08:29 23 Czerwiec 2018
Na żywo
    Daniel Passent, dziennikarz i dyplomata

    Daniel Passent: "Oni się śpieszą, a my się nie dajemy". Część 1.

    © Zdjęcie : Krzysztof Żuczkowski
    Opinie
    Krótki link
    Robert Walenciak
    31915

    "Dzisiejsze dziennikarstwo albo władzę sprawuje, albo o nią walczy. Dziennikarstwo w służbie polityki nadal istnieje. To widać na każdym kroku", — uważa Daniel Passent, znany polski publicysta i dyplomata.

    — Dziennikarzem zaczął pan być w Październiku 1956. Choć rok 1956 zastał pana w ZSRR.

    — Byłem na I roku studiów, na uniwersytecie w Leningradzie. Żyłem między uniwersytetem, muzeum w Ermitażu i akademikiem na ulicy Dobrolubowa. W czerwcu skończył się rok akademicki, mój pierwszy i jedyny i wyruszyłem pociągiem do Warszawy.

    Kiedy przyjechałem do Warszawy, całe miasto już było podniecone. Dowiedziałem się o Poznaniu, co było dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Byłem szczeniakiem, który specjalnie tym się nie interesował, interesowały mnie studia, a nie bieżąca polityka. Przy tym wychowywałem się w rodzinie dr. Jakuba Prawina, który był starym komunistą, byłem niewierzący. Nie miałem skąd czerpać znaków zapytania wobec tego, co się dzieje. Do tego jeszcze byłem zachwycony, że żyję. Moi rodzice zginęli, a ja jako jedyny z rodziny ocalałem z Holokaustu.

    —  Już w czerwcu postanowił pan nie wracać do Leningradu…

    Pałac Zimowy. Sankt Petersburg.
    © Zdjęcie : Zofia Bąbczyńska-Jelonek
    — Na II rok zapisałem się na Uniwersytet Warszawski. Poszedłem na uniwersytet, a tam się kotłowało. Bo Gomułka, bo Węgry, bo Rosjanie, oddawaliśmy krew dla Węgrów.

    I tam poznałem moich przyjaciół na resztę życia. Andrzeja Garlickiego, przyszłego profesora i mojego najbliższego przyjaciela, i Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego. A także Karola Modzelewskiego, z którym kontakt przez resztę życia nie był może bliski, bo nasze drogi się rozeszły, ale który do dziś jest bliską mi osobą.

    Potrzebowałem z czegoś żyć i oni mnie skierowali do swojego kolegi, Mariana Turskiego, w „Sztandarze Młodych". Czyli od 1956 r. do dzisiaj jestem z Marianem Turskim w jednej redakcji, bośmy się ze „Sztandaru" przenieśli do „Polityki".

    — W jaki sposób?

    — Był odwrót od Października… W „Sztandarze" zaczęliśmy odczuwać dokręcanie śruby. I wtedy się rozeszło, że pełniący obowiązki naczelnego Marian Turski i kilku moi koledzy, Jan Krzysztof Wróblewski, Zygmunt Szeliga, Darek Fikus, odchodzą ze „Sztandaru" na znak protestu i przenoszą się do „Polityki", która akurat powstała. Co było krokiem trochę dziwnym, ponieważ ta „Polityka" została założona na grobie „Po Prostu" i miała reprezentować słuszną linię Gomułki. Ale ja byłem za głupi, żeby to wszystko rozumieć. Byłem zaaferowany tym, że jestem dziennikarzem, że mam zrobić wywiad, napisać tekst… Tak bardziej świadomie zacząłem być dziennikarzem w „Polityce".

    —  Na czym ta świadomość polegała?

    — Nauczyłem się wyczuwać tzw. atmosferę. Po pierwsze, ciągle wzywali Rakowskiego do KC na odprawy redaktorów naczelnych, więc on przynosił wieści i spostrzeżenia. Po drugie, wyczuwaliśmy temperaturę po cenzurze. Po jej ingerencjach. Po trzecie, mówiło się, że z powietrza wiadomo, co się dzieje. Czasami wyjeżdżaliśmy za granicę. Ja byłem pod tym względem mocno uprzywilejowany. W roku 1962 dostałem stypendium do Stanów Zjednoczonych, na Uniwersytet w Princeton.

    —  Jak pan to sobie załatwił?

    — Proszę pana, dzisiaj trudno w to uwierzyć. Jako młody dziennikarz byłem zapraszany na różne przyjęcia, koktajle czy święta państwowe w ambasadach. I pewnego dnia do redakcji zadzwonił radca ambasady amerykańskiej, pan Lee Stull. Że on by się chciał ze mną umówić na kawę.

    Byłem zdziwiony i przestraszony, czy w ogóle można umówić się z amerykańskim radcą? Poszedłem do Rakowskiego, a on powiedział: „Niech Darek Fikus idzie z tobą". I poszedł w charakterze przyzwoitki.

    A Stull przedstawił się, że jest absolwentem Uniwersytetu Princeton i przysługuje mu raz w roku wskazanie kandydata do stypendium. I czy ja się zgadzam, żeby on mnie wskazał? Zgodziłem się i dostałem to stypendium.

    Więc byłem przez rok, w latach 1962-1963 na wspaniałym uniwersytecie. W ogóle uważam to za najlepszy rok mojego życia, ze wszystkich 80, które przeżyłem. Bo byłem wolny, na jednym z najlepszych uniwersytetów, miałem opłacony akademik i stołówkę oraz 100 dol. miesięcznie w gotówce na komunikację, książki.

    Byłem absolutnie szczęśliwy.

    Daniel Passent, dziennikarz i dyplomata
    © Zdjęcie : Krzysztof Żuczkowski
    Daniel Passent, dziennikarz i dyplomata
    —  Ale wrócił pan…

    — Bo resztki rodziny, bo dziewczyna, która czekała, bo tygodnik „Polityka", a gdybym został w Ameryce, to bym zrobił „Polityce" straszne świństwo. Bo już miałem pewien dorobek. Poza tym język polski to jest mój język, ja w nim pisałem, a Polska to jest mój kraj.

    Stany Zjednoczone oglądałem jak film, natomiast w Polsce żyłem w autentycznym świecie.

    Na stypendium w Stanach nie miałem żadnych trosk. Pod koniec pobytu dostałem nawet propozycję, żeby robić doktorat, zostać asystentem. Ale już wiedziałem, że gdyby to nie wypaliło, musiałbym się przebijać, a to nie byłoby proste.

    Muszę też powiedzieć, że miałem poczucie, że nigdzie nie będzie mi tak dobrze jak w Polsce. Mimo że ta Polska była biedna itd. W sumie nie żałuję, że wróciłem.

    — Wtedy… A później?

    — Później też nie żałowałem. Ale nieraz rozważałem pozostanie. A w 1968 r. wręcz emigrację. Kryzys 1968 r. dla nas w „Polityce" był bardzo trudnym czasem. On nadchodził. Cenzura była coraz surowsza, linia partii coraz węższa i do czasu do czasu spadały na nas razy z powodu takiego czy innego artykułu. Coraz głośniejszy stawał się nurt moczarowsko-narodowo-patriotyczny. I podchodził do nas.

    —  W artykułach zamieszczanych w innych pismach.

    — „Żołnierz Wolności", „Prawo i Życie", „Walka Młodych" to były pisma centralne i to, co w nich się ukazywało, nie mogło się ukazać bez aprobaty. Bo cenzor takich rzeczy nie puszczał.

    A w apogeum kryzysu marcowego dostaliśmy polecenie, żeby drukować felieton Słonimskiego z lat 20.

    — O Żydach…

    Donald Trump w Warszawie
    © AP Photo / Alik Keplicz
    Weronika Książek
    © Zdjęcie : Weronika Książek
    — O Żydach nieasymilujących się. To była polemika zasymilowanego poety z ortodoksami, którzy tworzyli getto i nie chcieli mieć nic wspólnego z Polakami. Ale to w kontekście lat 20. co innego znaczyło niż w roku 1968.

    —  W 1968 r. oznaczało, że przyłączacie się do antysemickiej nagonki.

    — Byłem wtedy sekretarzem redakcji. Rakowski wyjechał poza Warszawę, telefonów komórkowych nie było.

    Dostaliśmy polecenie druku tego felietonu, a nie mogliśmy znaleźć Rakowskiego. A jednocześnie nie mogliśmy się zgodzić na druk. Liczyliśmy się więc z tym, że nas wyrzucą.

    Jakimś cudem Rakowski się odnalazł. Byłem przy tym, jak ze swojego gabinetu telefonem rządowym dzwonił do tow. Zenona Kliszki, który był wtedy numerem 2, i ze ściśniętym gardłem mówił, że po raz pierwszy w życiu odmawia wykonania polecenia partyjnego. A Kliszko powiedział: „No, w takiej sytuacji ja się muszę poradzić".

    A kogo mógł się radzić Kliszko? Tylko Gomułki. I myśmy w strasznym napięciu czekali.

    To był też czas, że ci z nas, których to dotyczyło, czyli pochodzenia żydowskiego, rozważali już emigrację. Bo Rakowskiemu w partii mówili wprost: „Towarzyszu Rakowski, zwolnijcie towarzyszy pochodzenia żydowskiego. Po co wam tylu?". A on odmówił.

    No i wieczorem przyszła zgoda, zadzwonił Kliszko, że „rozumiemy, podzielamy wasze obawy, przekonaliście nas". I ocaliliśmy cnotę.

    — Pan nie był taki łagodny i przestraszony w 1968 r.

    — Ja się stawiałem na tyle, na ile pozwalała cenzura. Polemizowaliśmy i z „Żołnierzem Wolności", i z „Walką Młodych". Sam byłem również przedmiotem ataków personalnych. Nie tylko ja.

    Proszę pana, gdyby było wesoło, te 15 tys. ludzi by nie wyemigrowało. Ja też w tamtym czasie miałem z moją pierwszą żoną wiele pokus, żeby emigrować. Byłem po pobycie w Stanach, wiedziałem, jak tamten świat wygląda. Po za tym moi najbliżsi przyjaciele pakowali się, emigrowali. Wreszcie, to już powód bardzo prywatny, planowaliśmy, że pewnego dnia będziemy mieli dziecko. I gdzie to niearyjskie dziecko miałoby wyrastać? Czuliśmy się odpowiedzialni za los dziecka w przyszłości. Plus to oblężenie „Polityki", ta atmosfera w kraju…

    Jeszcze wczoraj ktoś był pańskim autorem, a dzisiaj już nie mógł pan u niego zamówić tekstu.

    — Dlaczego?

    — Bo był źle widziany albo już go wyrzucono. Różni ludzie z kręgu inteligencji byli naszymi współpracownikami.

    Pismo wtedy drukowało wielu uczonych, było bardziej zorientowane na elitę niż dzisiaj. I właściwie kryzys 1968 r. ciągnął się przynajmniej do roku 1970.

    —  Do wydarzeń gdańskich.

    Adam Michnik i Lech Wałęsa. Warszawa
    © Sputnik . Leonid Swiridow
    — Wtedy byliśmy całkowicie przygnębieni i tylko pilnowaliśmy, żeby się nie ześwinić bardziej niż to jest konieczne. A w latach 70. pierwsi koledzy zaczęli mieć kontakty z opozycją. Rakowskiego bardzo to denerwowało.

    Potem był Sierpień. Z Wróblewskim jako pierwsi przeprowadziliśmy wielki wywiad z przywódcami Solidarności, prosto z Gdańska. Tam byli Wałęsa, Borusewicz, Pieńkowska, cała czołówka.

    Zanim zaczęli z nami rozmawiać, powiedzieli, że musimy podpisać zobowiązanie, że wszystko, co powiedzą, wydrukujemy. Że nic nie zostanie dopisane, zmienione ani usunięte. I myśmy to podpisali, wiedząc, że nie my będziemy o tym decydować. A cenzura tego wywiadu nie puszczała. Rakowski przez dwa czy trzy tygodnie z nią walczył.

    I przy pomocy Werblana uzyskał placet na druk. Potem był stan wojenny i rozłam w naszej redakcji.

    — Wróblewski poszedł w jedną stronę, pan w drugą.

    — Tu, w tym pokoju, odbyło się to zebranie. Mniej więcej jedna trzecia zespołu poszła w stronę Solidarności, opozycji. W przypadku każdego z nas różne czynniki odegrały rolę. Wróbel miał nacisk na siebie w domu. Miał też swoje poglądy, dobrze znał polską rzeczywistość, był reporterem, publikował wiele o absurdach, jakie w życiu widział, o tym jak funkcjonują zakłady pracy, gdzie nic nie trzyma się kupy. I powiedział nam, że dalej nie będzie naprawiał tego sytemu.

    Byli też tacy, którzy uważali, że trzeba zlikwidować „Politykę". W ogóle. Bo nasza linia szukania porozumienia między władzą a Solidarnością, zbankrutowała.

    —  Ostatecznie „Polityka" została.

    — Większość jednak doszła do wniosku, że będziemy kontynuować. Na pewno do pewnego stopnia byliśmy oportunistami. Należało odejść.

    Polska chora na Rosję
    © Sputnik . Władimir Trefiłow
    Dzisiaj oceniam, że tamci koledzy wtedy mieli rację. Ale nie stuprocentową, bo myśmy też mieli rację.

    W stanie wojennym „Polityka" osiągnęła najwyższy nakład w swojej historii. Sprzedawaliśmy 400 tys. egzemplarzy. Czytelnicy się nie obrazili na nas.

    Owszem, byliśmy przedmiotem bojkotu części środowiska. Niektórzy nie chcieli udzielić nam wywiadu, niektórzy nie chcieli do nas pisać.

    Andrzej Mleczko mi mówił: „Daniel, nie dam ci rysunku, dopóki nie zniesiesz stanu wojennego". Ale myśmy ten bojkot przełamali.

    Każdy z nas miał też swoją osobistą historię. Ci, co odeszli, szukali pracy, pisali w takich pisemkach jak „Niewidomy Spółdzielca", o symbolicznej nazwie. Niektórzy z kolei byli przedmiotem ostracyzmu ze strony środowiska dziennikarskiego, które w większości poparło odnowę.

    Ciąg dalszy nastąpi.

    Robert Walenciak, polski publicysta

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Tekst jest publikowany za zgodą Redakcji tygodnika opinii Przegląd. Oryginał pierwotnie ukazał się w Przeglądzie.

    Zobacz również:

    Zaufani na zaufanych
    Totalny odlot: Nawet głupota w Polsce jest „made in Russia"
    Historia się powtarza. Oni po prostu szli
    Polscy dziennikarze odwiedzili Moskwę
    Mierni i podli
    „Pożyteczna idiotka Putina" też ma swoje zdanie
    A mogłoby być w Polsce z sensem
    Rosja leżała u moich stóp, wielka i niezniszczalna
    Tu mówi Moskwa!
    PO jest matką i ojcem obecnej władzy
    Tagi:
    uniwersytet, polityka, etyka dziennikarska, dziennikarz, cenzura, Walka Młodych", Żołnierz Wolności", Sztandar Młodych", "Polityka", Rząd RP, Ermitaż, Daniel Passent, Władysław Gomułka, PRL, Leningrad, ZSRR, Niemcy, USA, Rosja, Warszawa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz