21:12 17 Listopad 2018
Na żywo
    Polska. Borne Sulinowo.Polska. Postkomunistyczny skansen. Borno Sulinowo

    Baza ruska

    © Zdjęcie : Aniela Bilewicz © Zdjęcie : Agnieszka Barbara Bednarz
    1 / 2
    Opinie
    Krótki link
    Ludwik Stomma
    7690

    W pobliżu malowniczej wsi Saâcy-sur-Marne, na granicy Île-de-France i Szampanii, w której mieszkałem 10 lat z okładem, więc złaziłem okolicę od A do Z, wznosi się kopczyk, na który we wtorek, 9 listopada 1813 r., około godz. 10 rano, wdrapał się podobno Napoleon Bonaparte.

    Cesarz wycofywał się do Paryża, atakowany na tym brzegu Marny przez Austriaków i Bawarczyków pod swoim niegdysiejszym pupilem gen. Karlem Philippem von Wredem oraz przynajmniej część kozaków Matwieja Iwanowicza Płatowa. Z kopczyka rozciąga się rozległy widok, nie można więc wykluczyć, że oglądał zeń panoramę również któryś ze ścigających.

    Przedtem opowiadano o pagóreczku, że kryje grób dragonów Ludwika XIV, co nie zainteresowało archeologów, dzisiaj pasą się na nim krowy, a wejść nielegalnie nie można, bo pole jest prywatne. Uparty musiałby się przedzierać przez krzaki tarniny, które kłują i drapią.

    W Rzeczypospolitej mamy też różne miejsca pamięci. Jak pisał Tadeusz Boy-Żeleński:
    „Tu, pod tą gruszką,
    Drzemał Kościuszko!"
    Dopieroż robi się skweres!
    „A pod tą drugą
    Kołłątaj Hugo
    Załatwiał mały interes!"
    Chcę kłaść fundament,
    Ci dalej w lament:
    „Na Boga! Nie tykaj gruszki!"
    I płać ty, człeku,
    Po całym wieku
    Koszta rebelii Kościuszki!"

    Wspomniałem kopczyk i wierszyk Żeleńskiego przy okazji wydarzenia, które chociaż smutne samo w sobie i z innego kontekstu wyjęte, ma jednak z nimi coś niepokojąco wspólnego.

    Oto w mojej ulubionej audycji polskiej telewizji „Szkło kontaktowe", do której miłość już na tych łamach deklarowałem, z dziwnym spotkałem się przypadkiem. Oto na dole ekranu mieści się pole, w które widzowie wpisują SMS-y, a niżej jeszcze pasek, po którym płyną najnowsze wiadomości. Pewnego razu donoszono na nim o tragicznym wypadku dwojga dzieci. News kończył się słowami, że do tragedii doszło na terenie należącym ongiś do garnizonu radzieckiego.

    W pierwszej chwili zagościliśmy u Boya. I płać ty, człeku, po ćwierci wieku koszta Układu Warszawskiego… Ale — przyszło zastanowienie — obecność bazy radzieckiej nie jest przecież dla Polaka podobnie godna uczczenia jak gruszek Kościuszki i Kołłątaja. Skąd więc to przypomnienie?

    Wracamy pod kopczyk. I znowu nic się nie zgadza. W miejscu, gdzie stacjonowali źli Ruscy, było, musiało być, coś ciekawego przedtem, o co potem (w ciągu ćwierć wieku!) powinny zadbać miejscowe władze, zwłaszcza jeżeli było tam niebezpiecznie.

    W każdym razie żadnego iunctim pomiędzy garnizonem radzieckim i topieniem się dzieci, którym skądinąd ogromnie współczuję, dostrzec nie jestem w stanie.

    Kiedy byłem mały, właziłem przez dziurę w płocie do ruin Zamku Królewskiego (mieszkaliśmy tuż obok, więc znałem wszystkie możliwości wejścia). Pewnego razu na zabytkowym na pewno kamieniu, bo innych tam przecież nie było, zwichnąłem nogę. Nie było wcale poszkodowanemu tak łatwo wyjść i przy powrotnym forsowaniu dziury cierpiałem jak potępieniec. Czy miałem mieć o to pretensję do budowniczych zamku albo np. Stanisława Augusta Poniatowskiego? Bardziej już może do lotników hitlerowskich bombardujących Warszawę, chociaż nie wiadomo, czy to akurat oni strącili mój kamień, zważywszy, że do czasów gierkowskiej odbudowy mieściła się tu wielka, choć nieoficjalna, pijalnia piwa dla wszelkich okolicznych mętów, a latem także ich noclegowisko.

    Czy w takim razie komunikowanie, że rzecz się stała (taki wyróżnik miejsca na zamku, który odbili czerwonoarmiści w styczniu 1944 r., w ramach „nowej okupacji"), byłoby taką samą bezsensowną, niczemu nie, służącą nieinformacją? Otóż niestety nie.

    Wspomnienie garnizonu ma przypominać, jakby już nam tego nie tłumaczono 50 razy dziennie, że wszystko, co złe, to ruskie lub przynajmniej z Ruskimi związane, albo groźnym spadkiem po nich będące.

    Polska chora na Rosję
    © Sputnik . Władimir Trefiłow
    Polska chora na Rosję
    Ten konkretny wypadek niech się nakłada na katastrofy samolotowe, doping w sporcie (inni to niewiniątka), niekupione jabłka, rakiety w Królewcu, krew na Bliskim Wschodzie, a w końcu brzydką pogodę, głupiego sąsiada i złośliwą teściową.

    Pewnie Adam w raju też był Ruskim i przez niego zgoła wszyscy umieramy. Całkiem to dla Polaka prawdopodobne.

    Smutno mi tylko i przykro, że „Szkło kontaktowe" daje się czasami, bo to nie pierwszy raz, w takie bagno wciągać.

    Ludwik Stomma, polski publicysta

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Tekst jest publikowany za zgodą Redakcji tygodnika opinii Przegląd. Oryginał pierwotnie ukazał się w Przeglądzie.

    Zobacz również:

    Ławrow: Stosunki z Polską należy traktować filozoficznie
    Chopin, Kennedy, Bandera
    Jeździ sobie betoniarka, czyli – rzecz o dinozaurach
    Swiridowa wiara w Polskę
    Spotkanie rusofobów w Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia
    Rusofobia MADE IN POLAND. Część II
    Sąd w Warszawie odmówił dziennikarzowi Swiridowowi udziału w posiedzeniu w jego sprawie
    Czwarta tajemnica fatimska: żyjesz na podsłuchu
    Rusofobia daje radość z życia
    Tagi:
    rusofobia, propaganda, Przegląd, Szkło Kontaktowe, TVN 24, Stanisław August Poniatowski, Ludwik Stomma, Kościuszko, Napoleon, Warszawa, Francja, Rosja, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz