Warszawa+ 18°C
Moskwa+ 10°C
Na żywo
    Polska. Warszawa. Kancelaria Premiera RP w barwach narodowych

    Zdekomunizowani i ich następcy. Część 1.

    © Zdjęcie : Kancelaria Premiera RP
    Opinie
    Krótki link
    Przemysław Witkowski
    12533

    Więcej ulic polskich lewicowców znajdziemy w Berlinie niż w polskich miastach. Lewica jest wymazywana z przestrzeni publicznej. Znikają związane z nią nazwy ulic i placów, pomniki i tablice pamiątkowe. Polskie państwo metodycznie usuwa wszelkie ślady lewicowego dziedzictwa. Pamięć Rzeczypospolitej ma być od niego wolna.

    W obronie czci socjalistów i komunistów nie staje prawie nikt. Jakie będą tego społeczne i polityczne konsekwencje? Kto ich zastąpi w polskim panteonie?

    WYMAZYWANIE

    Ustawa dekomunizacyjna stanowi: nazwy dróg, ulic, mostów i placów nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny. Za propagujące go uważa się także nazwy odwołujące się do osób, organizacji, wydarzeń lub dat choćby symbolicznie reprezentujących system władzy w Polsce w latach 1944-1989. Jest tu więc duża dowolność.

    Nie może też być w przestrzeni publicznej żadnych „obiektów propagujących komunizm", czyli poświęconych Armii Czerwonej, polsko-radzieckiemu braterstwu broni, radzieckim partyzantom, „utrwalaczom władzy ludowej", Gwardii Ludowej/Armii Ludowej.

    Nawet jeżeli to pomniki zwycięstwa nad faszyzmem. Mają zostać zdemontowane i trafić do Muzeum Zimnej Wojny w Podborsku. I mimo że ustawa weszła w życie 1 kwietnia, jest śmiertelnie poważna.

    Braterstwo Polsko-Rosyjskie
    © Fotografie od blogera Piotr Radtke
    Rząd, rękoma wojewodów, bezlitośnie wymusza na często protestujących samorządach zmiany nazw i demontaż pomników. IPN wystawił 336 opinii, wskazując 943 ulice jako podlegające ustawie. Skala tych zmian jest ogromna i dorównuje liczbie ulic zdekomunizowanych na początku lat 90.

    Za tym projektem „przywracania normalności" idzie patologizacja okresu PRL i dokończenie przebudowy porządku symbolicznego. Nowi patroni mają pochodzić z Narodowych Sił Zbrojnych, antykomunistycznego podziemia czy opozycji peerelowskiej. W ostatnim 30-leciu zostali pozbawieni miejsca w pamięci rodaków więzieni i zamordowani działacze robotniczy, partyzanci, ofiary czystek.

    Ich wszystkich próbuje się wytrzeć z pamięci zbiorowej.

    To oni są dziś prawdziwie wyklęci.

    Mają zrobić miejsce dla Jana Pawła II, Ronalda Reagana, Lecha Kaczyńskiego czy partyzantów z Narodowych Sił Zbrojnych.

    Po ponownym wprowadzeniu kapitalizmu czas na jego faszyzację.

    1989: KOMUNISTÓW USUNĄĆ

    Jako jeden z pierwszych zniknął po roku 1989 przywódca radzieckiej rewolucji, Włodzimierz Lenin. Trudno było wtedy go bronić. Jego pomniki były dla solidarnościowej opozycji symbolami zależności od Związku Radzieckiego i emblematem odchodzącej nomenklatury.

    Wymazanie czekało także współzałożyciela Związku Robotników Polskich i SDKPiL, działacza Socjaldemokratycznej Partii Niemiec, jednego z przywódców Związku Spartakusa i współtwórcę Kominternu Juliana Marchlewskiego oraz posłankę do Reichstagu z ramienia Komunistycznej Partii Niemiec, inicjatorkę Międzynarodowego Dnia Kobiet Clarę Zetkin.

    Pierwszego za przewodniczenie Polrewkomowi. Drugą — za członkostwo w Komitecie Wykonawczym Kominternu.

    Ta sama fala zmyła z polskich ulic Karola Marksa i Fryderyka Engelsa czy radzieckich pisarzy Maksyma Gorkiego oraz Ilię Erenburga.

    Wymazani zostali z pamięci Polaków zamordowani przez faszystowskie Freikorps przywódca niemieckich komunistów Karl Liebknecht oraz ekonomistka i działaczka polityczna Róża Luksemburg.

    Z „niewłaściwego" kierunku podążali i w „niewłaściwym" sojuszu wyzwalali polskie ziemie spod faszystowskiej okupacji Karol Świerczewski „Walter", Zygmunt Berling i Michał Rola-Żymierski. Dlatego i oni musieli stracić ulice.

    Pierwszemu nie pomogła obecność w „Komu bije dzwon" Hemingwaya, a dwóm kolejnym w Legionach Piłsudskiego. Niosąca wyzwolenie więźniom nazistowskich obozów koncentracyjnych i niszcząca hitlerowski reżim Armia Czerwona oraz jej sojusznicy zostali zrównani z nazistami dążącymi do totalnego wyniszczenia Polaków. Niezależnie od tego, jak się ocenia władzę ludową, liczba ofiar obu reżimów jest zupełnie nieporównywalna.

    Naziści zamordowali 6 mln obywateli RP. Tymczasem po 1945 r. — według szacunków IPN — w okresie stalinowskim zginęło 55 tys. osób, i to głównie spośród tych, którzy z bronią w ręku atakowali przedstawicieli władzy ludowej. Zrównywanie czasu okupacji nazistowskiej i PRL jest więc niczym innym jak propagandowym kłamstwem dominującym w dyskursie politycznym prawicy.

    Z kolei suwerenna i niepodległa II RP może się „poszczycić" całkiem niezłym wynikiem w dręczeniu swoich obywateli — strajkujących robotników i chłopów, demonstrantów, więźniów politycznych, Ukraińców czy Białorusinów.

    Tylko w latach 1927-1931 za „komunizm" zatrzymano 67 tys. osób, a sądzono 33 tys. 4048 osób zostało skazanych łącznie na 12 550 lat więzienia, policja atakująca demonstrantów zabiła co najmniej 147 osób, a liczbę rannych można szacować na 2 tys.

    W samym zamachu majowym zginęło 379 osób, a ponad 1 tys. zostało rannych. Jednak o tych ofiarach III RP woli nie pamiętać. Bunt przeciw polskiej przedwojennej juncie wojskowej jest bowiem z założenia buntem antypolskim. Niezależnie od tego, że jego przyczyną mogła być walka o demokrację, wypłatę wynagrodzeń, zmniejszenie obciążenia pracą czy poszanowanie praw mniejszości.

    Zresztą tak jak dziś.

    Dlatego nie ma co się dziwić, że z zestawu patronów ulic wyleciały i Proletariat, i Komuna Paryska.

    Władza w kapitalizmie nie może honorować wichrzycieli.

    PIĘTNO KPP, PIĘTNO PPR

    Zamordowani pod koniec lat 30. przez stalinowską bezpiekę działacze komunistyczni Adolf Warski-Warszawski i Maria Koszutska-Wera Kostrzewa również zostali usunięci z tabliczek i tablic.

    Nie pomogło to, że Warski był przed wojną posłem i że obydwoje reprezentowali opcję antystalinowską w polskim ruchu komunistycznym.

    I tu zadziałała ipeenowska gumka.

    Jarosław Kaczyński
    © AFP 2018 / WOJTEK RADWANSKI
    Wojciech Jaruzelski mianuje oficerami kursantów szkoły wojskowej
    © Sputnik . S. Novokovskiy
    Wybitny poeta, członek grupy literackiej Kwadryga i autor tekstu „Niech żyje wojna" śpiewanego przez Stanisława Grzesiuka, Lucjan Szenwald, także musiał wypaść z panteonu. Wystarczyła przedwojenna działalność w Komunistycznej Partii Polski i walka w szeregach dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Podobny los spotkał krytyka literackiego Juliana Bruna. Członkostwo w KPP skasowało wszelką wybitność i sprawiło, że dla prawicy stał się trędowatym. Swoje ulice stracił też Marian Buczek, inny działacz KPP, który przesiedział w II Rzeczypospolitej 16 lat i był więźniem politycznym o najdłuższym stażu.

    1 września 1939 r., zostawiony na pastwę wojsk nazistowskich w przygranicznym wtedy Rawiczu, wydostał się z więzienia i zgłosił do wojska broniącego Polski przed hitlerowcami, by kilka dni później z bronią w ręku polec w bitwie. To jednak wedle polskiej prawicy nie jest życiorys godny patrona ulicy.

    Przywódcy konspiracyjnej, antyfaszystowskiej Polskiej Partii Robotniczej — Małgorzata Fornalska, Paweł Finder czy Józef Wieczorek, oraz Związku Walki Młodych, młodzieżówki PPR — Hanka Sawicka i Janek Krasicki, nie za bardzo mieli kiedy mordować rodaków, gdyż sami zostali zamordowani przez nazistów.

    Wystarczyła jednak nawet krótka przynależność do KPP czy PPR, żeby śmierć z ręki okupanta straciła wagę. Fornalska w dodatku urodziła córkę Bolesławowi Bierutowi, co pogrążyło ją jeszcze bardziej w oczach ultrapatriotów.

    Dla nowych elit te ugrupowania oznaczały zdradę narodową i choćby otarcie się o nie wyłączało na zawsze z grona Polaków, tym bardziej Polaków godnych upamiętnienia.

    Dla władz III RP liczyła się tylko antykomunistyczna konspiracja. Jak pokazuje przykład Mateusza Morawieckiego składającego kwiaty na grobach kolaborantów nazistowskich z Brygady Świętokrzyskiej NSZ, sam antykomunizm, nawet bez antyfaszyzmu, jest już wystarczającym kryterium jakości.

    Ciąg dalszy nastąpi.

    Przemysław Witkowski, polski publicysta

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Tekst jest publikowany za zgodą Redakcji tygodnika opinii Przegląd. Oryginał pierwotnie ukazał się w Przeglądzie.

    * * * * *

    Dr Przemysław Witkowski jest politologiem, pisarzem, poetą i publicystą; członkiem zespołu „Krytyki Politycznej" i polskiej edycji „Le Monde diplomatique"; wykłada na UWr i w Collegium Civitas.

    Zobacz również:

    Dlaczego nie lubię IPN?
    „Armii Czerwonej zawdzięczam wolność". Przeciwnicy dekomunizacji zabierają głos
    Przychodzi IPN do suwerena
    Bydgoszcz: dekomunizacja nie przetrwała doby
    Dekomunizacja – nasze polskie barbarzyństwo
    Wszystkich nas IPN nie zamknie
    SLD chce cofnąć ustawę dekomunizacyjną
    IPN – to się leczy
    Dekomunizacja: Wojewoda wraz z politrukami z IPN
    Rzeczpospolita na wzór i przykład IPN
    Warszawa: IPN panem życia i śmierci
    Dekomunizacja Powązek coraz bliżej
    Tagi:
    antyfaszyzm, Armia Ludowa, komunizm, polityka, Wojsko Polskie, dekomunizacja, faszyzm, II wojna światowa, Armia Czerwona, pomnik, Przegląd, Instytut Pamięci Narodowej, Rząd RP, Róża Luksemburg, Karl Liebknecht, Fryderyk Engels, Clara Zetkin, Julian Marchlewski, Zygmunt Berling, Karol Marks, Włodzimierz Lenin, Jan Paweł II, Lech Kaczyński, PRL, ZSRR, Białoruś, Rosja, Ukraina, Warszawa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz