23:07 15 Październik 2018
Na żywo
    Symferopol: akcja przeciwko bombardowaniu Syrii przez wojska koalicji USA

    Porażka Zachodu: i na syryjskim niebie, i na polu propagandy

    © Sputnik . Aleksandr Polegenko
    Opinie
    Krótki link
    Leonid Sigan
    121182

    Wypowiedź Wasilija Niebienzi na forum Rady Bezpieczeństwa wywołała duże wrażenie. Dyplomata bez ogródek wyraził przekonanie, że afera z próbą otrucia Skripalów związana jest z „ustawką" domniemanego użycia broni chemicznej w syryjskiej Dumie. A w konsekwencji nastąpił atak rakietowy USA, Francji i Wielkiej Brytanii, który zakończył się fiaskiem.

    Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow
    © Sputnik . Maksim Blinow
    O tym w rozmowie korespondenta radia Sputnik Leonida Sigana z politologiem i publicystą Konradem Rękasem.

    — Co według Pana redaktora te dwa wydarzenia mają ze sobą wspólnego?

    — Oczywiście bardzo trudno uciec od wrażenia dość oczywistej koincydencji afery Skripala i rzekomego użycia broni chemicznej w Dumie. Uderza nie tylko sama forma — w obu przypadkach użycie argumentu jakiejś tajnej, trudno wykrywalnej substancji, która tłumaczy to, dlaczego w zasadzie nie ma żadnych śladów i dowodów — bo cóż, to broń chemiczna — zniknęła, wyparowała, ale fachowcom trzeba wierzyć, bo oni się na tym znają. W obu przypadkach (scenariusz — red.) jest niezwykle podobny, łatwo można tu znaleźć odwołanie do pewnego mechanizmu psychologicznego: wierzcie ekspertom, specjaliści wiedzą lepiej, i to ma jakby zakwestionować coś tak podstawowego jak zwykły ludzki zdrowy rozsądek. Ale oczywiście dużo większe jest podobieństwo nie tyle formalne, co podobieństwo motywów i celów obu tych prowokacji. Jeśli afera Skripala miała uzasadnić sankcje polityczne i dyplomatyczne, zaognienie stosunków między Zachodem a Rosją, to oczywiście prowokacja w Syrii miała być może w założeniu doprowadzić do eskalacji konfliktu zbrojnego i rozszerzenia go do trudnych do określenia rozmiarów konfliktu pełnowymiarowego, nie tylko w Syrii.

    Zwróćmy uwagę na to, że przecież równolegle z amerykańsko-brytyjsko-francuską napaścią na Syrię zaostrzyła się sytuacja w Donbasie, gdzie siły kijowskie zaatakowały republiki ludowe na całej linii frontu pomimo teoretycznie trwającego zawieszenia broni. A więc widać, że nie mówimy tutaj o jakichś oderwanych przypadkach, a o zaplanowanych, agresywnych działaniach całego Zachodu. Oczywiście w obu tych wydarzeniach uderzają coraz większa słabość oraz coraz mniejsza skuteczność tego typu metod. Otóż jeszcze kilka lat temu społeczeństwa zachodnie łatwiej dawały się nabrać, albo też mniej interesowały się wiarygodnością tego typu historii, jednak sięgnięcie po te metody kolejny raz poważnie deprecjonuje amerykańską czy brytyjską propagandę. Wydaje się, że społeczeństwa Zachodu coraz bardziej zdają sobie sprawę nie tylko z motywów, ale również z możliwych skutków takich działań.

    Zaczynają widzieć bardzo wyraźnie, że naprawdę może to doprowadzić do wybuchu wojny światowej. A tego nikt, nawet najbardziej zaślepiony czy ogłupiony mieszkaniec Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych, jak i jakiegokolwiek innego kraju oczywiście nie chce, zdając sobie sprawę, że taka wojna to nie będzie jakiś konflikt w odległym regionie świata, którego nazwy i tak nie pamięta, to nie będą tylko anonimowe ofiary w krajach, których nazw nie umie powtórzyć, to nie będą tylko wzruszające kadry w wiadomościach, a może to zmienić się w wojnę, rozgrywającą się nad głowami, za drzwiami europejskich czy amerykańskich miast. To działa otrzeźwiająco. Osobiście widziałem w Wielkiej Brytanii spontaniczne i coraz bardziej narastające manifestacje antywojenne, protesty sprzeciwu wobec bombardowań, w których ludzie domagają się bardzo jasno: aby tę psychozę wojenną przerwać. Oznacza to, że Zachód  przegrywa nie tylko nie umiejąc pokonać syryjskiej obrony przeciwlotniczej, ale przegrywa też na swoim ulubionym polu — na polu propagandy.

    — W jakim stopniu groźby, które padły ze strony Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników pod adresem władz Syrii, miały na celu poprawę swoich notowań, mam na myśli prezydentów Trumpa i Macrona oraz premier Theresę May?

    — Cała trójka tych polityków jest w bardzo marnej sytuacji wewnętrznej. Trump cały czas znajduje się w ogniu kolejnych oskarżeń, natury już w tej chwili kryminalnej, dotyczących opłacania milczenia świadków, którzy mogą oskarżyć go o nielegalne działania, o molestowanie seksualne itd.

    Theresa May boryka się z ogromną opozycją wewnętrzną, ze słabnącą pozycją wewnątrz Partii Konserwatywnej, z bardzo dużą słabością rządu konserwatywno-unionistycznego oraz z dużymi trudnościami, związanymi ze skutkami i przebiegiem Brexitu.

    Natomiast Macron znajduje się ogniu krytyki w związku z zaproponowanymi przez siebie reformami politycznymi i społeczno-ekonomicznymi. Wszyscy oni uciekają do przodu, ponieważ wolą kojarzyć się swoim społeczeństwom jako bohaterowie wojny z terroryzmem, a nie jako nieudani politycy. Oczywiście całą tę trójkę łączy jeszcze jedna rzecz: wszyscy oni doszli do władzy w wyniku sprytnego wykorzystania niezadowolenia społecznego. Trump prezentował się jako kandydat antyestablishmentowy, który w ogóle cudem pokonał głównych kandydatów obu amerykańskich partii. May to przecież premier Brexitu — czyli sprzeciwu, wyrażonego przez brytyjskie społeczeństwo, a Macron został wylansowany jako nowa twarz i nowa siła polityczna we Francji, głównie przeciwko Marine Le Pen, ale również jako nowa twarz establishmentu, niewyglądającego na establishemnt — był to taki rebranding w obrębie grupy demokratyczno-liberalnej. I okazuje się, że po kilkuletniej czy kilkunastomiesięcznej weryfikacji cała ta trójka polityków ujawnia, że rebranding był całkowicie fałszywy, że oczywiście reprezentuje zarówno establishment, jak i interesy finansiery i niczym nie różni się od swych poprzedników na stanowiskach prezydentów i premierów. A zatem społeczeństwa Zachodu, szukając nowej jakości (w polityce — red.), po raz kolejny dały się oszukać. To, co widzimy obecnie w Syrii, to, co widzimy w relacjach Wschód-Zachód, nie ukryje tego dłużej przed wyborcami, bo ta kompromitacja i fakt kończenia się pomysłów systemu politycznego i ekonomicznego Zachodu są coraz bardziej widoczne. Nie jest to bynajmniej dobra wiadomość, bo jeśli Zachodowi skończą się pomysły, jak utrzymywać fikcję demokracji partyjnej i liberalnego kapitalizmu to ostatnim pomysłem zostanie wojna.

    — Obserwatorzy twierdzą, że Donald Trump nosił się wcześniej z zamiarem zbombardowania rosyjskich stanowisk w Syrii i że to Pentagon odwiódł go od tego pomysłu. Czyżby w Pentagonie zadomowiły się już gołębie?

    — Zwróćmy uwagę na pewien dość ciekawy aspekt — który jeszcze w okresie zimnej wojny odróżniał Związek Radziecki od Ameryki. Stany Zjednoczone najbardziej agresywnych polityków czyniły najczęściej sekretarzami bezpieczeństwa, a tych łagodnych sekretarzami stanu. Natomiast w Związku Radzieckim tym twardym był minister Gromyko i kolejni szefowie dyplomacji, a do „miękkich" należał marszałek Malinowski, który podczas kryzysu kubańskiego przekonał Chruszczowa, aby zgodził się na rozwiązanie pokojowe. Pokazuje to, która ze stron wolała agresywną dyplomację, ale spokojną siłę militarną, a która wierzyła w łagodną dyplomację, ale agresję wojskową na wszystkich frontach. Ale teraz to Amerykanie idą śladem marszałka Malinowskiego sugerując, żeby nie wariować, nie przesadzać, nie tweetować, nie prowadzić tzw. dyplomacji tweeterskiej, którą prezydent Trump tak lubi. Jednak kiedy patrzymy na skutki i sam przebieg ataku na Syrię, to jest to wręcz niesamowite — nawet, gdyby przyjąć prawdziwość amerykańskiej narracji dotyczącej ataku, to i tak była ono grubo poniżej tzw. efektywności ekonomicznej — nawet gdyby siły syryjskie zestrzeliły tylko 30-40% atakujących rakiet, to i tak oznaczałoby to, że ten atak się po prostu nie opłacał i normalnie według kryteriów armii amerykańskiej nie powinien być powtarzany w taki sposób. A jeśli rzeczywiście zestrzelono aż 70% i to przy pomocy starych systemów Buk oznacza to wówczas, że rzekoma amerykańska przewaga na Bliskim Wschodzie po prostu nie istnieje. Do tej pory Stany Zjednoczone operowały bowiem pewnym mitem, że są w stanie właśnie z powietrza, używając broni rakietowej zaprowadzić demokrację, czyli swoje porządki w dowolnym miejscu świata. Tymczasem okazuje się, że chyba po raz pierwszy, pomimo doświadczeń z Jugosławii, Libii czy Iraku nie były w stanie tego zrobić. Oczywiście nie możemy być tak do końca optymistyczni.

    Pamiętajmy, że cały czas przegrupowuje się flotę amerykańską na Morzu Śródziemnym, pod koniec kwietnia czy na początku maja uzyska ona zdwojoną gotowość bojową i nasuwa się pytanie, czy nie dojdzie wtedy do powtórzenia ataku przy większej przewadze powietrznej Stanów Zjednoczonych, co może już stanowić pewien kłopot dla obrony syryjskiej, a co za tym idzie ogromny problem dla całej sytuacji politycznej w tym regionie.

    Niemniej jednak, co jest chyba oczywiste, atak ten był wyraźnie przedwczesny, był spowodowany tweetową dyplomacją Trumpa. Po jego szumnych zapowiedziach, godnych goryla wchodzącego na palmę i bijącego się w piersi, Amerykanie musieli uderzyć, aby nie skompromitować do końca swojego prezydenta.

    Jednak z drugiej strony należy podkreślić, że nie zaatakowali pełnowymiarowo, trudno mówić o uzyskaniu jakichkolwiek celów militarnych czy nawet politycznych w wyniku tego ataku. A więc mieliśmy do czynienia z działaniem na pół gwizdka — Amerykanie uznali, że muszą to zrobić, ale postarali się, by nie było to nic politycznie zobowiązującego na tym etapie. Trudno jest więc określić atak w Syrii inaczej, niż jako ogromną militarną, dyplomatyczną i wizerunkową porażkę Stanów Zjednoczonych.

    — Jeszcze za czasów II Rzeczpospolitej było w obiegu powiedzonko: słoń a sprawa polska. Jaka była reakcja polskich władz i tak zwanych środowisk głównego nurtu na wydarzenia w Syrii i wokół niej?

    — Jest też trochę podobne powiedzenie brytyjskie: nie widzieć słonia w pokoju. W tym przypadku to właśnie ta brytyjska maksyma pasuje mi bardziej do sytuacji w Polsce. Polskie władze nie zauważyły słonia, (symbolizującego — red.) zagrożenie wybuchu wojny światowej, znajdującego się w pokoju i spokojnie zajmowały się swoimi ulubionymi tematami, czyli rocznicą katastrofy smoleńskiej i wychwalaniem w telewizji sukcesów obecnego rządu.

    Było to aż zastanawiające, mogłoby się bowiem wydawać, że propagandyści z partii rządzącej rzucą się na temat rzekomej agresji w Syrii — agresji rosyjskiej, skorzystają z okazji, by wylać ulubione przez siebie kubły pomyj na prezydenta Putina, na rosyjskie zaangażowanie pokojowe na Bliskim Wschodzie itd. Tymczasem zastanawiało zażenowane milczenie w tej sprawie. Wskazuje to też na to, że władze Polski nie czują się już chyba zbyt pewnie w swoich relacjach z Ameryką, ani nie wiedzą też, co zrobić, kiedy amerykański hegemon i opiekun wyraźnie słabnie i przegrywa. Przez ostatnie lata przyzwyczajono polskie społeczeństwo do opowiadania o nieprzerwanych sukcesach USA, a tymczasem okazało się, że wielki wuj Sam nie jest wcale taki wielki i nie wiadomo, jak to Polakom powiedzieć. Postanowiono więc nie mówić nic.

    Zobacz również:

    Pojedynek okrętów podwodnych na Kamczatce
    Chiny o pocisku balistycznym nowej generacji
    Trump czy Putin: kto jest bardziej niebezpieczny
    Tagi:
    Atak USA na Syrię, Emmanuel Macron, Donald Trump, Syria, Francja, USA
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz