00:37 22 Październik 2020
Opinie
Krótki link
Autor
8492
Subskrybuj nas na

WALKA O POKÓJ! Spójrzmy na te dwa słowa. Prawda, że jedno przeczy drugiemu? Czy dążenie do pokoju musi zawsze kończyć się wojną? Dążenie do pokoju implikuje, że zamiary są szlachetne, pokojowe, ale zawsze jakoś tak wychodzi, że jednak zamiast pokoju w rezultacie rozpętuje się wojna.

Dlaczego? Bo mówiąc o pokoju, czyli nieagresji, mamy na myśli walkę, czyli agresję. Jedno drugie anuluje.

Inaczej mówiąc, mamy szczery zamiar czynić dobro, ale „jakiś czort" w nas wstępuje i nasze dobre intencje dosłownie diabli biorą. Chciał dobrze, ale nie wyszło, bo jak wiadomo, dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. Więcej jest prawdy w tym stwierdzeniu, niż się z pozoru wydaje.

Fraza WALKA O POKÓJ jest w stałym użyciu od chwili zakończenia drugiej wojny światowej. Posługiwano się nią po obu stronach „żelaznej kurtyny" i muru berlińskiego, i nic się nie zmieniło, gdy mur został rozebrany, a ta „żelazna kurtyna" została pieczołowicie odrestaurowana i przesunięta nieco bardziej na wschód. Jak papugi powtarzamy jeden za drugim, że walczymy o pokój, wszelako w naszym rozumieniu to tylko MY naprawdę walczymy o pokój — reszta świata dąży do wojny. Identyczna sytuacja jest na płaszczyźnie wielkiej polityki — NASZ blok cały czas dąży do pokoju (pisząc „nasz", mam na myśli zarówno Australię, jak Polskę, które stoją po „właściwej" stronie, a nie moje osobiste zapatrywania), zaś ONI, czyli Chiny, Rosja, Iran, Liban, Palestyna, Północna Korea i tak dalej, nie mają nic innego do roboty poza dążeniem do wojny, trzeciej wojny, która niewątpliwie skończy się nuklearną apokalipsą.

Według Trumpa, Tillersona, wśród jastrzębi kongresu i Pentagonu panuje przekonanie, że pokój można zaprowadzić wyłącznie siłą, występując przeciwko prawdziwym lub urojonym „agresorom" z pozycji siły. Następna sprzeczność. Organizuje się setki manewrów na lądzie, morzach i w powietrzu, mających nastraszyć „agresora", który robi dokładnie to samo, tzn. stara się nastraszyć nas. Idą na to miliardy dolarów, które włożone do innego worka, mogłyby uczynić z tej planety raj na Ziemi. Za prezydentem i sekretarzem stanu USA, ten sam bullshit bezmyślnie powtarzają inne rządy, parlamenty oraz oczywiście firmy zbrojeniowe (wiadomo — biznes!) i generałowie, którzy mają już dosyć gier komputerowych w koszarowej kantynie i chcieliby się zabawić naprawdę. Zdawałoby się tacy inteligentni ludzie, a żaden z nich nie rozpoznaje, jaki to nonsens!

Za czasów ZSRR i PRLu też „walczyliśmy o pokój". Powtarzaliśmy to w szkołach, w harcerstwie i ZMSie. Byliśmy indoktrynowani na lekcjach „wychowania obywatelskiego" i w wojsku, czyli prano nam mózgi z wielokrotnym użyciem tej frazy. Pytaliśmy nieśmiało: „A jak jest po drugiej stronie? Czy oni też walczą o pokój?". Odpowiedź była do przewidzenia: „Oni dążą do wojny, walczą o wojnę!". I oczywiście taka była prawda. Ameryka właśnie sromotnie przegrała w Korei, zaś jej usiłowania zaprowadzenia pokoju w Wietnamie przy użyciu napalmu oraz broni chemicznej i bakteriologicznej okazywały się coraz bardziej daremne. A zaraz potem były Laos, Kambodża i Indonezja, Ameryka Środkowa i Południowa, Afryka i Bliski Wschód. Jednakże blok amerykańsko-zachodni zawsze twierdził, że walczy o pokój i demokrację, niezależnie od czynów dowodzących absolutnie coś przeciwnego. I tak jest do dzisiejszego dnia. Pod pokojowymi sztandarami i hasłami odbywają się istne jatki idące w miliony. Oto do czego doprowadza „walka o pokój".

Wybuch nuklearny
© Fotolia / Romolo Tavani
Jest to główny powód tego, że Kim i koreańska partia komunistyczna nie mają zaufania do przymilnych oświadczeń Tillersona. Kima nie było na świecie, gdy Koreańczycy dosłownie „gryźli trawę", walcząc w trampkach i z rozklekotanym „kałachem" w dłoni przeciwko uzbrojonym po zęby amerykańskim rzeźnikom. Kim wyssał z mlekiem matki odpowiedni stosunek do Ameryki i rodaków z Korei Południowej, która prostytuuje dobre imię Korei, włażąc bez mydła i wazeliny amerykańskim dobroczyńcom. Kim nie da się oszukać.

Ostatnio rzeczniczka Departamentu Stanu poinformowała dziennikarzy, że jest możliwe porozumienie bezwarunkowe, czyli zawarte bez warunków (preconditions). Zaraz potem Tillerson powiedział, że usiądzie do stołu, pod warunkiem że Korea zaprzestanie prowokacji i na czas nieokreślony wyrazi skruchę, nie robiąc prób z rakietami i bronią nuklearną. Kim powiedział dokładnie to samo: niechaj USA wykażą dobrą wolę i zajmą się swoimi sprawami po drugiej stronie Pacyfiku. Lecz dla Ameryki jest to nieodpowiedni scenariusz — Ameryka siądzie do stołu, gdy Korea całkowicie się rozbroi, a w tym czasie odbywać się będą nadal i bez przeszkód coraz bardziej niebezpieczne manewry u brzegów Korei. A także CIA nadal będzie szukać okazji, żeby zamordować Kima i obalić istniejący „reżim". Zatem chęci są niby dobre, ale mają swój oszukańczy podtekst. Walka o pokój już w samych założeniach opiera się na kłamstwie i zapowiada agresję.

A może Amerykanie są jeszcze na poziomie roku 1945, gdy po otrzymaniu dwóch bomb atomowych japoński cesarz w te pędy podpisał traktat pokojowy?

Zachodnia propaganda wpaja całemu światu, że przecież Północna Korea stwarza niebezpieczeństwo dla pokoju światowego poprzez rozbudowę potencjału nuklearnego w czasach, gdy świat (czyt. USA) się rozbraja (sic!), czy zatem protesty międzynarodowej społeczności nie są usprawiedliwione? OK, a czy Stany Zjednoczone, Francja i Izrael nie zagrażają światowemu pokojowi? Ale czy ktoś ma prawo kwestionować nuklearne arsenały amerykańskie, brytyjskie, żydowskie i francuskie? Pomawianie tych krajów o nieustanną neokolonialną agresję i masakry w całym Trzecim Świecie to przecież herezja i wprost świętokradztwo!

Spójrzmy na mapę świata. Zbyt dużo jest punktów zapalnych, aby je tu wyliczać. W każdym z nich możemy się łatwo doszukać udziału USA, któregoś z krajów zachodnich lub tzw. „koalicji", często gęsto z udziałem band terrorystycznych sponsorowanych, zbrojonych i finansowanych przez te kraje.

Wybuch jądrowy
© Fotolia / Twindesigner
„Walka o pokój" to takie samo słowo-klucz jak „militant", czyli „bojownik" walczący po naszej stronie o naszą sprawę. Ten sam „bojownik" zamienia się w terrorystę, gdy organizacja, do której należy, uznana została przez nas za terrorystyczną i walczy po „tamtej" stronie. Naziści nazywali naszych partyzantów bandytami. Turcja uważa Kurdów za terrorystów, zaś USA ostatnio obwołały Iran i Północną Koreę państwami terrorystycznymi. Tak kazał Trump i kongres zatwierdził. Od tej chwili zatem, cokolwiek przedsięweźmie któryś z tych krajów, jest czynem terrorystycznym, upoważniającym Stany Zjednoczone do zbrojnej interwencji, oczywiście w trosce o „pokój i stabilność w regionie". Ten amerykański krok jest pretekstem do posądzenia Rosji o popieranie terroryzmu, jeśli Federacja ujmie się za Iranem, Hezbollah lub Koreą. Turcja — jeden z filarów NATO z racji swej strategicznej pozycji na Morzu Czarnym — najechała na Syrię pod pozorem walki z kurdyjskim terroryzmem. Trump postanowił usadzić się na dobre w Syrii, pod pretekstem trzymania pod okiem niedobitków ISIS, czyli poprawić to, co rzekomo „sknocili" Rosjanie. Poroszenko nazwał terrorystami mieszkańców Donbasu i dostał błogosławieństwo Zachodu, aby ich eksterminować przy użyciu śmiercionośnej broni i milionów dolarów. Pamiętajmy — to wszystko w ramach walki o pokój.

Grzyb atomowy
© Fotolia / Twindesigner
Te papierowe desygnacje różnych organizacji i państw są po to, aby zamydlić oczy ONZowi, który zresztą i tak wie — choć nieoficjalnie — co jest grane. Rządy Ban-ki-moona jako sekretarza generalnego ONZ i jego poprzedników charakteryzowały się przedziwnie ciepłym stosunkiem tej organizacji do krajów zachodnich, a USA, W. Brytanii, Arabii Saudyjskiej i Izraela w szczególności. Służalcza postawa sprawiła, że wylano morza krwi milionów ludzi, ponieważ pozwolono Ameryce na sobiepaństwo na świecie. Nie będę chyba daleki od prawdy, gdy powiem, że trzy czwarte rezolucji ONZ zostało podjęte w całkowitej niezgodzie ze zdrowym rozsądkiem i prawami międzynarodowymi ustanowionymi nie przez kogo innego jak ONZ właśnie. Ameryka „załatwiła" sobie szereg przywilejów, z których teraz korzysta pełnymi garściami nakładając sankcje i mieszając się w wewnętrzne sprawy innych krajów. Niki Haley w każdym ze swoich jastrzębich wystąpień co i raz powołuje się na którąś z nich, usprawiedliwiając posunięcia Trumpa i jego administracji. Przepchnięta w ONZ tzw. „wojna z terrorem" po wydarzeniach 9/11 toczy się z powodzeniem dalej. Wojna w Afganistanie trwa już pełne 16 lat i nie tylko nie widać końca, ale Trump wysłał nowy, posiłkowy kontyngent w sile 4 tys. ludzi. Irak i Syria są nadal na wokandzie, do Libii zachodnia koalicja posyła parę bombowców od czasu do czasu. USA zbroi Arabię Saudyjską, aby jej rękami zakończyć krwawe żniwo w Jemenie i wziąć się za znienawidzony przez Trumpa i Izrael Iran. Z terrorystyczną Koreą Północną Trump się sam rozprawi — jak zawadiacko napisał na Twitterze. Pozostają Rosja i Chiny, które zostały odłożone na deser. Lecz aby z nimi zacząć, trzeba wymyślić inną strategię lub odgrzać doktrynę Brzezińskiego. Natomiast w Europie pokojowa rola NATO polega na „powstrzymywaniu rosyjskiej agresji", również w celu ustanowienia pokoju, demokracji i stabilności.

I tak dalej. Walka o pokój cały czas się toczy już od 70 lat z okładem i jakoś jak go nie było tak nie ma. Czy nie można by zatem zastanowić się, że być może ta metoda posiada jakieś mankamenty, skoro jest nieefektywna? Może byśmy zaczęli ustanawiać pokój pokojowymi metodami? Od czego mamy zdolnych dyplomatów?

Podczas dorocznej konferencji prasowej Włodzimierz Putin poradził, abyśmy spojrzeli w siebie. Co to znaczy? Faktycznie pokój lub wojna jest w każdym z nas. Każdy z nas żyje wewnętrznie pokojem, jeśli jest spokojny i pokojowo nastawiony, lub wojną, gdy jego uczucia i myśli są negatywnej, agresywnej natury. I tu leży cała tajemnica. Wszelkie prowokacje na małą i wielką skalę rodzą się z tego, że nasze psychiczno-mentalne wnętrze jest roztrzęsione i niespokojne. Grupy społeczne i etniczne, narody, religie, rasy, składają się z takich samych ludzi jak my, zatem psychiczno-mentalne wnętrza nas wszystkich są podobne do siebie. Gdyby każdy z nas spojrzał w siebie z tak pozytywnym nastawieniem, na jakie go stać, gdyby postarał się wykorzenić mocno zakorzenione zło i wydobyć na powierzchnię dotąd ukryte dobro, okazałoby się, że mamy pokój w sobie i nie musimy ani o niego walczyć, ani szukać go nigdzie na zewnątrz. To tylko kwestia nastawienia. Wtedy być może świat będzie lepszy do życia.

Spójrzmy w siebie. Każdego wieczoru poświęćmy małą chwilę na rachunek sumienia. Czy podoba nam się wszystko, co dzisiaj pomyśleliśmy, powiedzieliśmy i zrobiliśmy? Jeśli nie, starajmy się nie popełniać tego samego błędu w przyszłości.

I to by było na tyle.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Poglądy i opinie zawarte w artykule mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Trump: Wywiad USA cieszy się, że uratował Rosjan
Media o możliwym miejscu przebywania przywódcy PI
U granic Łotwy zauważono rosyjski okręt podwodny
Tagi:
trzecia wojna światowa, wojna, Wietnam, Irak, Korea Północna, Iran, Syria, USA, Rosja
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz