pozbawiony akredytacji dziennikarskiej, a następnie cofnięto mu status długoterminowego rezydenta UE i zmuszono do opuszczenia naszego, coraz bardziej niegościnnego dla Rosjan, kraju.

    Zwykła rozprawa, gdzie nie ma oskarżonego, bo nie ma przestępstwa; nie ma oskarżyciela ani obrońcy, a jedynie pełnomocnik pokrzywdzonego (bo przecież to tylko sąd administracyjny), skłoniła nasze władze do podjęcia tyleż absurdalnych co nadzwyczajnych i niewspółmiernych do czegokolwiek środków bezpieczeństwa.

    Zwłaszcza, że samego Swiridowa, uznanego przez bezpiekę (ABW) za wyjątkowo groźnego dla bezpieczeństwa Polski nie było i z góry było wiadome, że go na rozprawie nie będzie.

    A nie było ponieważ „praworządny" polski sąd nie uznał za stosowne, by temu zezwolić na przyjazd do Warszawy i wzięcie udziału we własnej sprawie. Logiczne to.

    Rozprawy bez udziału stron trwają po prostu szybciej, a my tu w Polsce wiemy jakim problemem sadownictwa jest przewlekłość postępowań.

    Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Sekretariat sądu poinformował, że „brak jest podstaw prawnych, aby sąd wydał nakaz „odpowiednim organom władzy w celu wydania wizy umożliwiającej osobisty udział Skarżacego w rozprawie
    © Zdjęcie: Igor Stanow
    Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Sekretariat sądu poinformował, że „brak jest podstaw prawnych", aby sąd wydał nakaz „odpowiednim organom władzy w celu wydania wizy umożliwiającej osobisty udział Skarżacego w rozprawie"
    Wejście do budynku sądu zostało otoczone przez ośmiu policjantów. Następnych sześciu już na piętrze „zabezpieczało" salę rozpraw. Saperzy zapewne czekali gdzieś w ukryciu, a brygada antyterrorystyczna i armatki wodne w pobliskich przecznicach. Na wszystkich oczekujących, dziennikarzy i przyjaciół Leonida Swiridowa, musiało to sprawić wrażenie, że za chwilę w drzwiach pojawi się, prowadzony w kajdankach, co najmniej przywódca Państwa Islamskiego. Abu Bakr al-Baghdadi nie pojawił się, bo zginął latem w Syrii podczas nalotu Rosyjskich Sił Powietrznych. Tej pewności zabrakło jednak Policji, bo w połowie rozprawy została ona przez nią przerwana. Wyproszono wszystkich na zewnątrz, a na salę weszli stróże prawa i sprawiedliwości.

    Po kilku minutach, gdy okazało się, że pod żadną z ławek nie ma bomby; Swiridow nie zrobił podkopu ani też nie teleportował się wprost z Moskwy na salę sądową; nie było go też w szybie wentylacyjnym, rozprawę kontynuowano.

    Prawdę mówiąc nie wiadomo po co, bo jak się okazało, sąd nie odnosząc się w żaden sposób do wielu zarzutów, które wobec decyzji urzędu ds. cudzoziemców podniósł jego pełnomocnik, wygłosił na koniec rozprawy wyrok, który na rozprawę zapewne przyniósł już w teczce.

    Nie miało też najmniejszego znaczenia jakie zarzuty podniesie i jakimi argumentami posłuży się skarżący, bo przecież, gdy ABW czegoś żąda, to sąd nawet jeśli nie chce, to i tak musi.

    Na samym początku rozprawy pełnomocnik pokrzywdzonego przekazał jego prośbę, że skoro Leonida Swiridowa do Polski nie wpuszczono, by mógł się do stawianych mu zarzutów osobiście odnieść, a w rzeczy samej uzyskać choćby odpowiedź na podstawowe pytanie — ale o co w ogóle chodzi?— o zgodę, by ten pozwolił w jego imieniu, obecnej na sali Agnieszce Wołk-Łaniewskiej, odczytać jego oświadczenie.

    Prośba, być może niezgodna z procedurą, ale przecież z nią niesprzeczna, została przez sąd odrzucona.

    W polskim sądzie administracyjnym jak widać nie obowiązuje już nawet zasada kontradyktoryjności i sąd nie widzi potrzeby wysłuchać zdania strony, bo proces nie jest już traktowany jako spór równorzędnych stron przed niezależnym sędzią ale jak sąd kapturowy.

    To też przyspiesza postępowanie.

    „…Wnioskowałem o przesłuchanie świadków, ale tu też spotkałem się z odmową. Nawet dziś — po tym jak zostałem zmuszony opuścić Polskę, stosując się do decyzji administracyjnej Urzędu do Spraw Cudzoziemców — jestem gotów niezwłocznie przyjechać do Warszawy i złożyć zeznania dotyczące mojej sprawy…" — napisał w swoim liście Swiridow.

    Leonid Swiridow
    © Zdjęcie: Leonid Swiridow
    Sąd jednak tak bardzo nie chciał wysłuchać pokrzywdzonego, że nawet nie dopuścił tak ułomnej formy jego udziału w rozprawie, jakim miało być odczytanie jego listu.

    Trójka sędziów była już bardzo zmęczona, bo sama rozprawa była nie dość, że ostatnią z wokandy, to rozpoczęła się z godzinnym opóźnieniem.

    Przewodniczący składu sedziowskiego uznał więc za nietakt prośbę pełnomocnika, że ten chce sąd zmuszać do robienia nadgodzin, gdy kolacja już w domu stygnie. Bądźmy ludźmi i szanujmy swój czas ciężkiej pracy.

    List ten, sąd zgodził się jednak łaskawie wrzucić do akt (coś tam w końcu będzie), ale w końcowym orzeczeniu nie uznał za stosowne w jakikolwiek sposób się do niego odnieść czy nawet zapoznać bliżej z jego treścią.

    Rzucił na niego tylko okiem podczas i kazał zapisać dwa zdania do protokołu. Oczywiście nie wpłynęło to w żaden sposób na końcowe z góry zaplanowane orzeczenie.

    Ale cenny czas sędziom zabrało.

    W swoim liście Swiridow podkreślał, że jego sprawa jest sprawą polityczną.

    Pisze — „…Wypowiedzi byłego już dziś szefa ABW w gazecie „Rzeczpospolita" i rzecznika prasowego tej Agencji dla portalu Wirtualna Polska wskazują na coś zupełnie odmiennego. Obaj powiedzieli, że moje problemy są związane z „wojną hybrydową i propagandą". Przy czym rzecznik prasowy ABW uściślił, że celem tych działań jest zastraszenie moich polskich kolegów-dziennikarzy.

    Oznacza to, że ABW — jako organ zajmujący się kwestiami bezpieczeństwa państwa — sama nie wierzy w to, co było napisane we wniosku szefa ABW o pozbawieniu mnie statusu rezydenta UE.

    Rozumiem, że stałem się kozłem ofiarnym pogarszających się w zastraszającym tempie stosunków polsko-rosyjskich i będących ich elementem intryg politycznych. Mam prawo sądzić, że w Polsce nie ma sprawy obywatela Rosji — Leonida Sviridova. Nie ma, bo dla polskich władz ja nie istnieję. Jestem traktowany skrajnie instrumentalnie. Jestem jedynie narzędziem mającym służyć ABW do realizacji celów politycznych…". Ok, jest w aktach.

    Ktoś to może kiedyś przeczyta?

    Agnieszka Wołk-Łaniewska w Moskwie
    © Sputnik. Leonid Swiridow
    Pełnomocnik Swiridowa podniósł wiele zarzutów formalnych dotyczących uchybień decyzji Urzędu ds. Cudzoziemców, która całkowicie przemeblowała jego dotychczasowe życie.

    Był to m.in brak podania skarżącemu jakichkolwiek powodów podjęcia decyzji o jego wydaleniu z Polski.

    Na gruncie prawa polskiego takim powodem nie może być przecież arogancka odpowiedź — bo tak chce ABW — ponieważ, przynajmniej formalnie, bezpieka nie ma tu takiej władzy, ani mocy sprawczej.

    Na razie, bo „reforma" wymiaru sprawiedliwości trwa. Jeśli komuś się robi jakiś zarzut, a przypomnę, że poza ogólnikowym autorytatywnym stwierdzeniem, że Swiridow, jest „rzeczywistym i realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Rzeczpospolitej" nie znamy odpowiedzi dlaczego nim jest.

    Zarzuty rzekomego „szpiegostwa", to przecież jedynie medialne domysły, których ABW sama nigdy nie wyartykułowała.

    Ba, przecież gdyby to zrobiła, to Swiridow nie zostałby wydalony z Polski, ale aresztowany do wyjaśnienia sprawy.

    Szpiegostwo jest ciężkim przestępstwem, a kodeks karny nie przewiduje za nie kary banicji, ale karę wielu lat pozbawienia wolności.

    Już z tego choćby tylko powodu wiemy, że ABW nic przeciw niemu nie ma. Gdyby miała, Swiridow siedziałby w więzieniu, a nie chodził dziś wolny po ulicach Moskwy.

    Leonid S. jednak niczym kafkowski Józef K. usłyszał jedynie, że jest winny.

    Czego winny?

    A skąd on ma to wiedzieć skoro nawet bezpieka nie potrafi wymyślić żadnej wiarygodnej historii, którą miałaby odwagę podać opinii publicznej i nie narazić się na kolejna kompromitację?

    Stąd też pełnomocnik podniósł także w kontekście dyrektywy UE dotyczącej cudzoziemców rezydentów fakt, że zapewnia ona realne odwołanie się od decyzji organu admnistracji, a tego zrobić przecież nie można, gdy osoba, której decyzja dotyczy, nie ma pojęcia o co się ja obwinia.

    Ba, w komentarzach do dyrektywy  jest mowa o przestępstwie, a tego przecież nikt tego Swiridowowi nie zarzuca — „… Przy podejmowaniu odnośnej decyzji Państwo Członkowskie uwzględnia powagę i rodzaj PRZESTĘPSTWA przeciwko porządkowi publicznemu lub bezpieczeństwu publicznemu lub też zagrożenie, jakie stanowi dana osoba".

    Od ABW wiemy jedynie, że Swiridow groźny jest.

    A dlaczego? Bo tak!

    Każdy ma prawo do obrony, nie tylko do formalnego odwołania, które wystarczy za każdym razem odrzucić nie tłumacząc motywów odrzucenia, by dalej robić ściemę, że żyjemy w „państwie prawa".

    Władza zasłania się tajnością i poufnością danych.

    Jeśli Swiridow ma coś na sumieniu, to przecież można chyba utajnić tę rozprawę i na tajnej rozprawie powiedzieć mu prosto w oczy co mu się zarzuca, by choć on wiedział, by się mógł chociaż zawsytdzić.

    Jeśli Swiridow jest szpiegiem, a tego przestępstwa popełnić w sposób nieumyślny nie można, to chyba o tym wie (Alzheimera przecież nie ma) i nie zachodzi obawa, że podczas tajnego procesu zostanie mu ujawniona tajemnica, którą jest fakt, że jest… szpiegiem?

    Czy sąd chce także przed nim utajnić fakt, że daje wiarę bezpiece, ze jest szpiegiem, złodziejem, terrorystą, kasiarzem, mordercą, paserem, pedofilem czy kimkolwiek innym, bo przecież zielonego pojęcia nie mamy co zarzuca mu ABW, a i nie wie tego nawet Urząd ds Cudzoziemców, który wydał decyzję na przysłowiowa gębę dając po prostu wiarę tej obrzydliwej instytucji?

    Pyta o to sąd również w swym liście sam pokrzywdzony Leonid Swiridow — „Nie rozumiem zasadności utajniania dokumentów. Jeśli ABW legalnie i za zgodą sądu podsłuchiwała moje rozmowy telefoniczne, przeglądała moją pocztę elektroniczną i kontrolowała moją korespondencję, to w jaki sposób upublicznienie tych rzekomo kompromitujących materiałów może zaszkodzić mi lub ABW? Ale jeśli ABW nielegalnie podsłuchiwała moje rozmowy, przeglądała pocztę i kontrolowała korespondencję, to już całkiem inna historia.".

    A więc czy w ogóle materiały, których samo istnienie jest wątpliwe, zostały zebrane zgodnie z prawem i mają walor taki, by wedle przepisów polskiego prawa mogły być podstawą jakichkolwiek decyzji urzędu?

    Jako, że przeciw Swiridowowi w żadnej sprawie karnej nie zapadł żaden wyrok i nie toczy się nawet żadne postępowanie przygotowawcze, możemy przypuszczać, że w aktach sprawy, których poznać nie możemy, nie ma nic.

    Są jak słynna czarna teczka Tymińskiego.

    Grzegorz Schetyna
    © AFP 2017/ Michal Cizek
    Nic, poza politycznymi życzeniami pracowników bezpieki, zamówionymi jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej. Tego jednak nie da się uznać nawet za materiał operacyjny, że o dowodach jego zbrodni nie wspomnę.

    Gdyby takowe były to Swiridow siedziałby w polskim więzieniu i czekał na karny proces lub już osądzony czekał w pierdlu na Białołęce. Na wymianę z Rosją na jakiegoś złapanego tam polskiego szpiega.

    Groteskowy wyrok sądu oddalający skargę nie zawierał w ustnym uzasadnieniu niemal żadnego odniesienia do przedstawianych przez skarżącego argumentów. Kolokwialnie, bo tego cyrku pod nazwą „wymiar sprawiedliwości" inaczej streścić nie można, sąd stwierdził, że zapoznał się z tymi tajnymi przez poufnymi materiałami.

    Zaprzeczył jako byłyby to jedynie materiały operacyjne i doszedł do wniosku, że decyzja urzędu miała podstawy. Swiridow groźny jest!

    Dlaczego nim jest powiedzieć sąd jednak nie może, bo sami państwo rozumieją, że to jest tajne. Ale proszę się nie martwić, to nic, bo przecież orzeka niezawisły sąd!

    Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. 10 listopada 2017 r. Sprawa Leonida Swiridowa
    © Zdjęcie: Aleksander Kwaśniewski
    Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. 10 listopada 2017 r. Sprawa Leonida Swiridowa
    I skoro on się zapoznał i zasadność przyczyn wydalenia stwierdził, to jemu można ufać, bo to przecież sąd, a jemu chodzi tylko o prawo i sprawiedliwość… nie wiadomo tylko czy pisane małą czy dużą literą?

    Swiridow może spać spokojnie, bo państwo polskie nie zamierza też występować do Rosji o jego ekstradycje, by osądzić go za wszystkie popełnione w naszym kraju straszliwe zbrodnie.

    Niestety jak się dowiedziałem, Swiridow spać nie chce i nie zamierza odpuścić ani ABW, ani POPiS-owi. Twierdzi, że będzie walczył do końca.

    Wkrótce, po otrzymaniu pisemnego uzasadnienia, złoży odwołanie do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Po tym sądzie też wiele oczekiwać nie może, ale wyczerpanie polskiej procedury sądowej, wszystkich instancji sądu, choćby jak w tym przypadku jedynie dla formalności, jest warunkiem przyjęcia skargi w Strasburgu, którą z całą pewnością złoży.

    Proces Leonida S. trwa.

    Bohater powieści Kafki został z nieznanych powodów aresztowany.

    Leonid S. pozostaje na wolności.

    Aresztowany Józef K. mógł w czasie swego procesu prowadzić dotychczasowe życie, ale musiał pozostawać w ciągłej dyspozycji sądu.

    Niearesztowany Leonid S. musi prowadzić inne życie niż dotychczas, ale choć napisał w swym liście, że „…Pozostawałem i pozostaję do dyspozycji każdej instytucji i każdego organu władzy, który zajmuje się moją sprawą" żadna instytucja i organ władzy nie chciały z tego skorzystać.

    Kafkowski sąd Józefa K. skazał na śmierć, bo był „winny". Nie wiadomo czego, ale mniejsza o szczegóły.

    Sąd administracyjny III RP, który o winie nie orzeka, też jednak za podstawę swego orzeczenie winę Leonida S. przyjął za pewną i nie ulegającą żadnej wątpliwości (jakby kto nie wierzył to ABW jego winę potwierdzi), podobnie nie wdając się w szczegóły czegóż on winny jest nie skazał go jednak na śmierć.

    Mógł zabić a tylko wydalił.

    To chyba jak na razie jedyna pozytywna wiadomość z tego absurdalnego „procesu".

    Jarosław Augustyniak, polski publicysta, Warszawa

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Swiridowa wiara w Polskę
    ABW strzela w tył głowy. Bez sądu i śledztwa
    Putin: Rusofobia wylewa się uszami
    Polska zakazała dziennikarzowi Leonidowi Swiridowowi wjazdu do Schengen do 2020 roku
    Leszek Miller: Rusofobia w Polsce stała się doktryną państwową
    Tragifarsa w wydaniu ABW
    Rosja domaga się w OBWE przejrzystego procesu ws. zakazu wjazdu do Polski dla Swiridowa
    Rusofobia daje radość z życia
    ABW po was też przyjdzie
    Rusofobia MADE IN POLAND. Część II
    Hybrydowy generał ABW
    ABW: "Był" sobie cudzoziemiec
    Swiridow a sprawa polska
    Waszczykowski: Złożymy skargę na Rosję
    Tagi:
    rezydent UE, polityka, szpieg, skandal, bezpieczeństwo, terroryzm, rusofobia, Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, Rząd FR, MSZ Rosji, Rząd RP, MSZ RP, RIA Nowosti, Urząd ds. Cudzoziemców, Rzeczpospolita", ABW, MIA Rossiya Segodnya, Platforma Obywatelska, sąd, Franz Kafka, Jarosław Augustyniak, Agnieszka Wołk-Łaniewska, Leonid Swiridow, Unia Europejska, Bruksela, Europa, Syria, USA, Rosja, Ukraina, Warszawa, Moskwa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz