21:03 20 Listopad 2018
Na żywo
    Pochód pierwszomajowy w Moskwie

    Polska: Modlitwa za postkomunistów

    © Sputnik . Vladimir Vyatkin
    Opinie
    Krótki link
    Agnieszka Wołk-Łaniewska
    17595

    Jeśli dobrze pamiętam, to Krzysztof Janik zapytał wówczas, z właściwym sobie wdziękiem: „Pani pośle, proszę mi przypomnieć, jaka formacja wprowadziła pierwszą ustawę dezubekizacyjną?" - zbierając huraganowe oklaski. Oficerowie pamiętają, kto był po ich stronie - a kto nie.

    W sondażu Kantar MB, który rozgrzał nasze serca rekordowym spadkiem PiS, Sojusz Lewicy Demokratycznej miał 9 procent. I, w odróżnieniu od pisowskiego wahnięcia, wyglądającego na dość incydentalne (cieszmy się nim, póki trwa) — wzrost notowań SLD zdaje się stałą tendencją.

    Leszek Miller
    © Sputnik . Leonid Sviridov
    Sejm Rzeczpospolitej Polski
    © REUTERS / Agencja Gazeta/Slawomir Kaminski
    Agnieszka Wołk-Łaniewska w Moskwie
    © Sputnik . Leonid Swiridow
    W ciągu ostatnich tygodni popularność lewicy stale rosła — sondaży, w których zbliżała się do 10 punktów procentowych, było dwukrotnie więcej, niż takich, w których balansowała na progu wyborczym lub go nie przekraczała. I są realne powody, dla których tak się dzieje.

    To wyraźna zmiana strategii Sojuszu, ostre wejście na kurs kolizyjny z dyskryminacyjną polityką PiS wobec ludzi Polski Ludowej.

    To bardzo dobra wiadomość.

    Po pierwsze dlatego, że jest to działanie słuszne moralnie: lewica wreszcie przypomniała sobie, komu zawdzięcza przetrwanie okresu przełomu i swoje późniejsze polityczne sukcesy — i zamiast umizgiwać się do świętej pamięci etosu podjęła walkę o swoich.

    Po drugie dlatego, że jest słuszne politycznie. Wyraźny wzrost notowań SLD wiąże się z dwoma czynnikami, które wystąpiły w ostatnich tygodniach, a których wcześniej nie było: zaangażowaniu w obywatelską inicjatywę uchylenia ustawy dezubekizacyjnej i zaangażowaniu Moniki Jaruzelskiej w działalność publiczną pod sztandarem Sojuszu.

    I wreszcie, po trzecie, jest słuszne, bo dowodzi, że miałam rację. Od lat lamentuję nad dezercją SLD z frontu walki o ludzi Polski Ludowej — i przeważnie słyszałam w odpowiedzi, że nie da się budować formacji politycznej na dziadkach z sentymentem do czerwonych sztandarów, trzeba nam młodych, młodych, młodych, wybierzmy przyszłość, świeckie państwo i świeże powietrze.

    Tymczasem, towarzysze, to nieprawda. Jeśli ludzie Polski Ludowej — jak major Jach czy prokurator Piotrowicz — są dziś czynni w PiSie, to tym bardziej mogą być czynni we froncie walki z PiSem. Przymierze SLD z ludźmi PRL jest to związek, w który nie wkroczy, wiarygodnie, żadna inna formacja.

    Po wejściu z życie pisowskiej „ustawy dezubekizacyjnej" Federacja Stowarzyszeń Służb Mundurowych zorganizowała konferencję, na której zjawili się, nieliczni, przedstawiciele parlamentarnej opozycji. Wśród nich platformiany poseł Szczerba, słynny z inwokacji „Panie marszałku kochany", który przekonywał, że jest synem wojskowego (Kazimierz Szczerba, medalista olimpijski w boksie, trenował w barwach Legii) i to czyni go naturalnym wyrazicielem głosów obecnych na sali. Jeśli dobrze pamiętam, to Krzysztof Janik zapytał go wówczas, z właściwym sobie wdziękiem: „Pani pośle, proszę mi przypomnieć, jaka formacja wprowadziła pierwszą ustawę dezubekizacyjną?" — zbierając huraganowe oklaski. Oficerowie pamiętają, kto był po ich stronie — a kto nie.

    Ludzie Polski Ludowej mogli obrazić się na SLD za kunktatorstwo, Ogórka, czy organizowaną przez młode pokolenie kampanię ZLewu pod wezwaniem Barbary Nowackiej, która okazała się całkowitym niewypałem — ale bardzo chcą mu wybaczyć. Ostatni wzrost notowań Sojuszu dowodzi, że proces wybaczania się rozpoczął.

    Obywatelski projekt zniesienia ustawy dezubekizacyjnej — która przyniosła już 31 ofiar śmiertelnych — został przez PiS uwalony w pierwszym czytaniu.

    Specjalnie dla Andrzeja Rozenka który przewodniczył komitetowi inicjatywy ustawodawczej i prezentował projekt w Sejmie, marszałek Kuchciński zmienił sejmowy regulamin, ograniczając dowolny dotychczas czas wystąpienia przedstawiciela inicjatyw obywatelskich do 15 minut. Ale to w istocie rzeczy nie ma żadnego znaczenia — od początku wiadomo było, że w tym Sejmie inicjatywa nie miała żadnych szans. To, co się liczy — to współpraca SLD ze środowiskami mundurowych z PRL, zrzeszonych w Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych pod kierownictwem znakomitego płk Zdzisława Czarneckiego i ogólnopolska (choć nieobecna w ogólnopolskich mediach) kampania, która za nią stała.

    Rozczulająco mówił niej Lech Kowalski, oficer polityczny ludowego Wojska Polskiego w randze podpułkownika, obecnie jeden z (nielicznych, ale mocno widocznych) ludzi Polski Ludowej w służbie Polski Pisowskiej, pełniący obowiązki historyka: „Gen. Dukaczewski spotyka się w garnizonach z kadrą o jednoznacznie negatywnym stosunku do obecnych władz państwa polskiego. Tam podpala się zarzewie przyszłego buntu, który będzie polegał na wypowiedzeniu posłuszeństwa państwu polskiemu. ABW powinna powstrzymać te wojaże".

    Gen. Marek Dukaczewski był zastępcą przewodniczącego komitetu inicjatywy i rzeczywiście, wraz z Andrzejem Rozenkiem, jeździli po Polsce zbierając podpisy i namawiając emerytowanych oficerów do zaangażowania się w walkę z ustawą.

    Lęki, jakie akcja to wzbudziła w nieszczególnie lotnym, ale znającym środowisko byłym podpułkowniku dowodzą, że ich wysiłki nie poszły na marne. Ten rodzaj działania — żmudna praca w terenie, osobisty kontakt z ludźmi, dziesiątki spotkań w małych miejscowościach, bez przełożenia na media ogólnopolskie — jest jedyną drogą do politycznego sukcesu dla formacji pozbawionych pieniędzy i wpływów.

    Choć oczywiście okazja do zaistnienia w mediach ogólnopolskich jest nie do przecenienia. Dla rewitalizowanego sojuszu Sojuszu ze środowiskiem mundurowych PRL taka okazją stało się pozyskanie Moniki Jaruzelskiej.

    Osobiście zawsze miałam do Moniki głęboką i kompletnie nieracjonalną pretensję o to, że — mając przywilej wyrastania w domu i w świetle wielkiego człowieka — uciekała od tego dziedzictwa do tego stopnia, by poświęcić swoje życie zawodowe czemuś tak absurdalnie błahemu jak moda. Fakt, że polityczna rzeczywistość dobrej zmiany w końcu zmusiła ją do zaangażowania w świat, którego starała się unikać — jest zapewne przejawem dziejowej niesprawiedliwości, ale może też być wydarzeniem przełomowym dla lewicy w Polsce. Uczynienie córki Generała twarzą Sojuszu Lewicy Demokratycznej w nadciągającym maratonie wyborczym jest fenomenalnym pomysłem — pod każdym względem.

    Zgoda, lewica ma złe doświadczenie z tego typu eksperymentami — ale Monika Jaruzelska zasadniczo różni się od Barbary Nowackiej. Z całmy szacunkiem — Izabela Jaruga-Nowacka, którą znałam i ceniłam, nie była dla szerokich mas wyborców autorytetem ani wzorem do naśladowania, a jej tragiczna śmierć w katastrofie lotniczej w żaden sposób tego nie zmieniła. Uczynienie przystojnej, dobrze wychowanej i inteligentnej sieroty smoleńskiej twarzą kampanii wyborczej było zabiegiem piarowskim, który — jak dowodzi doświadczenie — nie przyniósł lewicy żadnej wartości dodanej. Nadanie kampanii SLD twarzy Moniki Jaruzelskiej jest kontraktem, zawartym z ludźmi Polski Ludowej. Jest wyraźnym powiedzeniem: jesteśmy z wami i nie wstydzimy się tego.

    Na to oczywiście nakładają się osobiste walory Moniki — jej inteligencja, atrakcyjność, a przede wszystkim ten rodzaj godności, który kojarzymy z Generałem i którego nam wszystkim bardzo w życiu publicznym brakuje. Ale, brutalnie mówiąc, najważniejsze jest jej nazwisko.

    W dyskusji na temat konieczności przeciwstawiania się złu, nader często cytowany jest Martin Niemöller — jeden z legendarnych działaczy antynazistowskich, autor słynnej wyliczanki: Kiedy naziści przyszli po komunistów, milczałem, nie byłem komunistą; kiedy zamknęli socjaldemokratów, milczałem, nie byłem socjaldemokratą; kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem, nie byłem związkowcem; kiedy przyszli po Żydów, milczałem, nie byłem Żydem. Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować".

    Brutalna prawda jest taka, iż uniwersalna rzeczywistość tej frazy po prostu nie sprawdza się w relatywnym dobrostanie państwa-członka Unii Europejskiej w XXI wieku. Politycy, komentatorzy, a także wyborcy mainstreamowych formacji antypisu nie czują się na tyle zagrożeni, żeby stanąć po stronie tych, których  PiS rzeczywiście, fizycznie eksterminuje: ofiar ustawy „dezubekizacyjnej", będących, z mocy pisowskiego prawa, „ubekami".

    Ale ludzie Polski Ludowej najwyraźniej zaczynają to pojmować.

    Adam Michnik i Lech Wałęsa. Warszawa
    © Sputnik . Leonid Swiridow
    Najpierw przyszli po ubeków, teraz idą po wojskowych, potem przyjdzie pora na partyjnych. Najpierw aparat, a potem każdego innego: prawników, naukowców, nauczycieli, dziennikarzy, członków powiatowych i wojewódzkich Rad Narodowych…

    Każdy, kto uważał się za lojalnego obywatela Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, może być pozbawiony stopnia, emerytury, środków do życia. Prezydent Duda nie stanie się obrońcą 3 milionów członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej tylko dlatego, że zawetował jedną haniebną ustawę. Jedyną formacją, na jaką mogą liczyć ludzie Polski Ludowej, jest Sojusz Lewicy Demokratycznej. Jest nadzieja, że obie strony zaczynają to rozumieć.

    Przez dwie dekady uważałam SLD za socjalzdrajców. Zachłyśnięcie neoliberalizmem, służalstwo wobec USA,  żałosne umizgi do etosu i Kościoła, kompletnie nielewicowa polityka kolejnych eseldowskich rządów — w pełni uzasadniają tę ocenę. Ale dzisiaj, w czasach dyktatury katonacjonalistów z PiS i monopolizacji opozycji przez  liberalno-antykomunistyczny dyskurs PO i okolic — lewicowi wyborcy są skazani na Sojusz Lewicy Demokratycznej, a SLD jest skazany na postkomunistycznych wyborów.

    Pomódlmy się do przenajświętszej panienki, żeby obie strony to wreszcie zrozumiały.

    Agnieszka Wołk-Łaniewska, publicystka polska, Warszawa

    Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Dlaczego nie lubię IPN?
    Degradacja Kiszczaka i Jaruzelskiego. Ten rząd sięga dna
    Marek Belka - specjalnie dla Sputnik Polska
    Monika Jaruzelska wchodzi do gry
    Wszystkich nas IPN nie zamknie
    Sławomir Dębski w Moskwie: „Śnieg pada"
    ABW strzela w tył głowy. Bez sądu i śledztwa
    IPN wypuścił dżina antysemityzmu
    Leszek Miller: Rusofobia w Polsce stała się doktryną państwową
    Hybrydowy generał ABW
    Wstyd w Imieniu Rzeczypospolitej Polskiej
    Tagi:
    generał, Wojsko Polskie, sondaż, żołnierz, Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, Federacja Stowarzyszeń Służb Mundurowych, Platforma Obywatelska, SLD, ABW, Rząd RP, Prawo i Sprawiedliwość, Wojciech Jaruzelski, Izabela Jaruga-Nowacka, Marek Dukaczewski, Barbara Nowacka, Magdalena Ogórek, Monika Jaruzelska, Andrzej Rozenek, PRL, USA, Warszawa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz